~Shay Novablast~
Minął już tydzień od mojego przybycia na Balmorre. Zdobyłem zaufanie Vigeny i jej rodziny. Byłoby już bardzo dobrze gdyby nie jeden drobny fakt, który nie dawał mi spokoju. Chyba zaczynałem czuć coś do tej dziewczyny... Kiedy o tym myślałem zaraz przywodziły mi się na myśl słowa mojej mistrzyni:
-Miłość, przywiązanie. Te czynniki skłaniają nas do dokonywania błędów. Sprawiają, że jesteśmy słabi! Musisz być bezwzględny. Musisz być gotów zabić nawet swojego kompaniona walki. Każdego kto stanie Ci na drodze do celu... Rozumiesz?-Shay, idziesz?! - głos Vigeny wyrwał mnie z zamyśleń.
-Tak, mój Panie.
-Tak... już...-powiedziałam przyśpieszając z lekka kroku. Zrównałem moje tempo z tempem dziewczyny.
-Jesteśmy już blisko. -dziewczyna uśmiechnęła się do mnie czule. Poczułem, że się rumienie.
-"Nie okazuj słabości!"- skarciłem się w myśli i zacisnąłem dłoń prawej ręki w pięść. Vigena zaśmiała się cicho i ruszyła dalej. Ja za to poczułem... No właśnie. Co ja poczułem? Rozdarcie pomiędzy gniewem, a radością.
-To tutaj.- powiedziała po pewnym czasie. Dotarliśmy do łąki otoczonej skalistymi szczytami gdzie pasło się stado Bormu. W pierwszym momencie wzdrygnąłem się widząc te kreatury. W końcu pierwszego dnia nie przywitały mnie zbyt miło. Dziewczyna znów zaśmiała się cicho widząc moją reakcję.
-Nie musisz się ich bać. Nic Ci nie zrobią.- podeszła do jednego z nich i delikatnie pogłaskała je. Rozluźniłem się trochę. Zacząłem rozglądać się po okolicy. No tak... Skały, trawa, Bormu i przerośnięte modliszki... Zaraz. Wróć. Jakie przerośnięte modliszki?! Stado zerwało się pędem do ucieczki. Poczwary, które jeszcze chwilę temu były 500 metrów dalej były praktycznie tuż przy nas! Vigena próbowała uciec jednak coś się stało. Upadła i najwidoczniej nie mogła nic zrobić. Jednak nie krzyczała. Nie okazała lęku kiedy stworzenia zbliżały się do niej. Pobiegłam do niej pędem. Nie okazywała strach jednak widoczny był w jej szarych oczach.
-Możesz uciec?- spytałem szybko kiedy do niej dobiegłem.
-Nie...- syknęła z bólu. Spojrzałem na jej nogę. W kostce była wygięta pod nienaturalny kątem. Dotknąłem ukrytą dotychczas pod fałdami ubrań rękojeść mojego miecza. Musiałem coś zrobić. Nie mogłem pozwolić aby Vigenie stała się krzywda. Podniosłem się energicznie i wyszedłem na przeciw poczwar. Nie znałem ich nazwy, tak bywa. Wyciągnąłem rękojeść miecza.
-Proszę cię tylko... Nie oceniaj mnie po tym co teraz zobaczysz...-szepnąłem do dziewczyny. Wspomagając się mocą wyskoczyłem w górę, nacisnąłem guzik aktywacyjny dzięki czemu szkarłatne ostrze wysunęło się z charakterystycznym trzaskiem.Wskoczyłem na grzbiet stworzenia i jednym płynnym ruchem skróciłem je o głowę. Zostało tylko pięć... Jeden z nich zbliżył się do niej. Poczułem przypływ gniewu. Energia ciemnej strony zaczęła mnie zalewać falami. Chwyciłem modliszkę w uścisku mocy, zaciskając mocno rękę w pięść, aż moje knykcie pobielały. Rozległ się głośny trzask łamiącego się karku. Rzuciłem bezwładnym cielskiem w dwa stojące obok siebie stwory, a te upadły. Teraz biegłem najszybciej jak mogłem w stronę dwóch jeszcze sprawnych poczwar. dałem susa między jedną z nich i odciąłem jej nogi. Zwinęła się z bóli piszcząc głośno. Była to muzyka dla moich uszu. Nie zdążyłem jednak zareagować na atak od tyłu. Modliszka rozcięła mi plecy. Krzyknąłem gniewnie i donośnie. Czułem jak krew zaczyna się lać strugami z mojej rany. Trzeba było to zakończyć. Pchnięciem mocy pchnąłem stworzenie o skalną ścianę. Dwie wcześniej przygniecione zdołały się uwolnić. Ruszyły na mnie rozzłoszczone pędem. Skupiłem się na skałach. Dość sporych skałach. Pełen skupienia wyciągnąłem ręce w ich kierunku.Po kilku sekundach zaczęły się unosić.
-No to już po was...-szepnąłem uśmiechając się szyderczo i pchnąłem skałami w kierunku poczwar. One poleciały razem z głazami wprost na skalna ścianę gdzie zostały zmiażdżone. Została ostatnia. Stanąłem z nią twarzą w twarz. Była już słaba i wyczerpana. Rzuciłem w jej kierunku mieczem z otwartym ostrzem, które zataczając koło rozcięło potwora na pół, po czym wróciło do mojej wyciągniętej ręki. Zdezaktywowałem miecz i schowałem go na miejsce. Cała walka trwała niecałą minutę. Teraz zaczynałem odczuwać pierwsze oznaki potwornego bólu. Jednak musiałem go zignorować. Vigena skulona siedziała za skałą. Bała się. Czułem wyraźnie jej lęk.
-Kim jesteś?!- krzyknęła kiedy byłem w połowie drogi do niej.
-Nie bój się... Nie skrzywdziłbym Cię...
-Ty jesteś Sithem... Sithom nie wolno ufać!- syknęła.
-Skąd te podejrzenia, że nim jestem? A może jestem Jedi? - Dziewczyna próbowała się podnieść, jednak zaraz upadła.
-Nie oszukasz mnie... Ufałam Ci!- jej szare i puste oczy zeszkliły się. Patrząc na ten widok miałem wrażenie jakby ktoś sypał solą w moją ranę. Podszedłem do niej bliżej. Ona jednak chwyciła kamień leżący tuż obok i cisnęła nim we mnie. Samą myślą udało mi się go zatrzymać tuz przed moją twarzą.
-Nie jestem Sithem... Uwierz mi...- szepnąłem błagalnie. Wiem, że kłamałem, jednak nie mogłem jej wyjawić tej prawdy.
-W takim razie kim niby jesteś...?-szepnęła już mniej pewnym siebie głosem.
-Nikim, kto by skrzywdził Ciebie, czy też twoją rodzinę...- uśmiechnąłem się lekko i delikatnie wziąłem ją na ręce. Za pośrednictwem mocy starałem się nagiąć jej umysł już od początku rozmowy aby mi uwierzyła. Udało się. Nie do końca, tak jak chciałem, ale się udało.
-Skąd mam być tego pewna...?
-Ponieważ... Kocham Cię. -zakląłem się w myślach za to co teraz powiedziałem. Jeśli Cobrans się dowie, to Vigena zginie, a z nią możliwe, że i ja.