Dziękujemy za odwiedziny naszego bloga! :D

niedziela, 25 maja 2014

Rozdział XXXVII

~Shay Novablast~

      Minął już tydzień od mojego przybycia na Balmorre. Zdobyłem zaufanie Vigeny i jej rodziny. Byłoby już bardzo dobrze gdyby nie jeden drobny fakt, który nie dawał mi spokoju. Chyba zaczynałem czuć coś do tej dziewczyny... Kiedy o tym myślałem zaraz przywodziły mi się na myśl słowa mojej mistrzyni:
    -Miłość, przywiązanie. Te czynniki skłaniają nas do dokonywania błędów. Sprawiają, że jesteśmy słabi! Musisz być bezwzględny. Musisz być gotów zabić nawet swojego kompaniona walki. Każdego kto stanie Ci na drodze do celu... Rozumiesz?

    -Tak, mój Panie.
  -Shay, idziesz?! - głos Vigeny wyrwał mnie z zamyśleń.
-Tak... już...-powiedziałam przyśpieszając z lekka kroku. Zrównałem moje tempo z tempem dziewczyny.
-Jesteśmy już blisko. -dziewczyna uśmiechnęła się do mnie czule. Poczułem, że się rumienie.
-"Nie okazuj słabości!"- skarciłem się w myśli i zacisnąłem dłoń prawej ręki w pięść. Vigena zaśmiała się cicho i ruszyła dalej. Ja za to poczułem... No właśnie. Co ja poczułem? Rozdarcie pomiędzy gniewem, a radością.
-To tutaj.- powiedziała po pewnym czasie. Dotarliśmy do łąki otoczonej skalistymi szczytami gdzie pasło się stado Bormu. W pierwszym momencie wzdrygnąłem się widząc te kreatury. W końcu pierwszego dnia nie przywitały mnie zbyt miło. Dziewczyna znów zaśmiała się cicho widząc moją reakcję.
-Nie musisz się ich bać. Nic Ci nie zrobią.- podeszła do jednego z nich i delikatnie pogłaskała je. Rozluźniłem się trochę. Zacząłem rozglądać się po okolicy. No tak... Skały, trawa, Bormu i przerośnięte modliszki... Zaraz. Wróć. Jakie przerośnięte modliszki?! Stado zerwało się pędem do ucieczki. Poczwary, które jeszcze chwilę temu były 500 metrów dalej były praktycznie tuż przy nas! Vigena próbowała uciec jednak coś się stało. Upadła i najwidoczniej nie mogła nic zrobić. Jednak nie krzyczała. Nie okazała lęku kiedy stworzenia zbliżały się do niej. Pobiegłam do niej pędem. Nie okazywała strach jednak widoczny był w jej szarych oczach.
-Możesz uciec?- spytałem szybko kiedy do niej dobiegłem.
-Nie...- syknęła z bólu. Spojrzałem na jej nogę. W kostce była wygięta pod nienaturalny kątem. Dotknąłem ukrytą dotychczas pod fałdami ubrań rękojeść mojego miecza. Musiałem coś zrobić. Nie mogłem pozwolić aby Vigenie stała się krzywda. Podniosłem się energicznie i wyszedłem na przeciw poczwar. Nie znałem ich nazwy, tak bywa. Wyciągnąłem rękojeść miecza.
-Proszę cię tylko... Nie oceniaj mnie po tym co teraz zobaczysz...-szepnąłem do dziewczyny. Wspomagając się mocą wyskoczyłem w górę, nacisnąłem guzik aktywacyjny dzięki czemu szkarłatne ostrze wysunęło się z charakterystycznym trzaskiem.Wskoczyłem na grzbiet stworzenia i jednym płynnym ruchem skróciłem je o głowę. Zostało tylko pięć... Jeden z nich zbliżył się do niej. Poczułem przypływ gniewu. Energia ciemnej strony zaczęła mnie zalewać falami. Chwyciłem modliszkę w uścisku mocy, zaciskając mocno rękę w pięść, aż moje knykcie pobielały. Rozległ się głośny trzask łamiącego się karku. Rzuciłem bezwładnym cielskiem w dwa stojące obok siebie stwory, a te upadły. Teraz biegłem najszybciej jak mogłem w stronę dwóch jeszcze sprawnych poczwar. dałem susa między jedną z nich i odciąłem jej nogi. Zwinęła się z bóli piszcząc głośno. Była to muzyka dla moich uszu. Nie zdążyłem jednak zareagować na atak od tyłu. Modliszka rozcięła mi plecy. Krzyknąłem gniewnie i donośnie. Czułem jak krew zaczyna się lać strugami z mojej rany. Trzeba było to zakończyć. Pchnięciem mocy pchnąłem stworzenie o skalną ścianę. Dwie wcześniej przygniecione zdołały się uwolnić. Ruszyły na mnie rozzłoszczone pędem. Skupiłem się na skałach. Dość sporych skałach. Pełen skupienia wyciągnąłem ręce w ich kierunku.Po kilku sekundach zaczęły się unosić.
-No to już po was...-szepnąłem uśmiechając się szyderczo i pchnąłem skałami w kierunku poczwar. One poleciały razem z głazami wprost na skalna ścianę gdzie zostały zmiażdżone. Została ostatnia. Stanąłem z nią twarzą w twarz. Była już słaba i wyczerpana. Rzuciłem w jej kierunku mieczem z otwartym ostrzem, które zataczając koło rozcięło potwora na pół, po czym wróciło do mojej wyciągniętej ręki. Zdezaktywowałem miecz i schowałem go na miejsce. Cała walka trwała niecałą minutę. Teraz zaczynałem odczuwać pierwsze oznaki potwornego bólu. Jednak musiałem go zignorować. Vigena skulona siedziała za skałą. Bała się. Czułem wyraźnie jej lęk.
-Kim jesteś?!- krzyknęła kiedy byłem w połowie drogi do niej.
-Nie bój się... Nie skrzywdziłbym Cię...
-Ty jesteś Sithem... Sithom nie wolno ufać!- syknęła.
-Skąd te podejrzenia, że nim jestem? A może jestem Jedi? - Dziewczyna próbowała się podnieść, jednak zaraz upadła.
-Nie oszukasz mnie... Ufałam Ci!- jej szare i puste oczy zeszkliły się. Patrząc na ten widok miałem wrażenie jakby ktoś sypał solą w moją ranę. Podszedłem do niej bliżej. Ona jednak chwyciła kamień leżący tuż obok i cisnęła nim we mnie. Samą myślą udało mi się go zatrzymać tuz przed moją twarzą.
-Nie jestem Sithem... Uwierz mi...- szepnąłem błagalnie. Wiem, że kłamałem, jednak nie mogłem jej wyjawić tej prawdy.
-W takim razie kim niby jesteś...?-szepnęła już mniej pewnym siebie głosem.
-Nikim, kto by skrzywdził Ciebie, czy też twoją rodzinę...- uśmiechnąłem się lekko i delikatnie wziąłem ją na ręce. Za pośrednictwem mocy starałem się nagiąć jej umysł już od początku rozmowy aby mi uwierzyła. Udało się. Nie do końca, tak jak chciałem, ale się udało.
-Skąd mam być tego pewna...?
-Ponieważ... Kocham Cię. -zakląłem się w myślach za to co teraz powiedziałem. Jeśli Cobrans się dowie, to Vigena zginie, a z nią możliwe, że i ja.

sobota, 24 maja 2014

Rozdział XXXVI

~Mike Storm'hold~
Wspomnienie z poprzedniego dnia (startek)
 Odrazu po tym jak wyleciałem ze statku ruszyłem w srone silników jak mi kazano. Zdziwiłem się rozkazem kapitana i w tamtym momęcie wszystko wybuchło. Byłem szokowany. Chciałem polecieć na Yavin i powiedzieć im co się stało lecz wtedy zadzwonili do mnie i powiedzieli że nie mogą uwierzyć co ja zrobiłem i że muszą mnie wyrzucić z zakonu. Wtedy się rozłaczyli. Byłem załamany.
Teraz (statek)
  Stwierdziłem że musze mojej ekipie o wszystkim powiedzieć i że musimy obmyślić plan. Pierw poszedłem do Julii i zacząłem:
-Kochanie-w tamtym momęcie opowiedziałem jej o wszystkim a Julia jak to zawsze troskliwa i wrażliwa. Julia zaczęła tak płakać tak że aż jej śliczne brązowe włosy zaczeły moknąć. Julia miała bardzo ładną cere i zgrabną budowę ciała.
-Idę zwołać ekipe-powiedziała przez łzy wychodząc z swojego pokoju. Ruszyłem w strone pokoju gdzie odbywały sie narady.
-Jak już pewnie wiecie byłem ostarzony o wybuch statku. Proponuje byście odwieźli mnie na Hoth i wrócili na Corusant i powiedzieli że nic nie macie z tym wspólnego.
-Nie ma mowy nawet jeśli będziesz imperialistą my ci będziemy towarzyszyć-powiedział Jill
-Zgadzam sie z tobą Jill ja cie nie upuszcze nie ważne o co cie oskarżą ja wiem że to nie prawda czuje to-oznajmiła Marcjanna
-Dziękuje ale co wtedy robimy?-zapytałem
-Radzimy sobie dalej-odpowiedziała Marcjanna twel'ka o niebieskiej skurze i zielonych oczach.
-Mam pomysł, polece na Voss do Gaden-Ko on włada innym rodzajem mocy on to nazywał szarą mógłbym sie od niego uczyć wtedy moja moc odmładzania was i siebie będzie to nic w porównaniu do tego czego sie tam naucze.
-Czy ty siebie słyszysz!!!-krzykneła na mnie Julia przez łzy-Zachowujesz sie jak sith pragniesz coraz więcej i coraz więcej mocy jak już to tam idziemy byś mógł rozróżnić różnice między ciemną a jasną stroną mocy- W tamtym momęcie Julia wyszła z pokuju.
-Przygotujcie sie w skok w hiper przestrzeń. JM-68 przygotuj statek.
   Voss
 Wylądowałem przy świątyni Vossów gdyż na teretorium republiki no powiedzmy szczerze nie byłem mile widziany. Przy świątyni zobaczyłem starego Vosa z uśmiechem na twarzy.
-Mike-krzyknął Voss
-Gaden-zdziwiony odpowiedziałem a on przytaknął
-Wejdź-zaprosił
Miajał dzień po dniu intensywnego treningu gdy pewnego dnia Gaden-Ko wszedł do mojego pokoju i powiedział:
-Jesteś gotowy.
-Na co?-zapytałem
-Zakończyłeś swój trening czas byś poznał zakon bratnich duszy.Wtedy zwiął mnie za renke i poprowadził w głąb lasu. W pewnym momęcie dotrzegłem wielką ukrytą areny na których przesiadywało wiele postaci ubranych w szaty. Nagle odezwał sie głos.
-Z jakiego powodu mamy zaszczyt ciebie tu gościć-powiedział jeden z postaci w szatach najprawdopodobniej był zebrakiem.
-Chciałbym do was dołączyć-powiedziałem.
Od tamtego czasu należałem do ich zakonu i dobrze nam sie powodziło lecz pewnego dnia do mojego pokoju wbiegł Gaden i krzyknął:
-Jesteśmy atakowani przez rebeliantów-krzyknął
-To niemożliwe- odkrzyknąłem wybiegając z świątyni.Wtedy zobaczyłem płonące pole idące od strony zakonu. Razem z Gadenem pobiegliśmy tam ale było za późno. Republikańscy żołnierze atakowali zakon. W tym momęcie skoczyliśmy do walki w obrone lecz niedługo po tym Gaden został trafiony w brzuch. Musiałem się wycofać. Dalej panował haos ale wycofując sie zobaczyłem Davea i krzyknąłem:
-Jak wy tak możecie twój batalion zniszczył cały zakon który ci wierzył oni ci ufali przyprowadzili cie tu a ty ich zdradzasz ja tobie też ufałem jesteś moim przyjacielem-krzyknąłem dusząc go lecz on zdołał się odepszeć używając najnowszej technologi i kierując mi blasterem w twarz powiedział:
-Zaraz ci wszystko wyjaśnie tylko uciekajmy-oznajmił z troską lecz ja przechwyciłem blaster popchnąłem na ziemie i krzyknąłem ponownie:
-Nie, teraz tłumacz zanim strace cierpliwość
-To nie mój batalion-oznajmił z spokojem wstając z ziemi
-Jak nie twój to czyj, w sumie nie ważne to są republikanie jedna bajka
-Nie, to jest imperium mój batalion zostawił tą planete tydzień temu. Oni używają nowej technologi by ciebie wprowadzić w błąd-odkrzyknął
-Nawet jeśli to prawda to idziesz ze mną jako przyjaciel lub jako zakładnik-w tym momęcie przyszła moja ekipa i kontynułowałem do nich:
-Będziemy walczyć aż do śmierci nie pójdzie im śmierć Gaden-Kona na gładko idziemy
-Nie moge się z tobą zgodzić jest ich za dużo-powiedziała Marcjanna
-Ona ma racje-powiedział Dave
-Milcz, ty już się dzisiaj dużo nagadałeś-odkrzyknąłem
-Mike nie damy rady ich pokonać-powiedziałą niebieska Twi'lka Marcjanna która była ubrana w strój podobny do Aayli Secury.
-Nie macie racji-powiedziałem już z mniejszą wiarą w siebie i bez pewności
-Przepraszam Mike-powiedział Jill-Toksyczność II....
Statek
 Obudziłem się na statku. Długo rozmyślałem ale w pewnym momęcie podeszłem do holokomunikatora i zadzwoniłem do pewnego Sitha który w tym okresie sprawował władze, założyłem maske i powiedziałem:
-Tu Darth Raven potrzebuje floty jestem z moimi więźniami i pragne dalej służyć imperium.............


                                                          CIĄG DALSZY NASTĄPI........