Dziękujemy za odwiedziny naszego bloga! :D

niedziela, 29 grudnia 2013

Rozdział XXX

~Mike~
   Statek
     Na Hoth stwierdziłem że nie mogę się poddawać na poszukiwaniach Shaak-Tii więc wraz z moją opuściłem pole walki za zgodą Lucka ponieważ bałem się że nie da sobie rady ale rozumiał mój ból i przywiązanie do Shaak-tii więc pozwolił mi odlecieć.Na statku pierw polecieliśmy sprawdzić czy jest na Datooine następnie na Yavin lecz nigdzie jej nie było.Sprawdziłem także:Mannan,Yavin 4,Naboo,Mustafar i wiele innych.Ku mojemu zdziwieniu nigdzie jej nie było.Myślałem czy to możliwe że klony ją zabiły albo że była wtedy na Corucant gdy klony zaatakowały akademie Jedi.Lecz moja mama uciekała z wszyskimi którzy przeżyli i nigdzie nie widziała Shaak-tii lecz mówiła że godzine przed orderem 66 mama widziała jak Shaak wchodziła do pokoju medytacji.Boję się o Shaak-tii.Stwierdziłem że trzeba wrócić na Yavin i dopytać się Shainy (mojej mamy) gdzie może być Shaak-tii.Po drodze rozmyślałem i stwierdziłem że możliwe że jest na Corucant albo nie żyje ale czułem że jeszcze z nami jest a poza tym Shaak-tii gdy była na jednej misji to połączyłą się ze jedi którzy już od DAWNAAA nie żyli.Oni dali Shaak-Tii cztery życia więc to jest jedyna osoba która jak umiera to zostaje wskrzeszona w każdej okoliczności i gdy zostaje wskrzeszona to też odmłądza się i ma 28 lata ponieważ gdy wypełniała tą misje miała miałą tyle lat.Podczas lotu poszedłem do Jilla który naprawiał coś.
-Co tam?-Zapytałem
-Nic podrasowuje nasze rakiety-odpowiedział
-Myślałęm że coś naprawiasz-opowiedziałem po czym dodałem-nie orientuje się w tym
-Ale przecież jesteś świetnym pilotem-oznajmił
-Po pierwsze nie pochlebiaj a po drugie po za podrasywaniem mieczy świtnych lub coś związanago z nimi prawie nic nie umiem z tej dziedziny-Powiedziałem
-To nie martw się będę to robił za ciebie ale tego nie nadużywaj-odpowiedział
-Bardzo mi przypominasz Hana Solo nie licząc innej fryzury-Zaśmiałęm się
-No mam troche krótsze i też się jeszcze czymś różnimy-Oznajmił
-Czym?-Zapytałem
-Jestem przystojniejszy- oznajmił żartobliwie. Gdzy wylądowaliśmy pobiegłem w stronę świątyni.Gdy doszedłęm do Shainy odrazu przytuliłęm ją i zapytałęm czy nic jej nie dolega ponieważ miałą już 43 lata.Powiedziała że jest w swietnym stanie i że znalazła Shaak-Tii lecz jej grozi niebezpieczeństwo.Zdziwiłem się że pierwsza o tym wspomniałą ale pozdrowiłem ją i ruszyłęm na planete którą powiedziałą moja mama.Tą planetą byłę Felucia.Gdy się tam zjawiłem zacząłem jej szukać.O godzinie 4 miejscowego czasu znalazłem ją.Walczyła z padawanem Darth Vadera.Byłem zaniepokojony i radosny ponieważ znalazłem ją ale Galen były padawan Rahm Kota teraźniejszy padawan Vadera był bardzo potężny.Było za późno odepchną ja w jakąś głęboką przepaść.Po chwili z głebi wydostał się wielki niebiesko biały promień.Padawan uciekł a ja ruszyłem jej na pomoc.Skoczyłęm w przepaść i znalazłem ją na samym dole.Wziąłem ją na statek i starałem się ożywić lecz nie było potrzeby gdyż już starciła jedno z czterech żyć.Na planecie znaleźliśmy także jej byłą padawanke.Była to kobieta zebbraak która przeszła na ciemną stronę lecz Shaak-tii po rozmowie z nią przekonała kobiete by wróciłą na jasną stronę mocy.Polecieliśmy następnie na Yavin by padawanka mogła poczuć spowrotem jasną moc.Zebbraaczka prosiłą by Shaak-tii została z nią lecz Mistrzyni Tii powiedziała że musi polecieć z nami i ratować republikę.Na statku Luck do nas zadzwonił i powiedział że planuje atak na gwiazdę śmierci i prosił o pomoc.Więc poleciałem w stronę batalionu który miał ją zniszczyć.Gwiazda śmierci to była potężna stacja wielkości księżyca która miała potęgę zniszczenia całej planety.Misja była ryzykowna.Trzeba było podlecieć jadnym z tuneli a następnie wystrzelić rakiety w sam reaktor.Do samego tunelu miało nas polecieć pięciu.Gdy się zjawiłęm na miejscu Luck powiedział że jeden pilot się wycofał.Nie było rady a musieliśmy szybko lecieć bo gwiazda przygotowywała atak na planete gdzie znajdywała się nasza jedna z największych baz.Więc polecieliśmy.Gdy wlecieliśmy do tunelu siedli nam na ogonie seperatyści.Jeden z tych trzech statków seperatystów należał do samego Darth Vadera.Pewnie chciał sam zabić Lucka ale ja nie pozwolę mu pomyślałem.Po pewnym czasie jeden pilot powiedział że nie da rady gdyż Vader uszkodził mu silniki na stopniu że lada momęt by się rozbił. Z Luckiem pozwoliłem mu powrucić do bazy.Zaraz po tym zestrzelili kolejny statek.Zostałem tylko ja i Luck.Na szczęście zbiżaliśmy się do celu.Jednak i tak było po nas wtedy jeden ze statków seperatystów wybuchł.To Han solo w jego statku nazywającym się Milenium Falcun  przyszedł nas uratować.Potem zbił następny statek i został tylko Vader.Ja leciałem pożyczonym statkiem bo moja ekipa leciała moim statkiem a oni nie dostali pozwolenia na angarzowanie się w walke głównie dlatego bo się o nich bałem.Han też nie dostał pozwolenia i przyleciał nie długo potem zobaczyłem jak moja ekipa też bez pozwolenia przyleciała.Wtedy Jill uszkodził Vadera silniki a Lucke strzelił prosto w reaktor.Na całe szczęście udało nam się uciec przed wybuchem.Wróciwszy do bazy Luck opowiedział jak podczas lotu słuszał Obi-wana.A ja zapytałem się ekipy kto wpadł na pomysł by przylecieć bez pozwolenia.
-To Jill-powiedział Kir.
-Moja krew!!!-wykrzyknołem po czym przyjacielsko przytuliłem Jilla.
 Republika nareszcie wygrywała!!!!

czwartek, 26 grudnia 2013

Rozdział XXIX

~Cobrans Mirach~

Większość Jedi zginęła, żałowałam tylko, że nie z mojej ręki. Od małego do głowy wpajano mi, że są wrogami. Są przeszkodą do władzy. W sumie zgadzałam się z tym. Mój kuzyn również był wrogiem... którego trzeba wyeliminować... Przyjaźń z nim oplata mnie łańcuchami i ściąga w dół... Oddala od celu...
Peace is a lie, there is only passion.
 Through passion, I gain strength. 
Through strength, I gain power.
 Through power, I gain victory. 
Through victory, my chains are broken.
 The Force shall free me. 
Odetchnęłam głęboko, w głębi czułam, że zawahałabym się gdybym miała go zabić. Potrząsnęłam lekko głową wyrywając się z zamyślenia.
-Jestem słaba... Zbyt słaba...-Zacisnęłam dłonie w pięści. Znikąd poczułam palący żar wewnątrz mnie, energia Ciemnej Strony wypełniła całe moje ciało. Gniew, podsycony pasją karmił ją dając mi siłę. Takie nagłe przypływy energii coraz częściej mnie nawiedzały. Nie wiedziałam skąd się to bierze. Musiałam sama sobie radzić... Czułam że nie potrafię... Przerażało mnie to... Bałam się... Ale jak kiedyś mi ktoś powiedział... Każdy się czegoś boi... Strach prowadzi do gniewu... Gniew prowadzi do nienawiści... Nienawiść prowadzi do cierpienia...
Zebrałam się do kupy. Po zabiciu mojego mistrza, stałam się jednym z Ciemnych Lordów Sithów. Nie mogłam pozwolić sobie na choćby najmniejszą słabość.

***

Sidious wywołał niezłe zamieszanie, wybijając większość Jedi. Jednak teraz wolałam się w to nie mieszać, słyszałam że znalazł nowego ucznia... Wybrańca Jasnej Strony Mocy... Nie pojmuje tego. Ale nie w tym rzecz. Wybrałam się na Ambrie. Miałam wizję, związana z tą planetą. Musiałam się tam wybrać... Po prostu musiałam... Na zachodnich obrzeżach miasta wyczułam, z początku słabą, ale wyrazistą potęgę Ciemnej Strony. Posługując się mocą, starałam się wykryć jej źródło. Zaprowadziło mnie to z dala od jakichkolwiek domostw. Czułam wyraźniej energię, aż w końcu ujrzałam chłopca... W wieku na oko 12 lat. Ciemna Strona pulsowała od niego, może nie tak silnie jak u innych Sithów, ale wiedziałam że był potężny. Nieświadomy swojej potęgi. Może to był czas... Czas aby wyszkolić ucznia... Swojego następce...?
-Jesteś Sithem, prawda?- Powiedział bez najmniejszej objawy lęku. Jak zawsze miałam na sobie czarny płaszcz z założonym na głowę kapturem, zasłaniającym twarz. Skinęłam lekko głową.
-Moc jest w tobie silna... Shay'u...- Chłopak wzdrygnął się lekko. Na pierwszy rzut oka widać było, że jest włóczęga, bez rodziny. Coś w jego życiu sprawiło, że czuł nienawiść, która karmiła ciemną stronę.
-Mogę uczynić cię potężnym, uwolnić twój potencjał, jeżeli tylko zgodzisz się zostać moim uczniem.
-Jak mogę się zgodzić, nie znając twojego imienia...?- uśmiechnęłam się chytrze.
- Jestem Darth Cobrans Mirach. Jestem jednym z Lordów Sithów.- wyczułam w chłopcu ciekawość i fascynacje. Pragnął poznać tajniki swoich możliwości.
-Jestem zaszczycony, że wybrałaś mnie na swego ucznia mistrzyni.- powiedział z szacunkiem w głosie.

środa, 11 grudnia 2013

Rozdział XXVIII

 ~Mike~

Na statku zrobiliśmy naradę stwierdziliśmy że trzeba uratować jak najwięcej jedi się da.Julia powiedziała że ostatnio Aalya Secura i Ki Adi-Mundi byli na Hoth po czym Aalya Secura poleciała na Felucie a Mundi został zabity przez klony na Hoth.Ponieważ nie było już szansy że Mundi przeżył polecieliśmy na Felucie.Gdy lecieliśmy moja mama znów się z nami połączyła.Uciekała wtedy z jakimiś padawanami i innymi jedi.Mówiła dalej o tym że wybraniec stał się Vaderem i o tym że Ignit Garnet walczył z Anakinem ale on był dla niego za silny.Powiedziała też że Anakin zabił wiele młodzików i że teraz on i klony ich gonią.Nagle w tle zobaczyłem że Anakin rzucił się na Cina Drallinga po czym go zabił.Serce mi zaczęło penkać gdyż dobrze znałem Cina.To był starszy Jedi który był bardzo miły.Nagle znów straciłem sygnał.Zaraz po tym weszliśmy w atmosfere i wylądowaliśmy.Poszedłem w miejsce gdzie ostatnio widziano Aalye lecz jej tam nie było.Podejrzewałem że ona i klony ruszyli dalej w poszukiwanie droidów.Po dłuższej drodze zobaczyłem batalion Aalye Secury.Szybko zchowałem się za jednym z grzybków i zacząłem ruszać w stronę początku batalionu.Wtedy zobaczyłem Aayle.Było za późno klony w tym momęcie gdy ją zobaczyłem zaczeły do niej strzelać.Ona po dwóch starzłach padła na ziemie a klony dalej strzelały.Nic już nie widziałem.Odrazu ruszyliśmy do akcji.Kir i Marcjanna odrazu ruszył do satku klonów by go przejąć a my zaczeliśmy zabijać klony.Po dłuższej rzezi klony zostały zabite a statek przejęty.Aalya przeżyła ponieważ jak upadła urzyła pola siłowego by siebie obronić a potem pomogła nam walczyć z klonami.Po krótkiej rozmowie z Aalyą ruszyliśmy dalej.Połowa ekipy poleciała moim statkiem a połowa statkiem klonów.Aayla powiedziała że wie gdzie jest Adi Gallia.I tak zaczeliśmy ratować tylu jedi i ile się dało.Po paru tygodniach uratowaliśmy:Aalye Secure,Adi Gallie,Asoke Tano,Barris Offee,Eath Kotha,Plo Koona i paru innych lecz niektórzy umarli już na statku.Plo Koon niedługo po tym jak go uratowaliśmy zmarł bo miał wielkie obrażenia bo rozbiciu a Joustana Nu zmarła u nas ze starości.Nie było gdzie polecieć gdyż twierdziłem że to tylko parę dni zanim odkryją Datooine.Lecz tak nie było więc wszystkich jedi których uratowaliśmy, odwieźliśmy na Datooine po czym poszliśmy szukać poparcia republiki na różnych planetach by znów stworzyć republikę!!!
5 lat później
-Czy jesteście gotowi walczyć w imieniu republiki!!!-krzyknąłem do klonów.
-Tak kapitanie jedi-odpowiedzieli chórem.
-To ruszajcie-krzyknąłem i wraz z nimi rzuciłęm się do walki na Hoth.
-Nagle Lucke do mnie podbiegł i powiedział że mam przejąć całkowite dowodzenie ponieważ on musi coś załatwić.
Dobrze się zaprzyjaźniłem z Luckiem i jego ekipą.Był o 6 lat młodszy odemnie a ja miałem wtedy już 25 lat.Luck to był dobry przyjaciel który był uczony przez Obi-wana Kenobiego.Ale na razie musiałem się bronić przed wielką armią imperatora.Więc ruszyłem do walki razem z Marcjanną.Moja ekipa prawie się wogule nie zmieniła a Jill i Han solo i Chewbakka i For-dor okazali się bardzo podobni.Nagle ktoś strzelił niedaleko mnie.Cały batalion szedł.Skupiłem się po czym mocą zniszczyłem cały batalion.Moja moc się bardzo poleprzyła.Z Luckiem planowaliśmy by załorzyć nowy Jedi order bo po orderze 66 nie było prawie śladu po jedi nie mówiąc już o Jedi orderze ale narazie musieliśmy się skupić na tej bitwie.Musieliśmy się na walce bo.......Nowa republika walczyła o wolność!!!!!

Rozdział XXVII

~Ignist Garnet~

W okół panował chaos... Cierpienie wisiało w powietrzu, a wszystko przez ten rozkaz "66" naszego byłego kanclerza... Chciał zabić wszystkich Jedi, dlaczego? Był Darth Sidiousem, okłamywał nas przez cały czas... Wielu już poległo, próbowałem im pomóc ale nie udało się... Ginęli na moich oczach... Odbijałem kolejne ataki klonów. Gdy podszedłem wystarczająco blisko jednym płynnym ruchem obezwładniłem ich, dwóch poważnie rannych Jedi stało za mną.
-Uciekajcie, na lądowisku będą na was czekali, zrobię wszystko abyście mogli bezpiecznie odlecieć.
- A co będzie z tobą?- Jeden z nich odezwał się.
- O mnie się nie martwcie, poradzę sobie. -uśmiechnąłem się blado.- Niech moc będzie z Wami!
- Niech moc będzie z Tobą- po tych słowach odeszli, najszybciej jak się dało. W oddali ujrzałem Heratho, walczył z klonami, już opadał z sił. Wyskoczyłem w górę i robiąc salto wylądowałem tuż przed nim broniąc go przed nacierającymi atakami.
-Heratho uciekaj, ja ich zatrzymam!- chłopak wahał się. - Na co czekasz? Biegnij!- Spojrzał na mnie ze zmartwieniem po czym odbiegł. Teraz wystarczyło zatrzymać klony najdłużej jak się da.

***

Udało im się odlecieć. Byli już chociaż chwilowo bezpieczni. Koniecznie musiałem sprawdzić czy chodź jedna żywa osoba z zakonu nie została. Wbiegłem do budynku Republiki. Wszędzie roiło się od klonów, musiałem bardzo uważać. Wyczułem potęgę światła...? A może była to moc ciemności... Ciężko było to ustalić... Jakby zmieszały się i walczyły w środku człowieka... Wkroczyłem do sali rady Jedi. W koło leżały ciała młodzików.
-Kto to mógł zrobić...?- Dopiero teraz ujrzałem stojącego po środku sali Anakina. Biła od niego potęga ciemnej strony.
-Dlaczego to zrobiłeś?- spojrzałem na niego z niepokojem. Nie odpowiedział, jedynie chwycił rękojeść miecza z której z sykiem wysunęło się energetyczne ostrze. Sam uczyniłem podobnie. Nie chciałem go skrzywdzić. Rzucił się do ataku, odbiłem jego pierwszy cios. Postanowiłem skupić się bardziej na obronie, a mniej na defensywie. Walka ciągnęła się już 10 minut, a żaden z nas nie dawał za wygraną. W pewnym momencie poczułem ból. Zacząłem "tańcować" od ataku piorunów mocy wystrzelonych w moją stronę. Nie zrobił tego Anakin, tylko ktoś inny... Czułem jak grunt gubi mi się spod nóg, a siła opuszcza moje ciało, miecz wypadł mi z dłoni i z brzękiem upadł na marmurową posadzkę. Runąłem na ziemię wyczerpany. Obraz przed moimi oczami był rozmazany, straciłem przytomność.

piątek, 6 grudnia 2013

Rozdział XXVI

~Mike~

Alderaan
 Przyleciwszy na Alderaan odrazu poczułem że ona tu była tylko pytanie było "gdzie"?Ruszyliśmy w strone gór i lasu.Szliśmy tak długo aż do nocy.Ponieważ była już godzina 21 rozbiliśmy obóz i poszliśmy spać.Gdy się obudziłem czułem mocniej niż wcześniej że ona tu była...Gdy się odwruciłem nagle Loxy zeskoczyła z dzrzewa.Byłem taki szczęśliwy.Miałem łzy w oczach i czułem że nareszcie mogę znów cieszyć się każdą chwilą mojego życia nie martwiąc się o to że ona umarła.Wtedy powiedziałem do niej:
-Przepraszam że cie na to naraziłem,i że nie wziełem twojego ciała ale oni mnie przyciagneli i...-nie zdąrzyłem powiedzieć dalej bo Loxy mi przerwała.
-Nie przepraszaj.To ja ci powinnam dziękować.Dzięki tobie nareszcie poczułam jak to jest być na przygodzie.My mieliśmy tyle ekscytujących misji razem lecz ta do prawdy była najlepsza.Stałam się nawet na tyle silna że rozmawiałem z obi-wanem gdy przyszedł do mnie z zaświatów mocy i kazał mi go wskrzesić.Kupiłam jego ciało od jakiegoś Smugglera i wskrzesiłam ciało które było martwe od 2 lat.Stałam się o wiele silniejsza dziękuję-powiedziała.Nie wiedziałem co powiedzieć więc pierwsze co zadzwoniłem do mamy i powiedziałem że Loxy żyje lecz podczas naszej rozmowy coś strasznego się stało.Nagle mama usłyszała strzały i zobaczyła klony zabijające wszystkich Jedi.Uciekała przed nimi lecz nie było gdzie gdyż była na Corucant.Powiedziała że zobaczyła jakiegoś klona otrzymującego informacje od Sidiusa że na wykonać jakiś rozkaz "66".Powiedziała nam też że podobno Kanclerz Pulputin jest Sidiusem!!!Potem starciłem kontakt.Byłem załamany i stwierdziłem że trzeba tam lecieć i im pomóc ale Loxy mnie zatrzymała i powiedziała że to nie ma sensu bo jeśli tam teraz polecimy to nas złapią a jak później to może uda nam się im pomóc.Zgodziłem się po dłuższym namyśle gdy nagle zobaczyłem klony.Zachowywałem się naturalnie.Gdy podeszli biżej i spostrzegli że jestem Jedi zaczeli strzelać.Odbiłem wszystkie strzały a potem skoczyłem i ich zabiłem."A więc to prawda"pomyślałem sobie.Nagle w oddali zobaczyłem kolejny batalion.Nie było sensu teraz z nimi walczyć więc szybko powaliłem parę drzew i pobiegłem do statku razem z ekipą.Odleciwszy zastanawiałem się gdzie polecimy skoro większość armii republiki wpadła pod władzę okrutnego Sidiusa.

poniedziałek, 2 grudnia 2013

Rozdział XXV

~Cobrans Mirach~
{Corriban}
Targały mną różne emocję po walce na Geneosis. Znów przegraliśmy! Jednak nie tylko ta myśl biegła przez moją głowę, została jeszcze... zasada dwóch... Jeżeli uda mi się pokonać mojego mistrza, dowiodę że jestem równie potężna co on!  Dowiodę że zdobyłam całą te potęgę! Już minął kolejny rok,a ja się do tego nie zabrałam, ale w końcu nadarzyła się do tego idealna okazja... Będę miała polecieć po Darth Bane'a na Mustafar. Przed odlotem mówił mi tylko, że ma tam jakąś misję tylko nie wiedziałam jaką. Powolnym krokiem ruszyłam w stronę załogi z którą miałam wyruszyć po mojego mistrza.

***

{Mustafar}
-Zostańcie tu.-powiedziałam ostro i wysiadłam z transportowca. Już po chwili szybkiego marszu ujrzałam Darth Bane.
-Jesteś już moja uczennico...-nawet nie musiał się odwrócić aby wiedzieć, że to ja. Płynnym i zarazem szybkim ruchem chwyciłam klingę mojego miecza z którego z sykiem wysunęły się dwa piekielnie czerwone ostrza.
-A więc tak... Spodziewałem się tego...- chwyciła swój miecz i wysunął ostrzę. Odetchnęłam głęboko. W moich oczach dało zobaczyć się znajomy błysk furii. Zakręciłam w biegu młynek mieczem i rozpoczęłam atak. Bane bez wysiłku odbił go.Przewidziałam to, zdobyłam kilka cennych sekund nim zdążył wrócić do pozycji obronnej. Szybkim ruchem dłoni, gromadząc w sobie moc i fala niszczycielskiego podmuchu pomknęła w stronę Darth Banea. Podmuch porwał go pięć metrów dalej.
- Nie doceniłem cię Cobrans...-szepnął jakby sam do siebie. Wyczułam jak zbiera w sobie potęgę. Z początku powoli ruszyłam w jego stronę. Sama zbierałam w sobie siły. W tym samym momencie zaatakowaliśmy. W okół nas powstał huragan który niszczył wszystko wkoło. Czułam jak opadam z sił, nie wiedziałam co się dzieję, po prostu słabłam. Nogi zaczęły mi się uginać od potęgi ataku, jednak wiedziałam, że jeżeli teraz polegnę to zginę... Pomyślałam o tym jak bardzo nienawidzę Jedi... Przypomniałam sobie jak to Obi-Wan poległ. Uśmiechnęłam się chytrzę i poczułam znów przypływ energii. Coraz ciężej mi się oddychało, jednak zauważyłam że Bane również opada z sił. Całą swoją energię w jednej chwili oddałam temu atakowi, ostatnie co zobaczyłam to ciemność, po czym upadłam wyczerpana na ziemię.
 Nie wiem ile czasu minęło jednak kiedy otworzyłam oczy ujrzałam ogromne zniszczenia. Rzeka lawy, która jeszcze niedawno płynęła obok... zniknęła... Ruszyłam przed siebię, w pewnym momencie uśmiechnęłam się sama do siebie. Darth Bane poległ! Zdobyłam potęgę... Nie mogłam w to uwierzyć... Odwróciłam się i ruszyłam z powrotem do statku.
-Gdzie jest Darth Bane?-zapytał jeden z członków załogi.
-Już go nie ma. Nie wróci.- Wszyscy spojrzeli na mnie z lękiem wypisanym na twarzy, ja natomiast zniknęłam w ciemnościach wnętrza statku.

niedziela, 1 grudnia 2013

Rozdział XXIV

~Mike~

Corucant
 Wróciwszy na Corucant ruszyłem do głównej rady jedi.Wyśpiewałem im wszystko licząc to że Julia i ja się ożeniliśmy potajemnie po czym prosiłem by to ulegalnili i wybaczyli na co odpowiedzieli że zagłosują na koniec.Gdy rozmowa dobiegała końca Yoda powiedział:
-Zagłosujmy teraz w ślubu sprawie.Kto jest za tym by ulegalnić ślub ręka do góry.Podniosło 8 osób rękę.
-A przeciw teraz-Podniosło 7.Byłem szczęśliwy że nareszcie nasz ślub nie musi być tajny.
-Dobrze więc ślub być teraz legalny-powiedział Yoda-a teraz w sprawie następnego kroku tego jedi zagłosujmy.
-Sądzę że powinien douczyć swoich padawanów którzy mimo to że są jedi nie radzą sobie-oznajmił Mace.Reszta bez wahania się zgodziła.Zerknąłem na Sheine (moją mame) bo miała łzy w oczach.Na pewno z powodu Loxy.Nie mogłem jej nic powiedzieć gdyż kazali mi już opuścić sale i zacząć treningi.
******
Rok później....
-Dobrze to był nasz ostatni trening-powiedziałem po czym ruszyłem w stronę mojego pokoju.Nagle dostałem Holo wiadomość od Maca który kazał mi przyjść do jego pokoju.Więc zmieniłem kierunek i poszedłem dalej.Gdy wszedłem do pokoju Mace powiedział że czym prędzej mam lecieć z moimi 9-cioma padawanami i załogą na Geneozis gdyż tam odgrywa się wielka walka i że mamy pomóc w walce.Czym prędzej poszedłem po nich i ruszyliśmy do statku.Było nam ciasno ale wytrwaliśmy.
******
Geneozis
   Gdy wyszliśmy od razu zobaczyliśmy dym i walkę kazałem Far-Darowi jak najszybciej odlatywać i znaleźć inne miejsce i tam czekać puki nie zadzwonię do niego.Zgodził się i poleciał a my zaczęliśmy walczyć.Wszędzie byli źli żołnierze trudno było mi się bronić.To był mój pierwszy raz na polu bitwy nagle Dex (jeden z moich padawanów) padł.Pobiegłem do niego ale było za późno nie żył.Zabrałem jego ciało za osłonę republiki odpierającej atak.Wtedy się rzuciłem w stronę armii droidów.Zniszczyłem cały batalion i padałem z nóg gdy zobaczyłem Wotexa i Traye.Pobiegłem w ich stronę.Złapałem Wotexa za rękę a on mnie popchnął.Zaczęliśmy walczyć.Podczas walki opowiadałem mu jaki był wcześniej i miałem nadzieje że klątwa go opuści bez skutku do czasu.Nagle skoczył na Traye i ją zabił od tyłu po czym podbiegł do mnie i powiedział że jest za niebezpieczny po czym się zabił.To wszystko tak się szybko działo nie miałem na to zbyt dużego wpływu.Zobaczyłem że armia seperatystów się wycofuje a republiki biegnie.Biegli obok mnie ale ja stałem nie wiedziałem co robić.Po paru minutach otsząśnąłem się i rzuciłem się w walkę.Byłem zawiedziony.Nagle kolejni padawani padli i kolejni żołnierze źli i dobrzy.Myślałem sobie czy to miało jakiś sens.Wtedy przyszedł mój kolega Fox (gen. batalionu) i powiedział że wygraliśmy i że możemy już się wycofać.Klony ciągle strzelając odchodziły a seperatyści ciągle strzelając uciekali.Wiele strzał przeleciało obok mnie i wiele ludzi zginęło obok mnie a ja na ten temat byłem bez radny.Wróciłem do bazy na Geneozis i razem z Shaak-Tii ruszyłem na Corucant.
******
Corucant
  Znów opowiedziałem wszystko radzie a rada powiedziała że wybraniec wraz z jego masterem ruszą na misję za Dooku (on prowadził atak na Geneozis).Byłem zdziwiony że Obi-Wan żył.Okazało się że jakiś nieznany jedi uleczył go na Alderaan.Z promykiem Nadziei że to była Loxy ruszyłem na Alderaan.Nie obchodziło mnie to jak ona się tam znalazła czy jak on tam się znalazł.Miałem nadzieje więc wyruszyłem.

czwartek, 21 listopada 2013

Rozdział XXIII

{Corriban}
~Aconta Solsticeflight~
Misja zakończyła się sukcesem, tylko moja siostra... cały czas walczy o życie. Straciła bardzo dużą ilość krwi, a rana jaką doznała jest śmiertelna. Nikt nie ma pewności czy z tego wyjdzie... Cały czas jeszcze nie obudziła się.
-Aconta!- Usłyszałam znajomy głos mojego męża.
-Benwale! -przytuliłam go.
-I jak z Cobrans?
-Nie wiadomo. -westchnęłam.-Ta noc będzie decydująca.
-Rozumiem, ale na pewno wyjdzie z tego -uśmiechnął się do mnie.
-Wierze w to.- ruszyliśmy razem korytarzem.
 Zastanawiała mnie od dłuższego czasu jedna rzecz... Cała najbliższa rodzina była Lordami Sithów... tylko mój brat był inny... był Jedi...

***

~Ingtis Garnet~

"Od Autorki: Ingtis zmienił nazwisko z Mirach na Garnet aby nikt nie dowiedział się o jego pokrewieństwie s Sithami. Zawsze chciał podążać drogą światła. Został masterem Jedi i wstąpił do głównej rady [Jedi]." 
{Datoine}
-Kto to mógł zrobić?
-Sithowie, a kto inny? -odpowiedziałam spokojnie. - Takie zagrywki są typowo w ich stylu. Ostatnio straciliśmy zbyt wielu Jedi... Na Mustafarze i na Coruscant... -odetchnąłem głęboko.
-Zrobić nic na razie nie możemy- Yoda jak zawsze powiedział tym swoim przekręconym językiem.Kiwnąłem lekko głową na znak zgody. Wszyscy się rozeszli. Ruszyłem powoli w stronę mojego pokoju. Po wejściu do pomieszczenia usiadłem na macie do medytacji. Pogrążyłam się w odmętach moich myśli, gdy nagle przed oczami zobaczyłem urywkową wizję, zobaczyłem miej więcej całe zdarzenie wczorajszego włamania Sithów. Otworzyłem gwałtownie oczy.
-Aconta?! -wykrzyknąłem, po czym ciszej dodałem- Cobrans... Znaleźli ją... -od lat nie spotkałem mojej rodziny, jednak z łatwością potrafiłem rozpoznać ich członków.
-Mistrzu Igntis wszystko w porządku? -usłyszałem pukanie do drzwi. Podszedłem w tamtym kierunku i otworzyłem wrota. Stał tam młody padawan jednego z mistrzów. Nie do końca widziałem od kogo się uczy.
-Witaj Heratho. Wszystko w porządku.
-To dobrze. Słyszałem krzyk dochodzący właśnie stąd więc wolałem to sprawdzić.- Skinąłem lekko głową.
-Wróć już do swoich zajęć.
-Dobrze mistrzu. -odszedł. Zamknąłem drzwi i usiadłem na łóżku.
-Od lat nikt się nie domyślił... Czy to wszystko się wyda...-odetchnąłem głęboko.

***
{Corriban}
~Cobrans Mirach~

Zbliżała się północ. Obudziłam się otwierając gwałtownie i szeroko oczy.

środa, 20 listopada 2013

Rozdział XXII

~Mike~

Mustafar,
Kiedy zeszliśmy ze statku od razu stwierdziliśmy że mustafar to odludniona planeta gdyż według mnie to był jeden wielki wulkan.Ruszyliśmy ich szukać.Po drodze rozmyślałem "Zabicie ich tylko przybliży nas wszystkich do ciemnej strony tym bardziej że nie znam powodu"więc stwierdziłem że"Będzie trzeba im położyć zarzuty o zabicie wielu jedi i pierw zatrzymanie ich w imieniu republiki i dopiero gdy zaatakują to będzie można rozważać opcje zabicia tym bardziej że mi zabijanie nie przynosi radości ale prawdą jest że za wszelką cenę trzeba ich zatrzymać gdyż inaczej republika mogła by uledz zagładzie ponieważ darth krayt i darth kraya to jedni z potężniejszych sitów w galaktyce".Nagle doszliśmy do wielkiej góry w której widniały ogromne drzwi.
-To raczej tu-oznajmiła Marcjanna.
-Jill dasz radę otworzyć te drzwi w jakiś sposób-zapytała Loxy.
-Mogę je ewentualnie wysadzić-Powiedział próbując popchnąć drzwi.
-Nie ma to jak wielkie wejście-wtrąciłem
Nagle drzwi wybuchły.Gdy dym się ulotnił weszliśmy do środka i powiedziałem"W imieniu republiki poddajcie się".Od razu po mojej wypowiedzi Darth krayt się na mnie rzucił.Obroniwszy się oddałem mu ciosem i rozpoczęła się walka.W tym samym momencie Darth Kraya zaczęła razić moją ekipę prądem lecz moja ekipa wyzwoliwszy się zaatakowali ją.Z Kraytem nie było lekko to był wspaniały mistrz walki wszystkimi technikami.Nagle wyleciał mi jeden miecz potem drugi i kiedy on się skupiał na zadaniu ostatecznego ciosu odepchnąłem go tak że wgniótł się w ścianę.Przyciągnąłem miecze i rzuciłem się ku jego stronie.Ale on poraził mnie i wszystkich innych nie licząc krayi.Nagle Angela się wyzwoliła i pobiegła w jego kierunku uzbrojona tylko w pistolet a on przestał razić i zaczął ją dusić.Angela umarła.Wotex pogrążony w żalu i złości pobiegł następny w jego kierunku i zaczął mu dawać serię potężnych ciosów.W tym samym czasie Kraya zabiła Jedi Skya.Wotex jeszcze bardziej pogrążony w żalu nie panując swoich emocji zaczął atakować Krayta ciosami przed którymi Krayt z łatwością się bronił nagle Krayt powiedział:
-Tak poczuj złość wyczuj to!!!!
-Zabiłeś Angele-krzyknął Wotex po czym próbował zrobić cios którego nie był w stanie zrobić a Krayt wykorzystując to poraził go śmiertelnie prądem.Wotex padł na ziemię.W tamtej chwili ja rzuciłem się w walkę z Kraytem.Po dłuższej i wyczerpującej wymianie ataków poraziłem go i odepchnąłem z całej siły.Krayt sapał ze zmęczenia ja też.Wtedy wpadliśmy w wielką walkę na moce po czym skoczyłem na niego i odciąłem mu rękę po czym powiedziałem"Jesteś aresztowany".Nagle od tyłu Darth Kraya poraziła mnie od tyłu a Krayt wyślizgnął się.Stwierdziłem że Krayt i Kraya to poważni przeciwnicy i nie mogą nam uciec tym bardziej że zabili tyle moich przyjaciół.Więc kiedy się wyzwoliłem rzuciłem się na bezbronnego Krayta i przeciąłem go na pół.W tym momencie Loxy stwierdziła że to koniec i rzuciła się na Krayie która odepchnąwszy ją rzuciła się na Marcjanne.Podbiegłem do Loxy,ale Loxy leżała na ziemi i nie odzywała się.Kazałem wszystkim iść do statku i przylecieć potem po mnie ale oni się nie zgodzili więc odepchnąłem ich z jaskini i zabarykadowałem jaskinie przysypując ją kamieniami.Wtedy rzuciłem się sam na sam na Krayie.Chciałem ją chociaż wziąć do więzienia za to że ona i Krayt zabili:Loxy,Skya,Wotexa i Angele.Po długiej i wyczerpującej walce nagle Kraya usiadła i zaczęła medytować.Nie mogłem się ruszyć.Wtedy z wszystkich stron zaczęły iść na mnie jakieś stwory z mieczami świetlnymi.Było ich blisko milionowi.Walczyłem dzielnie ale kiedy próbowałem znaleźć Krayie to jej nie widziałem nagle po dłuższej walce padłem.Obudziłem się w jakiejś klatce.Zobaczyłem Krayie i jakby Wotexa tylko że w szacie sitha.Nagle Kraya zwróciwszy się do mnie powiedziała"Zobacz to mój nowy padawan powiedziała wskazując na Wotexa.Namieszałam mu w myślach,zrobiłam pranie mózgu i teraz mam nowego padawana".Od razu po tym cytacie wybuchła górna część jaskini.Zobaczyłem swój statek nagle klatka się zniszczyła i ktoś mnie zaczął przyciągać na statek ale ja chciałem zostać i pomóc uwolnić się Wotexowi spod klątwy którą Kraya rzuciła na niego.Podczas przyciągania jak leciałem widziałem ciało Loxy,Angeli,Skya i wielką armię dziwnych żołnierzy Krayi.Na statku straciłem przytomność.Kiedy obudziłem się pierwsze co zacząłem płakać.

Rozdział XXI

~Cobrans Mirach~
Szłam pewnym i szybkim krokiem w stronę hangaru. Czułam dreszczyk emocji, kolejna misja. Miałam wykonać ją razem z Acontą. Weszłam do pomieszczenia wypełnionego mnóstwem samolotów. Moja siostra czekała już na mnie przy myśliwcu CIS-Advance.
-Gotowa?
-Jak zawsze w stu procentach- uśmiechnęłam się lekko i wskoczyłam do pojazdu.

***

Wylądowałyśmy na Coruscant, stolicy Republiki. Miałyśmy za zadanie wykraść dane dotyczące przyszłych planów i bitew. Czekałyśmy aż zapadnie zmrok. Przedzierałyśmy się przez gąszcz miejskiej dżungli, aż wreszcie dotarłyśmy do budynku Republiki.
-To jak tam wejdziemy?-szepnęłam do siostry. Na ulicach panowały kompletne pustki.
-Zobaczysz, chodź za mną.- Aconta uśmiechnęła się tajemniczo i pobiegła w stronę budynku. Zrobiłam to samo. Dziewczyna wspięła się na wysokość ok. 2 metrów i otworzyła właz wentylacji. Gestem pokazała abym dalej szła za nią po czym zniknęła w tunelu. Szybko zrobiłam to samo, zamykając za nami właz. W tym labiryncie wentylacyjnym zalatywało z lekka stęchlizną, mogliby coś z tym zrobić.
-To tutaj.-usłyszałam szept, podeszłam bliżej postaci przede mną.
-Nikogo nie ma... Na pewno muszą być jakieś zabezpieczenia.
- I są...- Z jej rękawicy wyświetliło się coś w rodzaju hologramu. Nacisnęła kilkanaście holograficznych przycisków i dodała- Teraz już były -powiedziała z uśmiechem. Otworzyłam ostrożnie właz i wskoczyłam do pomieszczenia. Aconta została. Podeszłam do komputera głównego. Złamałam kilka kodów i wyświetliły mi się się wszystkie potrzebne informacje.
-Bingo.- uśmiechnęłam się lekko i skopiowałam wszelkie dane. Rozległ się alarm. Szybko wspięłam się zpowrotem do szybu wentylacyjnego, a Aconta zamknęła właz. Zaraz po tym do pomieszczenia wbiegło kilka klonów i Jedi. Szybko i bezszelestnie kierowałyśmy się do naszego wyjścia. Wyskoczyłyśmy z szybu i pobiegłyśmy w stronę miasta. Wszędzie tak z nikąd było pełno klonów. W końcu i my się na nich natknęłyśmy. Było ich kilkudziesięciu i dwóch Jedi. Stanęłyśmy do siebie plecami.
- Poddajcie się. -Odezwał się jeden z nosicieli miecza świetlnego.
- Chyba śnisz. -Głos Aconty przepełnił niektórych lękiem. Klony rozpoczęły ostrzał. Z łatwością odbijałyśmy strzały raniąc przy tym żołnierzy. Ci którzy zbytnio zbliżyli się do nas ginęli spod ostrza miecza świetlnego. I tak oto w ten sposób została garstka klonów i dwoje Jedi.
-Zajmij się żołnierzami.
-Ok.-odpowiedziałam siostrze i pobiegłam w ich stronę. Ona zaś ruszyła w stronę zwolenników dobrej strony mocy.
-Dziesięciu na jedną czy to aby fair? -zaśmiałam się złowieszczo i uniosłam ich w górę mocą dusząc. Wszyscy padli. Pobiegłam do serca drugiej bitwy i odciągnęłam jednego Jedi od siostry. Kiedy po kilkuminutowej walce miałam zadać przeciwnikowi ostateczny cios, ktoś zaatakował mnie od tyłu, zadając cios w brzuch. Płynnym ruchem powaliłam postać na ziemie i odegrałam się, po czym miecz wypadł mi z dłoni.Poczułam ogromną słabość. Moja szata była zaplamiona od krwi, a obraz przed moimi oczami zaczął się rozmazywać. Upadłam na ziemię. Ostatnie co widziałam to widok walki Aconty i powiększająca się ciemno-czerwona plama cieczy tuż przy mnie...

wtorek, 19 listopada 2013

Rozdział XX

~Mike~

Yavin,
Na Yavin zanim wylecieliśmy musieliśmy pójść do miejscowej rady jedi.Idąc tam rozważałem czy ta moc którą poczułem to nie przypadkiem ciemna strona.Był jeden sposób by to sprawdzić, musiałem pomedytować i wyczuć co we mnie tkwi.Nie mogłem iść dalej z tą myślą więc zrobiliśmy przerwe.Ekipa rozłożyła piknik i zaczęła jeść a ja w międzyczasie poszedłem w stronę lasu by znaleźć samotne miejsce gdzie mógłbym się skupić na mojej medytacji.Nie musiałem iść daleko gdyż Yavin to niezbyt zamieszkana planeta.Zacząłem medytować.Szukałem w głebi odpowiedzi czułem dużo światła i dużo radości lecz dla pewniści szukałem głebiej.Trudno mi było odczuć to co czuję przez to że Yavin wręcz chłonie dobrą energią lecz udało mi się.Zacząłem czuć tylko dobro.Zero zła.Po dłuższym czasie wstałem i poszłem w strone obozu.Po moim powrocie wszyscy się zebrali i poszliśmy dalej.Byłem szczęśliwy że jednak pozbyłem się tej ciemnej mocy która we mnie tkwiła i że stałęm się silniejszy tylko dzięki dobrej strony mocy.Przed siedzibą miejscowej rady jedi stała jakaś postać.Przypominała mi mojego dawnego przyjaciela z akademi Wotexa,ale wydawwało mi się to nie możliwe bo od czasu gdy poleciał na Corusant.Podszedłem bliżej TO BYŁ ON!!!!
-Hej Mike-krzykną
-Hej-Odkrzyknąłem i pobiegłem w jego strone.
-Mike co tam?Dawno się nie widzieliśmy!-powiedział mój dawny przyjaciel.
-Co ostatnio porabiałeś?-zapytałem
-Ostatnio wróciłem z misji która odbyła się na Tatooine.-Powiedział-Kiedy usłyszałem że mój master jest ranny...Nie dokończył bo mu przerwałem
-To Mace to twój master?!?!?
-Tak-odpowiedział
-Myślałen że Eeth Koth?
-Nie-zaprzeczył-Mace od zawsze był moim masterm.
-Musiałem zapomnieć powiedziałem.
-A twój master?
-To jest Shaak-Tii
-Wow to jedna z lepszych jedi.Masz farta.A co takiego sensacyjnego u ciebie?
-Dobrze,muszę ci coś powiedzieć ale zachowaj to w tajemnicy przed radą.Ożeniłem się.-powiedziałem szeptem
-Szczerze ja też-odpowiedział
-Serio-powiedziałem z kim?
-Nazywa się Angela-powiedział-razem z nią,Kirem i Skyem podróżujemy po wszechświecie.
Wow też mam taką ekipe tylko że trochę większą-powiedziałem po czym zawołałem ich.
Poznajcie się-Zwróciłem się do ekipy i Wortexa.
Po tym ruszyliśmy wszyscy razem do wielkiego budynku.
Po dłuższej rozmowie z radą wyszedłem z budynku i ruszyłem ku Wotexowi
-Czekaj-krzyknąłem
-O to ty!-powiedział z zadowoleniem
-Może byś chciał się z nami zabrać?-zaproponowałem
-Z wielką chęcią ale niegługo lecę na niebezpieczną misję z moją ekipą
-A jak się tam dostaniecie?-zapytałem
-Nie wiem coś wymyślimy.
-To nie macie własnego statku?
-Nie niestety-powiedział ze smutkiem
-To się dobrze składa bo my właśnie mamy statek a nie mamy co robić.To jak lecicie?
-A możemy?-zapytał z niepewnością
-Oczywiście to sprowadz swoją ekipe i lecimy?
-Ok.-powiedział po czym zaczął krzyczeć imiona ludzi z jego ekipy.Po chwili cała jego ekipa stała przedemną a Wotex zaczął dawać krótkie opisy do każdego.
-To jest Angela moja żona znakomita dyplomatka,to Sky Jedi gaurdien a to Kir wybitny chemik i niezły mechanik.Więc polecieliśmy na planete gdzie mieliśmy pokonać darth kyrata i darth kreia.
To był wysoki cel więc musieliśmy dać z siebie wszystko.

poniedziałek, 18 listopada 2013

Rozdział XIX

Włącz do czytania :)


~Cobrans Mirach~
Już jakiś czas temu wylądowałam na Korribanie. Musiałam już tylko dostać się do bazy, niestety była to długa droga. Wędrowałam już drugą godzinę, mimo to nie brakowało mi sił, Ciemna Strona dodawała mi siły. W oddali zaczęłam widzieć zarys bazy Sithów, uśmiechnęłam się blado sama do siebie.
-Fajnie było podczas podróży...- szepnęłam- na Alderaan'ie... Na Nar-Shadzie... -uśmiechnęłam się. Jednak zaraz potem moją twarz ogarnął gniew. -Cobrans przestań! Jeszcze przejdziesz na dobrą stronę!-wrzasnęłam sama na siebie. Poczułam znów narastającą nienawiść.
-Zaplanował to wszystko! Chciał abym była dobra! -wykrzyczałam z siebie. Poczułam pustkę, nicość. Byłam rozdarta. Oddychałam ciężko, mój wzrok wlepiony był w podłoże. Pustynny wiatr delikatnie otulił moją twarz swoim ciepłem.
- Coś się stało Cobrans?- Moje źrenice zmniejszyły się gwałtownie. Znałam ten głos! Znałam aż za dobrze! Odwróciłam się gwałtownie i on tam był! Mój przyjaciel! Darth Maul! Rzuciłam mu się na szyje.
-Ty żyjesz...- szepnęłam drżącym głosem. Nigdy w życiu nie czułam tyle radości. Jeśli miał być to sen, to chciałabym aby trwał wiecznie. -Wszyscy mówili że nie żyjesz...-Spojrzałam zabrakowi w oczy.
- Może i tak mówili, ale jak widać nie mieli racji. -uśmiechnął się blado.

***

~Darth Maul~
Weszliśmy do bazy. Chyba nigdy nie widziałem Cobrans tak szczęśliwej. Przeszliśmy przez wiele korytarzy, każdy obok którego przemkneliśmy nie mógł uwierzyć że mnie widzi. Śmiać mi się chciało patrząc na te reakcje. Zbliżaliśmy się do komnaty mojego mistrza- Dartha Sidiousa. Cieszyłem się na spotkanie z nim. Zbliżyłem się do drzwi.
-Zaczekać tu na ciebie?- usłyszałem mroczy, dziewczęcy głos Cobrans.
-Nie trzeba, pójdź odpocząć.
-Jak chcesz.-uśmiechnęła się i zawróciła. Zapukałem energicznie do drzwi komnaty. Otworzyły się i pewnym krokiem wkroczyłem do środka. Darth Sidious stał do mnie plecami wpatrzony w krajobraz za oknem.
-Witaj mistrzu.- uklęknąłem na jedno kolano.
-Witaj mój uczniu.-odwrócił się w moim kierunku.-Nikt nie sądził że przeżyłeś... -kąciki moich ust uniosły się ku górze.
- I dobrze.- Podniosłem się. Rozmawiałem z mistrzem jeszcze kilka następnych minut po czym opuściłem jego pokój. Ruszyłem przed siebie. Kręte korytarze prowadziły mnie w najdalsze zakamarki jednej z budowli Imperium Sithów. Wyszedłem w końcu na powierzchnie. Zastałem nam Coni siedzącą w swoim ulubionym miejscu. Często zamiast spać przesiadywała tu całymi nocami.
-Znów masz zamiar przesiedzieć tu całą noc?
- Może..-Powiedziała patrząc w ciemniejące niebo. Przysiadłem się do niej.
-Tęskniłam...-powiedziała patrząc w moją stronę.
-Ja za tobą też.- uśmiechnąłem się do niej.
-Powiedz... czy to ciebie widziałam wtedy na Naboo?- Kiwnąłem lekko głową.- Dlaczego odszedłeś...?
-Nie mogłem się ujawnić... Tym bardziej że byłaś ze swoim kuzynem... -Pokiwała głową na znak zrozumienia.
-Tak przy okazji...-spojrzałem jej w oczy- Jak udało Ci się przeżyć? Tak wile miesięcy...
- Niech to zostanie moją tajemnicą.
- No niech ci będzie -zaśmiała się cicho, po czym jakby spochmurniała. Spojrzałem w rozgwieżdżone już niebo. -Powiedź że to nie sen... że nie obudzę się zaraz i to wszystko zniknie... znów ciebie nie będzie...
-Nie martw się, to nie jest sen. -Spojrzałem na dziewczynę siedzącą obok. Jej twarz znów rozjaśnił uśmiech.

====

Z góry przepraszam za popełnione błędy ortograficzne czy jakiekolwiek inne, czasem mogę je niestety przeoczyć :/
Mam nadzieje że podoba wam się chodź trochę to co ja piszę, bardzo się staram :3

niedziela, 17 listopada 2013

Rozdział XVIII

~Mike~

Nar-Shaada
Witaj Mike usłyszałem Loxy głos zza moich pleców.
-Hej-odpowiedziałem-co robisz?
-Nic,tylko myślę martwi mnie nadal to co się ztało na Naboo z Loxy.Czułam w niej tyle rozpaczy przemieniającej się na gniew niszczącą tą małą cząstke jej radości i dobrych wspomnień.Czy ona zawsze taka byłą.
-Nie kiedyś byłą radosna pełna życia i chciała być jedi jak ja.
Nar-Shaadzie się wszyscy dobrze bawiliśmy i spotkaliśmy tam Meca Windo.Powiedział że właśnie skończył misje i że musi jakoś się dostać na Yavin. Ponieważ to był nasz następny cel zaproponowałem mu podwózkę.Wtedy jak już weszliśmy na statek przypomniało mi się o Coni przecież musiałem ją odwieźć pierw.Nie wiedziałem co robić musiałem jakoś znieczulić Meca zmysł.W drodze na Corieban powiedziałem Coni że będzie miała twarde lądowanie gdyż będzie londowała zama w kapsule.Z niesmakiem się zgodziła bo wiedziała że kapsuła to nic przyjemnego.Wtedy podszedłem do drugiej fazy.Jill i ja sporządziliśmy miksture usypiającą czułość na moc i podaliśmy ją Mecu.To była mocna mikstura lecz Mace jest silnym jedi i może będzie mógł coś czuć.Gdy już Coni była w kapsule myślałem że wszysko pójdzie jak po maśle lecz mikstura zaczęła przestawać działać i Mace zaczą czuć niepokój.Naszczęście w tym momęcie pożegnałem się szybko z Coni i wcisnąłem guzik "abond" i Coni poleciała.Po tym szybko polecieliśmy na Yavin i Mace zaczął się czuć swojo.
Yavin
Po wylądowaniu Mace się pożegnął i poszedł w swoją strone a ja w swoją.Ruszyłem w strone mitowego mjejsca gdzie miałem nadzieje że tam będę w stanie pozbyć się klątwy Ravena.Nie mogłem tego nigdzie znaleść i zacząłem podejrzewać że to nie istnieje nagle zobaczyłem jakąś starą jakby świątynie.Sam się zdziwiłem że znalazłem to mjejsce gdyż ta planeta jest jednym wielkim lasem a to mjejsce od milionów lat nie było odwiedzane.Nagle dostałem holo wiadomość od mjejscowej rady jedi.Mowili że Mace jest ranny i czy coś o tym wiem gdyż on powiedział że on dostal się tu dzięki mnie i ostatnio się ze mną widział.Prosili bym przyszedł do nich odrazu jak skończę robić to co robię.Zgodziłem się i wstrząsnięty tymi wiadomościami ruszyłem w strone wejścia.Szedłem po tej świątyni już dłuższy czas i nadle zobaczyłem duże pomieszczenie.Podszedłem do środka i klęknąłem.Zacząłem medytować nagle usłyszałem głos Shaak-Tii lecz nigdzie jej nie było potem głos Maca potem Yody i mojej mamy i jakby wszystkich jedi wtedy nagle coś zaczęło mnie niszczyć od srodka.Walczyłem z tym dzielnie wtedy zobaczyłem 5 sithów przedemną.Po chwili jeszcze więcej i jeszcze.To coś mnie nadal niszczyło.Zacząłem krzyczeć i niszczyć sithów a oni nawet się nie broniąc wyparowywali jak para.Nagle odkryłem że to iluzja i że opentała mnie złość niewiadomo z jakich przyczyn.Wtedy mimo nadal wyniszczania uklęknąłem i zacząłem medytować.Poczułem w sobie nie samowitą moc i użyłem jej do obrony przed wyniszczaniem.Nagle wszystko wirowało potem przestało a potem znowuzaczęło i po tym już nic nie pamiętałem co się stało.Obudziwszy się na statku ekipa mi zadała wiele pytań ale pierw poprosiłem ich żeby mi powiedzieli co się tam potem stało.Powiedzieli że nie wiedzą i że poprostu jak tam weszli to zobaczyli mnie nieprzytomnego.Poczułem potęgę,moc której nigdy nie czułem.To nie była ciemna strona to nadal była dobra strona ale jakby silniejsza we mnie.Potem poczułem się wolny od ciemnej strony. Raven już mną nie kontrolował!!!Byłem szczęśliwy.Nie wiedziałem jak to się stało ja nawet nic nie zrobiłem ale to już nie było ważne.Wtedy Julia zapytała gdzie następnie lecimy?
Przed siebie.Wszędzie-odpowiedziałem

wtorek, 12 listopada 2013

Rozdział XVII

~Cobrans Mirach~

Podczas drogi zmieniły się nam plany i zamiast najpierw na Nar-Shadaa. polecieliśmy na Naboo. Poczułam coś dziwnego gdy tylko postawiłam tam stopę. Coś mi nie grało. Poczułam jakby rozpacz ogarnęła całe moje ciało, jednak przekształciłam to na swoją korzyść. Smutek zmienił się w gniew który karmił Ciemną Stronę. Coś kazało udać mi się w głąb i mimo to że słyszałam krzyki za sobą nie zatrzymałam się.
-Coni, dokąd idziesz?! -słyszałam ten odgłos coraz wyraźniej, aż w końcu poczułam jak ktoś łapie mnie za ramię. Stanęłam i zacisnęłam zęby, a dłonie ścisnęłam w pięść.
-Daj mi iść.-powiedziałam spokojnie, jednak sama słyszałam że mój głos był inny niż zwykle.
- Coni, co się dzieje?- Odwróciłam się w stronę postaci, był to Mike. Widziałam nutkę przerażenia w jego oczach. Poczułam satysfakcje, najmniejsza oznaka strachu karmiła moc we mnie.
-Muszę iść... wrócę później...- zepchnęłam jego dłoń i wznowiłam drogę. Po kilku metrach znikłam w ciemności lasu.

***

Panował półmrok, moje oczy z łatwością przyzwyczaiły się do panującego oświetlenia. Cały czas nie wiedziałam dokąd zmierzam, jednak nie opierałam się. Usłyszałam jakby zbliżające się kroki, trzymałam rękę na mieczu. Kiedy postać, a właściwie postacie zbliżyły się wystarczająco blisko odwróciłam się szybko i wyciągnęłam rękę zwiniętą w pięść. Wyprostowałam palce dłoni przygniatając postacie do drzewa.
-Czego chcecie?-warknęłam.
-Cobrans to my!- aha, no właśnie tego się obawiałam. Mike i jego ekipa... Znów zwinęłam rękę w pięść.
- Czemu za mną poszliście?-powiedziała niezadowolona.
-Bib, Beeeep Bip.
-Masz racje JM, nie mogliśmy puścić cię samej.- Spojrzałam w stronę Loxy kiedy wypowiedziała te słowa.
-Lepiej wracajcie. Wrócę rano.
-Nigdzie nie pójdziemy- Mike zaprotestował. Posłałam mu mordercze spojrzenie. -Dobrze słyszałaś. -Westchnęłam cicho i mruknęłam niezadowolona. Odwróciłam się na pięcie i ruszyłam przed siebie.
-Dobrze wam radze wracajcie...-W okuł mnie pojawiła się ciemna aura. Wyczułam ich lęk.
-Mike, może lepiej ją posłuchajmy...-Usłyszałam cichy szept Julii. Jednak czułam że któreś z nich za mną podąża. Odwróciłam się i odepchnęłam postać mocą. Zaczęłam biec w przeciwnym kierunku, chciałam ich zgubić, chciałam być sama.

***

W końcu upragniona samotność. Znów podążałam tam gdzie moja moc mnie prowadziła. Nagle szlak się urwał. Stałam u podnóży pałacu. Stał on na szczycie klifu pod którym stałam. Fajnie tak się na niego patrzyło od dołu, ale nie rozumiałam jednego... po co tu mnie przyciągnęło... Niespodziewanie ujrzałam coś naprzeciwko mnie. Postać w czarnej szacie... ranna. Kogoś mi przypominał... nawet bardzo... Podchodziłam powoli coraz bliżej.
-Darth Maul...?-Szepnęłam cicho. Postać zdawała się uśmiechnąć, lecz zaraz potem zagłębiła się w mrok lasu.
-Zaczekaj!- Zaczęłam biec za postacią, potknęłam się o wystający korzeń i upadłam na ziemie. Obserwowałam jak odchodzi tajemniczy przybysz. "To chyba on... ale przecież to nie możliwe..." pomyślałam. -Nie odchodź...- Znikł mi z oczu. Skuliłam się i rozmyślałam o tym co się stało. Dlaczego właśnie tak to się potoczyło. Nie rozumiałam... Podniosłam się i otrzepałam szatę. Moja twarz nie zdradzała żadnych uczuć. Powoli ruszyłam w stronę obozowiska. Po około pół godziny dotarłam na miejsce.
- I jak Coni?
-Nic...-powiedziałam z lekka zasmuconym głosem.-Kiedy lecimy na Nar-Shadee?-starałam się ukryć moje wszelkie uczucia, chciałam przerodzić je w gniew, ale z jakiś dziwnych przyczyn nie potrafiłam. Czułam na sobie wzrok mojego kuzyna. Chyba chciał odgadnąć co się stało. Nie obchodziło mnie to...
- Jutro rano. -powiedział niepewnie.
-Ok...- Weszłam smętnie do statku.

Następnego dnia wyruszyliśmy na Nar-Shadee, a to co się zdarzyło w lesie pozostało moją tajemnicą.

poniedziałek, 11 listopada 2013

Rozdział XVI

~Mike~

Alderaan
  Po wyjściu poszliśmy w stronę lasu.Rozłożyliśmy tam piknik i z wszystkimi i zjedliśmy.Następnie wszyscy razem poszliśmy wieczorem do miasta.Pierw kupiliśmy nowe szaty potem jedzenie a koniec poszliśmy do klubu.Bawiliśmy się tam dobrze po pewnym czasie większość ekipy była zmęczona tańczeniem więc większość poszła razem z zakupionymi rzeczami do statku.Ja i Coni dalej tańczyliśmy.Po dłuższym czasie byliśmy zmęczeni też wiec usiedliśmy koło baru i zaczęliśmy rozmawiać.Nikt nie mógł poznać nas że jesteśmy jedi lub sith bo byliśmy ubrani jak mieszczanie Alderran.
-Poprosimy dwie Demyry- powiedziałem.
-Co to są Demylkhdnsa- zapytała.
-Zobaczysz-powiedziałem.
-Proszę-powiedział droid kelner.
-Dzięks, łap-Odpowiedziałem i rzuciłem mu kredyty.
-Smakuje?-zapytałem
-Bardzo!!!-krzyknęła-Jest bardzo słodkie i pyszne.Od razu dało mi energii.Co oni do tego dodają!??!
-Licho wie-Powiedziałem
Następnie rozmawialiśmy o wszystkim co przyszło nam na myśl.O 00:30 ruszyliśmy w stronę statku.Szliśmy przez ciemny las.Nagle jakieś dwie czarne postacie przebiegły przed nami.Włączyłem moje miecze świetlne koloru zielonego i niebieskiego.Czekałem.Coni zapytała o co chodzi.Jak jej powiedziałem od razu zareagowała tak samo.Nagle ktoś skoczył na mnie z czerwonym mieczem świetlnym.To był ten sam Sith którego spotkaliśmy w barze tamtego dnie.Pytanie było gdzie drugi?Wtedy jak na zawołanie drugi wyskoczył i zaatakował Coni.Rozpętała się prawdziwa walka.Walczyłem z nim już długo gdy nagle wybił mi miecz świetlny.Podniósł miecz by dać mi ostateczne cięcie.Kiedy zaś próbował wbić mi miecz świetlny w serce to ja go tam zatrzymałem.Ręką przytrzymałem miecz.Nie przebiło mi ręki.Tej techniki od dawna się uczyłem i po raz pierwszy mi się udała.Wtedy wziąłem najbliższe drzewo i rzuciłem nim w niego on zaś odskoczył gdy zaś on zbierał się po skoku ja go odepchnąłem z całej siły w kamień tak mocno że kamień się rozpadł i odłamki pogrzebały jego ciało.Wtedy zerknąłem jak jej idzie zobaczywszy że jeszcze wałczy podbiegłem i odepchnąłem go jej przeciwnika.Następnie zacząłem go razić i potem znowu do odepchnąłem.A następnie przyciągnąłem i wbiłem mu miecz świetlny w brzuch podczas kiedy był jeszcze w trakcie przyciągania.Chwilę po bitwie zauważyłem że podczas bitwy znowu słuchałem się ciemnej strony.Postanowiłem coś z tym zrobić.Ale nie teraz teraz trzeba się nacieszyć kuzynką.Po tym wszystkim krzyknąłem do niej kto pierwszy do statku i żeby było fair ty mówisz start.Zaraz po mojej wypowiedzi ona krzyknęła start i pobiegła.Pomyślałem sobie zawsze oszukiwałaś i pobiegłem.
*****
Na statku porozmawiałem z wszystkimi i ustaliłem plan podróży.Pierw polecimy na Nar-Shaadę.Potem na Naboo.Po Naboo polecimy odwieść Coni.A ostatecznie na Yavin.Wszystkim pase?-Zapytałem
Tak-Odpowiedzieli chórem.Po tym jak się rozeszli na osobności zapytałem czy nie chce wcześniej lub później zsiąść.Ona zaś powiedziała że tak jest w sam raz.Po rozmowie z wszystkimi i po przyjaznej grze w Paazaka poszedłem do mojego pokoju.I zacząłem medytować.Chciałem się dowiedzieć czy na Yavin naprawdę znajdę odpowiedź i też chciałem wiedzieć czy Coni naprawdę pasuje wszystko i ku mojemu zdumieniu zaprzyjaźniła się z ekipą i naprawdę czerpała radość z bycia razem.Lecz odczuwałem u niej nadal nienawiść do Obi-wana co mnie martwiło bo miałem nadzieję że może stanie się jedi ale u niej mimo przez radość tkwiło w niej dużo nienawiści.Nagle usłyszałem krzyk Coni jesteśmy na Nar-Shaada!!!Uśmiechnąłem się i jak poszedłem spać.Reszta ekipy po pewnym czasie zrobiła podobnie.