Dziękujemy za odwiedziny naszego bloga! :D

niedziela, 29 grudnia 2013

Rozdział XXX

~Mike~
   Statek
     Na Hoth stwierdziłem że nie mogę się poddawać na poszukiwaniach Shaak-Tii więc wraz z moją opuściłem pole walki za zgodą Lucka ponieważ bałem się że nie da sobie rady ale rozumiał mój ból i przywiązanie do Shaak-tii więc pozwolił mi odlecieć.Na statku pierw polecieliśmy sprawdzić czy jest na Datooine następnie na Yavin lecz nigdzie jej nie było.Sprawdziłem także:Mannan,Yavin 4,Naboo,Mustafar i wiele innych.Ku mojemu zdziwieniu nigdzie jej nie było.Myślałem czy to możliwe że klony ją zabiły albo że była wtedy na Corucant gdy klony zaatakowały akademie Jedi.Lecz moja mama uciekała z wszyskimi którzy przeżyli i nigdzie nie widziała Shaak-tii lecz mówiła że godzine przed orderem 66 mama widziała jak Shaak wchodziła do pokoju medytacji.Boję się o Shaak-tii.Stwierdziłem że trzeba wrócić na Yavin i dopytać się Shainy (mojej mamy) gdzie może być Shaak-tii.Po drodze rozmyślałem i stwierdziłem że możliwe że jest na Corucant albo nie żyje ale czułem że jeszcze z nami jest a poza tym Shaak-tii gdy była na jednej misji to połączyłą się ze jedi którzy już od DAWNAAA nie żyli.Oni dali Shaak-Tii cztery życia więc to jest jedyna osoba która jak umiera to zostaje wskrzeszona w każdej okoliczności i gdy zostaje wskrzeszona to też odmłądza się i ma 28 lata ponieważ gdy wypełniała tą misje miała miałą tyle lat.Podczas lotu poszedłem do Jilla który naprawiał coś.
-Co tam?-Zapytałem
-Nic podrasowuje nasze rakiety-odpowiedział
-Myślałęm że coś naprawiasz-opowiedziałem po czym dodałem-nie orientuje się w tym
-Ale przecież jesteś świetnym pilotem-oznajmił
-Po pierwsze nie pochlebiaj a po drugie po za podrasywaniem mieczy świtnych lub coś związanago z nimi prawie nic nie umiem z tej dziedziny-Powiedziałem
-To nie martw się będę to robił za ciebie ale tego nie nadużywaj-odpowiedział
-Bardzo mi przypominasz Hana Solo nie licząc innej fryzury-Zaśmiałęm się
-No mam troche krótsze i też się jeszcze czymś różnimy-Oznajmił
-Czym?-Zapytałem
-Jestem przystojniejszy- oznajmił żartobliwie. Gdzy wylądowaliśmy pobiegłem w stronę świątyni.Gdy doszedłęm do Shainy odrazu przytuliłęm ją i zapytałęm czy nic jej nie dolega ponieważ miałą już 43 lata.Powiedziała że jest w swietnym stanie i że znalazła Shaak-Tii lecz jej grozi niebezpieczeństwo.Zdziwiłem się że pierwsza o tym wspomniałą ale pozdrowiłem ją i ruszyłęm na planete którą powiedziałą moja mama.Tą planetą byłę Felucia.Gdy się tam zjawiłem zacząłem jej szukać.O godzinie 4 miejscowego czasu znalazłem ją.Walczyła z padawanem Darth Vadera.Byłem zaniepokojony i radosny ponieważ znalazłem ją ale Galen były padawan Rahm Kota teraźniejszy padawan Vadera był bardzo potężny.Było za późno odepchną ja w jakąś głęboką przepaść.Po chwili z głebi wydostał się wielki niebiesko biały promień.Padawan uciekł a ja ruszyłem jej na pomoc.Skoczyłęm w przepaść i znalazłem ją na samym dole.Wziąłem ją na statek i starałem się ożywić lecz nie było potrzeby gdyż już starciła jedno z czterech żyć.Na planecie znaleźliśmy także jej byłą padawanke.Była to kobieta zebbraak która przeszła na ciemną stronę lecz Shaak-tii po rozmowie z nią przekonała kobiete by wróciłą na jasną stronę mocy.Polecieliśmy następnie na Yavin by padawanka mogła poczuć spowrotem jasną moc.Zebbraaczka prosiłą by Shaak-tii została z nią lecz Mistrzyni Tii powiedziała że musi polecieć z nami i ratować republikę.Na statku Luck do nas zadzwonił i powiedział że planuje atak na gwiazdę śmierci i prosił o pomoc.Więc poleciałem w stronę batalionu który miał ją zniszczyć.Gwiazda śmierci to była potężna stacja wielkości księżyca która miała potęgę zniszczenia całej planety.Misja była ryzykowna.Trzeba było podlecieć jadnym z tuneli a następnie wystrzelić rakiety w sam reaktor.Do samego tunelu miało nas polecieć pięciu.Gdy się zjawiłęm na miejscu Luck powiedział że jeden pilot się wycofał.Nie było rady a musieliśmy szybko lecieć bo gwiazda przygotowywała atak na planete gdzie znajdywała się nasza jedna z największych baz.Więc polecieliśmy.Gdy wlecieliśmy do tunelu siedli nam na ogonie seperatyści.Jeden z tych trzech statków seperatystów należał do samego Darth Vadera.Pewnie chciał sam zabić Lucka ale ja nie pozwolę mu pomyślałem.Po pewnym czasie jeden pilot powiedział że nie da rady gdyż Vader uszkodził mu silniki na stopniu że lada momęt by się rozbił. Z Luckiem pozwoliłem mu powrucić do bazy.Zaraz po tym zestrzelili kolejny statek.Zostałem tylko ja i Luck.Na szczęście zbiżaliśmy się do celu.Jednak i tak było po nas wtedy jeden ze statków seperatystów wybuchł.To Han solo w jego statku nazywającym się Milenium Falcun  przyszedł nas uratować.Potem zbił następny statek i został tylko Vader.Ja leciałem pożyczonym statkiem bo moja ekipa leciała moim statkiem a oni nie dostali pozwolenia na angarzowanie się w walke głównie dlatego bo się o nich bałem.Han też nie dostał pozwolenia i przyleciał nie długo potem zobaczyłem jak moja ekipa też bez pozwolenia przyleciała.Wtedy Jill uszkodził Vadera silniki a Lucke strzelił prosto w reaktor.Na całe szczęście udało nam się uciec przed wybuchem.Wróciwszy do bazy Luck opowiedział jak podczas lotu słuszał Obi-wana.A ja zapytałem się ekipy kto wpadł na pomysł by przylecieć bez pozwolenia.
-To Jill-powiedział Kir.
-Moja krew!!!-wykrzyknołem po czym przyjacielsko przytuliłem Jilla.
 Republika nareszcie wygrywała!!!!

czwartek, 26 grudnia 2013

Rozdział XXIX

~Cobrans Mirach~

Większość Jedi zginęła, żałowałam tylko, że nie z mojej ręki. Od małego do głowy wpajano mi, że są wrogami. Są przeszkodą do władzy. W sumie zgadzałam się z tym. Mój kuzyn również był wrogiem... którego trzeba wyeliminować... Przyjaźń z nim oplata mnie łańcuchami i ściąga w dół... Oddala od celu...
Peace is a lie, there is only passion.
 Through passion, I gain strength. 
Through strength, I gain power.
 Through power, I gain victory. 
Through victory, my chains are broken.
 The Force shall free me. 
Odetchnęłam głęboko, w głębi czułam, że zawahałabym się gdybym miała go zabić. Potrząsnęłam lekko głową wyrywając się z zamyślenia.
-Jestem słaba... Zbyt słaba...-Zacisnęłam dłonie w pięści. Znikąd poczułam palący żar wewnątrz mnie, energia Ciemnej Strony wypełniła całe moje ciało. Gniew, podsycony pasją karmił ją dając mi siłę. Takie nagłe przypływy energii coraz częściej mnie nawiedzały. Nie wiedziałam skąd się to bierze. Musiałam sama sobie radzić... Czułam że nie potrafię... Przerażało mnie to... Bałam się... Ale jak kiedyś mi ktoś powiedział... Każdy się czegoś boi... Strach prowadzi do gniewu... Gniew prowadzi do nienawiści... Nienawiść prowadzi do cierpienia...
Zebrałam się do kupy. Po zabiciu mojego mistrza, stałam się jednym z Ciemnych Lordów Sithów. Nie mogłam pozwolić sobie na choćby najmniejszą słabość.

***

Sidious wywołał niezłe zamieszanie, wybijając większość Jedi. Jednak teraz wolałam się w to nie mieszać, słyszałam że znalazł nowego ucznia... Wybrańca Jasnej Strony Mocy... Nie pojmuje tego. Ale nie w tym rzecz. Wybrałam się na Ambrie. Miałam wizję, związana z tą planetą. Musiałam się tam wybrać... Po prostu musiałam... Na zachodnich obrzeżach miasta wyczułam, z początku słabą, ale wyrazistą potęgę Ciemnej Strony. Posługując się mocą, starałam się wykryć jej źródło. Zaprowadziło mnie to z dala od jakichkolwiek domostw. Czułam wyraźniej energię, aż w końcu ujrzałam chłopca... W wieku na oko 12 lat. Ciemna Strona pulsowała od niego, może nie tak silnie jak u innych Sithów, ale wiedziałam że był potężny. Nieświadomy swojej potęgi. Może to był czas... Czas aby wyszkolić ucznia... Swojego następce...?
-Jesteś Sithem, prawda?- Powiedział bez najmniejszej objawy lęku. Jak zawsze miałam na sobie czarny płaszcz z założonym na głowę kapturem, zasłaniającym twarz. Skinęłam lekko głową.
-Moc jest w tobie silna... Shay'u...- Chłopak wzdrygnął się lekko. Na pierwszy rzut oka widać było, że jest włóczęga, bez rodziny. Coś w jego życiu sprawiło, że czuł nienawiść, która karmiła ciemną stronę.
-Mogę uczynić cię potężnym, uwolnić twój potencjał, jeżeli tylko zgodzisz się zostać moim uczniem.
-Jak mogę się zgodzić, nie znając twojego imienia...?- uśmiechnęłam się chytrze.
- Jestem Darth Cobrans Mirach. Jestem jednym z Lordów Sithów.- wyczułam w chłopcu ciekawość i fascynacje. Pragnął poznać tajniki swoich możliwości.
-Jestem zaszczycony, że wybrałaś mnie na swego ucznia mistrzyni.- powiedział z szacunkiem w głosie.

środa, 11 grudnia 2013

Rozdział XXVIII

 ~Mike~

Na statku zrobiliśmy naradę stwierdziliśmy że trzeba uratować jak najwięcej jedi się da.Julia powiedziała że ostatnio Aalya Secura i Ki Adi-Mundi byli na Hoth po czym Aalya Secura poleciała na Felucie a Mundi został zabity przez klony na Hoth.Ponieważ nie było już szansy że Mundi przeżył polecieliśmy na Felucie.Gdy lecieliśmy moja mama znów się z nami połączyła.Uciekała wtedy z jakimiś padawanami i innymi jedi.Mówiła dalej o tym że wybraniec stał się Vaderem i o tym że Ignit Garnet walczył z Anakinem ale on był dla niego za silny.Powiedziała też że Anakin zabił wiele młodzików i że teraz on i klony ich gonią.Nagle w tle zobaczyłem że Anakin rzucił się na Cina Drallinga po czym go zabił.Serce mi zaczęło penkać gdyż dobrze znałem Cina.To był starszy Jedi który był bardzo miły.Nagle znów straciłem sygnał.Zaraz po tym weszliśmy w atmosfere i wylądowaliśmy.Poszedłem w miejsce gdzie ostatnio widziano Aalye lecz jej tam nie było.Podejrzewałem że ona i klony ruszyli dalej w poszukiwanie droidów.Po dłuższej drodze zobaczyłem batalion Aalye Secury.Szybko zchowałem się za jednym z grzybków i zacząłem ruszać w stronę początku batalionu.Wtedy zobaczyłem Aayle.Było za późno klony w tym momęcie gdy ją zobaczyłem zaczeły do niej strzelać.Ona po dwóch starzłach padła na ziemie a klony dalej strzelały.Nic już nie widziałem.Odrazu ruszyliśmy do akcji.Kir i Marcjanna odrazu ruszył do satku klonów by go przejąć a my zaczeliśmy zabijać klony.Po dłuższej rzezi klony zostały zabite a statek przejęty.Aalya przeżyła ponieważ jak upadła urzyła pola siłowego by siebie obronić a potem pomogła nam walczyć z klonami.Po krótkiej rozmowie z Aalyą ruszyliśmy dalej.Połowa ekipy poleciała moim statkiem a połowa statkiem klonów.Aayla powiedziała że wie gdzie jest Adi Gallia.I tak zaczeliśmy ratować tylu jedi i ile się dało.Po paru tygodniach uratowaliśmy:Aalye Secure,Adi Gallie,Asoke Tano,Barris Offee,Eath Kotha,Plo Koona i paru innych lecz niektórzy umarli już na statku.Plo Koon niedługo po tym jak go uratowaliśmy zmarł bo miał wielkie obrażenia bo rozbiciu a Joustana Nu zmarła u nas ze starości.Nie było gdzie polecieć gdyż twierdziłem że to tylko parę dni zanim odkryją Datooine.Lecz tak nie było więc wszystkich jedi których uratowaliśmy, odwieźliśmy na Datooine po czym poszliśmy szukać poparcia republiki na różnych planetach by znów stworzyć republikę!!!
5 lat później
-Czy jesteście gotowi walczyć w imieniu republiki!!!-krzyknąłem do klonów.
-Tak kapitanie jedi-odpowiedzieli chórem.
-To ruszajcie-krzyknąłem i wraz z nimi rzuciłęm się do walki na Hoth.
-Nagle Lucke do mnie podbiegł i powiedział że mam przejąć całkowite dowodzenie ponieważ on musi coś załatwić.
Dobrze się zaprzyjaźniłem z Luckiem i jego ekipą.Był o 6 lat młodszy odemnie a ja miałem wtedy już 25 lat.Luck to był dobry przyjaciel który był uczony przez Obi-wana Kenobiego.Ale na razie musiałem się bronić przed wielką armią imperatora.Więc ruszyłem do walki razem z Marcjanną.Moja ekipa prawie się wogule nie zmieniła a Jill i Han solo i Chewbakka i For-dor okazali się bardzo podobni.Nagle ktoś strzelił niedaleko mnie.Cały batalion szedł.Skupiłem się po czym mocą zniszczyłem cały batalion.Moja moc się bardzo poleprzyła.Z Luckiem planowaliśmy by załorzyć nowy Jedi order bo po orderze 66 nie było prawie śladu po jedi nie mówiąc już o Jedi orderze ale narazie musieliśmy się skupić na tej bitwie.Musieliśmy się na walce bo.......Nowa republika walczyła o wolność!!!!!

Rozdział XXVII

~Ignist Garnet~

W okół panował chaos... Cierpienie wisiało w powietrzu, a wszystko przez ten rozkaz "66" naszego byłego kanclerza... Chciał zabić wszystkich Jedi, dlaczego? Był Darth Sidiousem, okłamywał nas przez cały czas... Wielu już poległo, próbowałem im pomóc ale nie udało się... Ginęli na moich oczach... Odbijałem kolejne ataki klonów. Gdy podszedłem wystarczająco blisko jednym płynnym ruchem obezwładniłem ich, dwóch poważnie rannych Jedi stało za mną.
-Uciekajcie, na lądowisku będą na was czekali, zrobię wszystko abyście mogli bezpiecznie odlecieć.
- A co będzie z tobą?- Jeden z nich odezwał się.
- O mnie się nie martwcie, poradzę sobie. -uśmiechnąłem się blado.- Niech moc będzie z Wami!
- Niech moc będzie z Tobą- po tych słowach odeszli, najszybciej jak się dało. W oddali ujrzałem Heratho, walczył z klonami, już opadał z sił. Wyskoczyłem w górę i robiąc salto wylądowałem tuż przed nim broniąc go przed nacierającymi atakami.
-Heratho uciekaj, ja ich zatrzymam!- chłopak wahał się. - Na co czekasz? Biegnij!- Spojrzał na mnie ze zmartwieniem po czym odbiegł. Teraz wystarczyło zatrzymać klony najdłużej jak się da.

***

Udało im się odlecieć. Byli już chociaż chwilowo bezpieczni. Koniecznie musiałem sprawdzić czy chodź jedna żywa osoba z zakonu nie została. Wbiegłem do budynku Republiki. Wszędzie roiło się od klonów, musiałem bardzo uważać. Wyczułem potęgę światła...? A może była to moc ciemności... Ciężko było to ustalić... Jakby zmieszały się i walczyły w środku człowieka... Wkroczyłem do sali rady Jedi. W koło leżały ciała młodzików.
-Kto to mógł zrobić...?- Dopiero teraz ujrzałem stojącego po środku sali Anakina. Biła od niego potęga ciemnej strony.
-Dlaczego to zrobiłeś?- spojrzałem na niego z niepokojem. Nie odpowiedział, jedynie chwycił rękojeść miecza z której z sykiem wysunęło się energetyczne ostrze. Sam uczyniłem podobnie. Nie chciałem go skrzywdzić. Rzucił się do ataku, odbiłem jego pierwszy cios. Postanowiłem skupić się bardziej na obronie, a mniej na defensywie. Walka ciągnęła się już 10 minut, a żaden z nas nie dawał za wygraną. W pewnym momencie poczułem ból. Zacząłem "tańcować" od ataku piorunów mocy wystrzelonych w moją stronę. Nie zrobił tego Anakin, tylko ktoś inny... Czułem jak grunt gubi mi się spod nóg, a siła opuszcza moje ciało, miecz wypadł mi z dłoni i z brzękiem upadł na marmurową posadzkę. Runąłem na ziemię wyczerpany. Obraz przed moimi oczami był rozmazany, straciłem przytomność.

piątek, 6 grudnia 2013

Rozdział XXVI

~Mike~

Alderaan
 Przyleciwszy na Alderaan odrazu poczułem że ona tu była tylko pytanie było "gdzie"?Ruszyliśmy w strone gór i lasu.Szliśmy tak długo aż do nocy.Ponieważ była już godzina 21 rozbiliśmy obóz i poszliśmy spać.Gdy się obudziłem czułem mocniej niż wcześniej że ona tu była...Gdy się odwruciłem nagle Loxy zeskoczyła z dzrzewa.Byłem taki szczęśliwy.Miałem łzy w oczach i czułem że nareszcie mogę znów cieszyć się każdą chwilą mojego życia nie martwiąc się o to że ona umarła.Wtedy powiedziałem do niej:
-Przepraszam że cie na to naraziłem,i że nie wziełem twojego ciała ale oni mnie przyciagneli i...-nie zdąrzyłem powiedzieć dalej bo Loxy mi przerwała.
-Nie przepraszaj.To ja ci powinnam dziękować.Dzięki tobie nareszcie poczułam jak to jest być na przygodzie.My mieliśmy tyle ekscytujących misji razem lecz ta do prawdy była najlepsza.Stałam się nawet na tyle silna że rozmawiałem z obi-wanem gdy przyszedł do mnie z zaświatów mocy i kazał mi go wskrzesić.Kupiłam jego ciało od jakiegoś Smugglera i wskrzesiłam ciało które było martwe od 2 lat.Stałam się o wiele silniejsza dziękuję-powiedziała.Nie wiedziałem co powiedzieć więc pierwsze co zadzwoniłem do mamy i powiedziałem że Loxy żyje lecz podczas naszej rozmowy coś strasznego się stało.Nagle mama usłyszała strzały i zobaczyła klony zabijające wszystkich Jedi.Uciekała przed nimi lecz nie było gdzie gdyż była na Corucant.Powiedziała że zobaczyła jakiegoś klona otrzymującego informacje od Sidiusa że na wykonać jakiś rozkaz "66".Powiedziała nam też że podobno Kanclerz Pulputin jest Sidiusem!!!Potem starciłem kontakt.Byłem załamany i stwierdziłem że trzeba tam lecieć i im pomóc ale Loxy mnie zatrzymała i powiedziała że to nie ma sensu bo jeśli tam teraz polecimy to nas złapią a jak później to może uda nam się im pomóc.Zgodziłem się po dłuższym namyśle gdy nagle zobaczyłem klony.Zachowywałem się naturalnie.Gdy podeszli biżej i spostrzegli że jestem Jedi zaczeli strzelać.Odbiłem wszystkie strzały a potem skoczyłem i ich zabiłem."A więc to prawda"pomyślałem sobie.Nagle w oddali zobaczyłem kolejny batalion.Nie było sensu teraz z nimi walczyć więc szybko powaliłem parę drzew i pobiegłem do statku razem z ekipą.Odleciwszy zastanawiałem się gdzie polecimy skoro większość armii republiki wpadła pod władzę okrutnego Sidiusa.

poniedziałek, 2 grudnia 2013

Rozdział XXV

~Cobrans Mirach~
{Corriban}
Targały mną różne emocję po walce na Geneosis. Znów przegraliśmy! Jednak nie tylko ta myśl biegła przez moją głowę, została jeszcze... zasada dwóch... Jeżeli uda mi się pokonać mojego mistrza, dowiodę że jestem równie potężna co on!  Dowiodę że zdobyłam całą te potęgę! Już minął kolejny rok,a ja się do tego nie zabrałam, ale w końcu nadarzyła się do tego idealna okazja... Będę miała polecieć po Darth Bane'a na Mustafar. Przed odlotem mówił mi tylko, że ma tam jakąś misję tylko nie wiedziałam jaką. Powolnym krokiem ruszyłam w stronę załogi z którą miałam wyruszyć po mojego mistrza.

***

{Mustafar}
-Zostańcie tu.-powiedziałam ostro i wysiadłam z transportowca. Już po chwili szybkiego marszu ujrzałam Darth Bane.
-Jesteś już moja uczennico...-nawet nie musiał się odwrócić aby wiedzieć, że to ja. Płynnym i zarazem szybkim ruchem chwyciłam klingę mojego miecza z którego z sykiem wysunęły się dwa piekielnie czerwone ostrza.
-A więc tak... Spodziewałem się tego...- chwyciła swój miecz i wysunął ostrzę. Odetchnęłam głęboko. W moich oczach dało zobaczyć się znajomy błysk furii. Zakręciłam w biegu młynek mieczem i rozpoczęłam atak. Bane bez wysiłku odbił go.Przewidziałam to, zdobyłam kilka cennych sekund nim zdążył wrócić do pozycji obronnej. Szybkim ruchem dłoni, gromadząc w sobie moc i fala niszczycielskiego podmuchu pomknęła w stronę Darth Banea. Podmuch porwał go pięć metrów dalej.
- Nie doceniłem cię Cobrans...-szepnął jakby sam do siebie. Wyczułam jak zbiera w sobie potęgę. Z początku powoli ruszyłam w jego stronę. Sama zbierałam w sobie siły. W tym samym momencie zaatakowaliśmy. W okół nas powstał huragan który niszczył wszystko wkoło. Czułam jak opadam z sił, nie wiedziałam co się dzieję, po prostu słabłam. Nogi zaczęły mi się uginać od potęgi ataku, jednak wiedziałam, że jeżeli teraz polegnę to zginę... Pomyślałam o tym jak bardzo nienawidzę Jedi... Przypomniałam sobie jak to Obi-Wan poległ. Uśmiechnęłam się chytrzę i poczułam znów przypływ energii. Coraz ciężej mi się oddychało, jednak zauważyłam że Bane również opada z sił. Całą swoją energię w jednej chwili oddałam temu atakowi, ostatnie co zobaczyłam to ciemność, po czym upadłam wyczerpana na ziemię.
 Nie wiem ile czasu minęło jednak kiedy otworzyłam oczy ujrzałam ogromne zniszczenia. Rzeka lawy, która jeszcze niedawno płynęła obok... zniknęła... Ruszyłam przed siebię, w pewnym momencie uśmiechnęłam się sama do siebie. Darth Bane poległ! Zdobyłam potęgę... Nie mogłam w to uwierzyć... Odwróciłam się i ruszyłam z powrotem do statku.
-Gdzie jest Darth Bane?-zapytał jeden z członków załogi.
-Już go nie ma. Nie wróci.- Wszyscy spojrzeli na mnie z lękiem wypisanym na twarzy, ja natomiast zniknęłam w ciemnościach wnętrza statku.

niedziela, 1 grudnia 2013

Rozdział XXIV

~Mike~

Corucant
 Wróciwszy na Corucant ruszyłem do głównej rady jedi.Wyśpiewałem im wszystko licząc to że Julia i ja się ożeniliśmy potajemnie po czym prosiłem by to ulegalnili i wybaczyli na co odpowiedzieli że zagłosują na koniec.Gdy rozmowa dobiegała końca Yoda powiedział:
-Zagłosujmy teraz w ślubu sprawie.Kto jest za tym by ulegalnić ślub ręka do góry.Podniosło 8 osób rękę.
-A przeciw teraz-Podniosło 7.Byłem szczęśliwy że nareszcie nasz ślub nie musi być tajny.
-Dobrze więc ślub być teraz legalny-powiedział Yoda-a teraz w sprawie następnego kroku tego jedi zagłosujmy.
-Sądzę że powinien douczyć swoich padawanów którzy mimo to że są jedi nie radzą sobie-oznajmił Mace.Reszta bez wahania się zgodziła.Zerknąłem na Sheine (moją mame) bo miała łzy w oczach.Na pewno z powodu Loxy.Nie mogłem jej nic powiedzieć gdyż kazali mi już opuścić sale i zacząć treningi.
******
Rok później....
-Dobrze to był nasz ostatni trening-powiedziałem po czym ruszyłem w stronę mojego pokoju.Nagle dostałem Holo wiadomość od Maca który kazał mi przyjść do jego pokoju.Więc zmieniłem kierunek i poszedłem dalej.Gdy wszedłem do pokoju Mace powiedział że czym prędzej mam lecieć z moimi 9-cioma padawanami i załogą na Geneozis gdyż tam odgrywa się wielka walka i że mamy pomóc w walce.Czym prędzej poszedłem po nich i ruszyliśmy do statku.Było nam ciasno ale wytrwaliśmy.
******
Geneozis
   Gdy wyszliśmy od razu zobaczyliśmy dym i walkę kazałem Far-Darowi jak najszybciej odlatywać i znaleźć inne miejsce i tam czekać puki nie zadzwonię do niego.Zgodził się i poleciał a my zaczęliśmy walczyć.Wszędzie byli źli żołnierze trudno było mi się bronić.To był mój pierwszy raz na polu bitwy nagle Dex (jeden z moich padawanów) padł.Pobiegłem do niego ale było za późno nie żył.Zabrałem jego ciało za osłonę republiki odpierającej atak.Wtedy się rzuciłem w stronę armii droidów.Zniszczyłem cały batalion i padałem z nóg gdy zobaczyłem Wotexa i Traye.Pobiegłem w ich stronę.Złapałem Wotexa za rękę a on mnie popchnął.Zaczęliśmy walczyć.Podczas walki opowiadałem mu jaki był wcześniej i miałem nadzieje że klątwa go opuści bez skutku do czasu.Nagle skoczył na Traye i ją zabił od tyłu po czym podbiegł do mnie i powiedział że jest za niebezpieczny po czym się zabił.To wszystko tak się szybko działo nie miałem na to zbyt dużego wpływu.Zobaczyłem że armia seperatystów się wycofuje a republiki biegnie.Biegli obok mnie ale ja stałem nie wiedziałem co robić.Po paru minutach otsząśnąłem się i rzuciłem się w walkę.Byłem zawiedziony.Nagle kolejni padawani padli i kolejni żołnierze źli i dobrzy.Myślałem sobie czy to miało jakiś sens.Wtedy przyszedł mój kolega Fox (gen. batalionu) i powiedział że wygraliśmy i że możemy już się wycofać.Klony ciągle strzelając odchodziły a seperatyści ciągle strzelając uciekali.Wiele strzał przeleciało obok mnie i wiele ludzi zginęło obok mnie a ja na ten temat byłem bez radny.Wróciłem do bazy na Geneozis i razem z Shaak-Tii ruszyłem na Corucant.
******
Corucant
  Znów opowiedziałem wszystko radzie a rada powiedziała że wybraniec wraz z jego masterem ruszą na misję za Dooku (on prowadził atak na Geneozis).Byłem zdziwiony że Obi-Wan żył.Okazało się że jakiś nieznany jedi uleczył go na Alderaan.Z promykiem Nadziei że to była Loxy ruszyłem na Alderaan.Nie obchodziło mnie to jak ona się tam znalazła czy jak on tam się znalazł.Miałem nadzieje więc wyruszyłem.