Dziękujemy za odwiedziny naszego bloga! :D

niedziela, 23 lutego 2014

Rozdział XXXII

~Mike~
  Yavin
  Byłem zaniepokojony o moich dawnych padawanów gdyż poszukiwanie Jedi którzy przetrwali order 66 zakończyłem 5 lat temu a moich padawanów nigdzie nie było.Poszedłem do małego klasztoru by pomedytować.Wyczułem że z dziewięciu zostało ich już tylko pięciu gdyż większość została zabita na Corucant.Wyczułem też że większość znajduje się na Datooine a jeden na pirackiej planecie Sriluur.Ruszyłem pierw na Datooine.Szukałem ich wszędzie nagle usłyszałem odgłosy z jaskini.Gdy tam wszedłem zobaczyłem dużo kryształów które się wykorzystuje do mieczy świetlnych.Kojarzyłem tą jaskinie to byłą ta jaskinia gdzie znalazłem kryształy do swoich mieczy świetlnych.Gdy doszedłem do końca znalazłem ich.Bardzo się zmienili i z trudem ich rozpoznałem ale oni mnie z łatwością.Zacząłem z nimi rozmawiać o tym jak przeżyłem order 66.Okazało się że oni przyżyli tylko dzięki mojej mamie.Gdy uciekała trzymała nieprzytomnego Ignista.Uciekałq także z paroma innymi jedi oraz moimi padawanami.Zawiozła ich tu bo myślała że będą bezpieczni a sama poleciała na Yavin by uratować Ignisa.Moi padawani kryli się podobno przed sithami,dlatego byli w jaskini.Ciekawiło mnie kto zesłał tą bande Sithów.Następnie dowiedziałem się że seperatyści nie atakują Datooine ale jest tu mała banda Sithów. Datooine było zniszczone wieki temu jeszcze w starej republice. Powiedziali też że wszyscy jedi jakich tu przywiozłem przeżyli i są na Yavin.Moi padawani mieli czekać na moją mame gdyż gdy dowiedziała się że Datooine jest niebezpieczne spanikowała i od razu chciała po nich lecieć. Powiedziałem że wyśle jej holo wiadomość że nic im nie grozi i by się nie przejmowała.Po tej rozmowie ruszyliśmy ku statku by polecieć po ostatniego padawana Courage. W statku szybko ustawiłem kurs na Sriluur i polecieliśmy.
 Sriluur
Na planecie zjawiliśmy się późno więc rozbiliśmy obóz i przespaliśmy do rana. Rano wszyscy się zwineliśmy i ruszyliśmy w strone skąd wyczuwałem jego obecność. Po pewnym czasie zobaczyliśmy wielki mur idący w zdłuż i wszerz rowu którym szliśmy całą drogę. Nagle zobaczyliśmy że z ogromnego muru wyskoczyło jakby tysiące zmodyfikowanych i ulepszonych blasterów. Mur nie był gruby miał ok. 17 metrów. Na górze muru zobaczyliśmy niesamowitą ilość piratów.
-Nawet nie wiedziałem że ich aż tyle jest-szepnąłem do Juli
-Szczerze ja też-odpowiedziała
W tym momęcie z muru chwilowo otworzyły się drzwi i wyjechało ok. 30 piratów na spiderach. Wiedziałem że zaraz strzelą więc kazałem sie wszystkim przygotować do ataku na spidery. Następnie            kazałem im się odsunąć w stronę kamieni by mieli gdzie się schować przed milionami blasterów. Jak podjechali bliżej nawet bez słowa zaczeli strzelać. Odepchnąłem ich po czym dałem sobie, ekipie i padawaną pole siłowe. Zacząłem dusić wszystkich trzydziestu piratów jednocześnie po tym rzuciłem nimi w mur. Niegdługo po przylecieli kolejni a pole siło we słabło ale na resztkach pola rzuciłem się z mieczem na nich udbijając strzały formą Shii-Cho a przecinając formą Ataru i Serysue. Pole słabło z każdą minutą co zmusiło mnie do schowania się za skałą. Stwierdziłem że mogę wspiąć się po strzelbach ale to było bardzo ryzykowne. Musiałem zaryzykować.
-Osłaniaj mnie- krzyknąłem do Cuch'li mojej padawanki
-Dobrze mistrzu- odkrzykneła po czym wszyscy ruszyli na atak. Zaczołem się wspinać po pistoletach a w miedzy czasie obcinałem wszystkie pistolety obok i podemną. Gdy się wspiąłem zacząłem przecinać wszystkich piratów na prawo i na lewo po czym moja padawanka poszła w moje ślady. W pewnym momęcie jakiś pirat strzelił w Cuch'li i spadła na sam dół. Skoczyłem za nią ale było za późno. Cuch'li nie żyła. Złość mnie rozsadzała. W penym mochęcie wysłałem fale tak silną że przebiło ściane na wylot. Za ścianą zobaczyłem ich baze. Ze złości rzuciłem się na nich ale w ostatniej chwili moja padawanka mnie opamiętała. Było za późno. Okrążyli mnie. Było po mnie. Nagle zobaczyłem nadzieje to była Coni. Skoczyła do mnie i ramie w ramie pomagała mi ich zwalczyć. Gdy wszyscy padli Coni się odwróciła z uśmiechniętą twarzą. Lecz to się szybko zmieniło wyczułem że coś ją zmusza do zabicia mnie. To był fakt że byłem jedi. Wyjeła miecz i rozpętała się walka mój padawan skoczył mi na pomoc ale ona go przebiła mieczem. Musiałem to zakończyć. Wybiłem jej miecz i odepchnąłem ją co poskitkowało ogłuszeniu. Wyzwoliłem mojego uwięzionego padawana i ruszyłem z wszystkimi w strone statku lecz pierw musieliśmy spalić ciała padawanów jak na jedi przystało.......

sobota, 8 lutego 2014

Rozdział XXXI

Muzyka
Jak ktoś chcę, może sobie to włączyć do czytania, mi się fajnie pisało i czytało przy tym utworze c:

~Ignist Garnet~

Otworzyłam ociężale oczy. Ostatnie co pamiętam to walka na Coruscant z Anakinem... Rozejrzałem się dokoła. Zobaczyłem Shaine.
-Gdzie jesteśmy...?-szepnąłem rozkojarzony.
-Na Yavin.- powiedziała łagodnym tonem. Podniosłem się powoli, trochę zakręciło mi się w głowie. Zwróciłem się w stronę kobiety.
-Dziękuję. Zawdzięczam ci życie.- uśmiechnęła się lekko.
-Ty z pewnością zrobiłbyś to samo na moim miejscu.
-To jaki jest następny ruch z naszej strony?-przez chwilę panowała głucha cisza.
-Muszę polecieć na Dantooine. Są tam padawani Mika, myślałam, że będą tam bezpieczni, jednak myliłam się... Kilku Sithów zaczęło grasować w tamtych okolicach. Trzeba ich zabrać tutaj na Yavin.
-Rozumiem.- spojrzałem jej w oczy, znów zapadła cisza.

***
~Cobrans Mirach~


Przy każdym treningu z Shayem starałam się jak najbardziej uodpornić go na ból. W pewnym stopniu się udało, jednak to jeszcze nie koniec. Teraz jednak poddałam go próbie wytrzymałości. Miał przez tydzień poradzić sobie sam w trudnych do życia warunkach. Ja w tym czasie mogłam wypełnić swoje zadania.

Szłam na spotkanie z Acontą. Nie traktowałam jej już jak siostry. Była mi teraz bardziej obojętna, bardzie jak taki wspólnik. Przez te kilka lat w moim życiu zaszło wiele zmian. Wiele osób na których kiedyś mi zależało, są mi teraz obojętni. Dojrzałam. Teraz liczy się dla mnie tylko jedno- Zdobyć władzę i zniszczyć zakon Jedi  raz na zawsze.
-Hej Coni!- skrzywiłam się. Coni... Jak ja nie znosiłam jak ktoś mnie tak nazywał. Za bardzo kojarzyło mi się z dawnym życiem.
-Witaj Aconto...- podeszłam w jej kierunku. Zwykle spotykałam się z nią, żeby omówić kolejny ruch. Czasem dobrze mi doradzała.
-A więc co masz zamiar teraz zrobić? Nie wliczając szkolenia ucznia.
-Muszę się kogoś pozbyć... raz na zawsze...- zacisnęłam nerwowo jedną dłoń w pięść. Miałam taki trik nerwowy.
-Kogo...?
-Mika Stormhold'a...-szepnęłam rozluźniając dłoń.
-Co...? Ale dlaczego? Przecież to twój przyjaciel!
-On jest Jedi, nie rozumiesz tego?! Stoi mi na drodze do celu...
-Ale... nie możesz...-spojrzałam na nią z odrazą.
-Zaczynasz mówić jak Jedi!- warknęłam i za pomocą mocy uniosłam ją nad ziemie w duszącym uścisku. Moc opanowałam już na tyle dobrze, że nie musiałam wykonywać żadnego gestu.- Jesteś słaba... Nie zasługujesz by być wśród nas...
-Może mam... to po... naszym... bracie...- wydusiła urywkowo, próbując złapać dech. Puściłam ją. Upadła z hukiem na ziemie.
-Jakim bracie...? -uśmiechnęła się lekko pod nosem.
- Nazywa się... Ignist.... Ignist Garnet... Jest mistrzem Jedi...- Jeszcze tego mi brakowało.... Jedi w rodzinie...
-Brat czy nie brat... Zginie tak jak ty...- powiedziałam z okrucieństwem i chwyciłam ją (mocą) za serce, ściskając coraz mocniej. Krzyknęła z bólu. Widziałam jak łzy zaczęły spływać po jej policzkach. W końcu padła. Odwróciłam się i ruszyłam przed siebie pozostawiając jej ciało samo sobie. Teraz musiałam już tylko wyeliminować Mika... Dobrze wiedziałam gdzie go szukać...