Dziękujemy za odwiedziny naszego bloga! :D

czwartek, 16 października 2014

Rozdział XLVIII

Yavin
  Medytowałem w komnacie jak to zwykle robiłem o tej porze. Tym razem rozważałem nad możliwością teleportacji. Czułem że mógłbym wykonać teleportacje. Byłoby to ważnym punktem strategicznym do wygrania wojny. Polegało by to na rozsączkowaniu ciała i przechowania duszy a następnie z atomów utworzenia go ponownie w innym miejscu a następnie nadanie przechowanej duszy z powrotem.W taki sposób mógłbym także zrobić coś z niczego gdybym osiągnął tego maksimum mógłbym wykonać całe budynki a nawet planety z niczego. W jednym momencie usłyszałem ogromny huk. Nagle wszedł do mojej komnaty Dev generał mojego batalionu i Talon mój przyjaciel Jedi.  Dev powiedział pierwszy:
-Imperium atakuje...
-Dokładny raport poproszę. Co się stało? Jakim cudem.-powiedziałem z zamartwieniem
-Pięć statków Imperium przyleciało a na obronie stoi tylko jeden. Floty Imperium rozpoczynają bombardowanie i także wysyłają siły powietrzne które mają na celu przywozić całe bataliony Sithów i trooperów Imperium.-oznajmił Dev
-Przygotować i poinformować resztę Yavin i poprosić o wsparcie powietrzne. Także przygotować pole siłowe. Na główne pole bitwy mają przyjść wszystkie dostępne bataliony oprócz tych które wymienie. Każda baza ma mieć jeden batalion obronny i poświęcić jeden batalion na siebie powietrzną. Dev przygotuj nasz batalion my ruszamy w powietrze. Talon ty przekażesz informacje i poprowadzisz bataliony na główne pole bitwy i przekaż że Master Yu-Ifo ma prowadzić bataliony dżunglowe. Bazy zwiadowcze nie mają pod żadnym pozorem wysyłać wojska i dawać znaki życia jedyne co mają robić to przygotować kamuflaż i być w gotowości. Każdy wie co ma robić. To super do roboty.
-Tak jest-odpowiedzieli chórem. Szybko wybiegłem i od razu zobaczyłem przewalone budynki i martwe ciała. Było to straszne. Jednak nie mogłem ich wskrzesić gdyż nie mogłem aż tak tego nad używać to wy także zaburzało równowagę. Ruszyłem więc dalej i wsiadłem w myśliwiec. Uruchomiłem go i połączyłem się z moim batalionem. Powiedziałem:
-Naszym zadaniem jest niszczenie statków przewożących całe bataliony a flot nie atakować póki posiłki się nie pojawią.
-Przyjęte-odpowiedzieli
-To ruszamy-oznajmiłem. Wyleciałem w powietrze i mimo iż szło nam dobrze to nieliczne statki przelatywały a to i tak było za dużo w powietrzu byliśmy już bezradni więc ja i część batalionu wróciliśmy na Yavin lecz od razu na część głównego pola bitwy wylądowałem niedaleko Talona walczącego. Imperium nas przewyższało. Wyszedłem ze statku i ruszyłem w głąb batalionu. Na moment się wyciszyłem. Domyśliłem się że floty mogą jeszcze 20 razy więcej ich przesłać a my już ledwo sobie radziliśmy sobie. Musiałem coś z tym zrobić. Ponownie się wyciszyłem i wyciągnąłem pierw jedną rękę w stronę jednej floty i drugą rękę w stronę drugiej floty. Następnie chwyciłem je obie jednocześnie i przysunąłem do siebie nawzajem i spowodowałem kolizje statków. Dwa statki z głowy. Teraz musiałem się trochę zająć batalionami na ziemi. Wybiegłem przed batalion i zrobiłem wokół siebie tymczasową osłonę z mocy po czym wyciągnąłem rękę i dosłownie zgniotłem cały batalion w proch. Jednak po tym jak przeciwnicy zobaczyli moje możliwości następny batalion rzucił  się cały na mnie bym nie mógł tego ponownie zrobić. Faktycznie byłem zmuszony wyjąć miecz i się jedynie się skupić na reflektowaniu strzał jednym mieczem. Nie mogłem jednak jedynie wiecznie stać i odbijać ataki musiałem ruszyć. Więc pobiegłem prosto w batalion i zacząłem wycinać wszystkich przeciwników którzy byli bezlitośni wobec wszystkich jednak ja chciałem im dać szanse ale atakując i zabijając moich przyjaciół sami zadecydowali o swym losie. A los to był marny. Kiedy znalazłem się w środku batalionu zacząłem szybciej wywijać mieczem a po pewnym czasie włączyłem drugi miecz. Po długim czasie wielu ich nie zostało wtedy szybko wszystkich położyłem na ziemi a następnie chwyciłem za gardło by potem im odpuścić i wziąć ich później jako jeńców. Walka dalej trwała obrona była udana lecz nie byłem z tego dumny widząc te wszystkie martwe ciała . Gdy ja ruszyłem na batalion Talon słusznie wziął to za sygnał do ataku i przycisnął razem z swym batalionem. Podczas naszej wojny tu posiłki przyleciały i statków Imperialnych było już tylko dwa. I o dziwo dawali sygnały do wycofania się a wojska naziemne nadal pchały atak. Flot niestety nie
udało się zatrzymać mimo pomocy mojej i mojego batalionu gdyż zaraz po opanowanej sytuacji lądowej ruszyliśmy w powietrze pomóc. Natomiast o dziwo siły naziemne były zdezorientowane ucieczką flot i zostały uwięzione na planecie republiki nie mieli nawet najmniejszych szans. Wróciłem na ziemie i kontynuowałem atak godzinami gdy doszła mnie nowina że zaatakowali naszą świątynie. Atak był zmasowany a szkody masakryczne. Przybyłem za późno. Kiedy ja tam się znalazłem akurat jedna wieża świątynie sie załamała na ziemie. Same martwe ciała. To jeszcze nie był koniec walki lecz mojej pomocy już nie potrzebowali ja przeszukiwałem martwe ciała Jedi z świątyni którzy zginęli w wyniku obrony. Nagle zobaczyłem straszny widok ciało mojej mistrzyni Shaak-Tii leżące obok Macea Windo. Oboje martwi leżącymi przed drzwiami. Chciałem ich ożywić lecz oni oboje mi srogo zabronili. Wypełniła mnie rozpacz, smutek i gniew. Wszystkie strzały które mnie mijały na polu bitwy. Ciała niewinne tam leżące. Huki i strzały. Dym unoszący się. Ruiny. I ich ciała to było za wiele. Jednak znalazłem w sobie moc by się uspokoić i zebrać myśli i ich ciała. Okazało się że zginęli broniąc wielu padawanów którym udało się przeżyć. Oni się poświęcili. To byli prawdziwi Jedi.  Wyszedłem przed ruiny świątyni a tam już stali medycy i straż. To był koniec wojny. Wygraliśmy lecz nie dumnie. W dali w dżungli zobaczyłem ciemną postać. Zaczęła uciekać. Długo mi nie zajęło zanim dogoniłem ją. Kiedy byłem przy nim byłem już pewien, to był Sith. Szybko uniosłem dłoń i chwyciłem go mocą a by go osłabić wystrzeliłem z czubków palców minimalną ilość prądu lecz nie na tyle mocną by go zabić. Nie dałem się ponieść moich emocji i chwytając go nadal w powietrzu zapytałem:
-Kim jesteś i czemu uciekasz. Masz powiedzieć wszystko-wyczułem w nic lekki lęk lecz starał się to zakryć swą nasyconą nienawiścią którą aż iskrzył.
-Myślisz że ci odpowiem parszywy kundlu-prychnął z arogancją. Jednak ja na spokojnie tylko troszkę mocniej go ścisnąłem.
-Okej,okej...-wykrzyczał-Mam na imię Shay... I jestem akolitą samego imperatora jej potęgi możesz tylko pozazdrościć-odpowiedział z arogancją jednak kryła się w nim skrucha. Wtedy się zamyśliłem. To był akolita Cobrans...Nie widziałem jej od lat. Jednak to ona musiała dać rozkaz ataku co nasycało mnie złością lecz ją szybko eliminowałem. Moc mi podpowiadała że jest jej padawanem kiedy go znalazłem ale nie wierzyłem...Rozluźniłem mój uchwyt w wyniku zamyślenia a jednak on to wykorzystał i się na mnie rzucił z mieczem. Otworzyłem szybko miecz i broniłem się przed jego atakami. Był istnym mistrzem walki. W powietrzu rozbłysły zielone i czerwone promienie. Na początku zgrabnie odpierałem szybkie ataki z mocnym natężeniem. Użyłem formy Makashi by rozgryźć jego styl walki i by nadążać za atakami ale to nie był problem gdyż kiedy ja walczę przeważnie tępo jest nawet szybsze bo tak przeważnie walczyłem. Zaraz po przeszedłem do formy Soresu by zgrabnie przejść w mój ulubiony styl ataru i przeciwnika wykończyć. Kiedy padł uniosłem go w powietrze i przemówiłem:
-Shay...Nie będę nawet próbował cie przekonać do jasnej strony bo wiem że to nie zadziała ale...-w tym momencie bezczelnie mi przerwał i powiedział:
-No co ty-jednak przemilczałem to i kontynuowałem jakby nigdy nic:
-Ale dam ci statek z wystarczającą ilością paliwa do Korriban. Nie próbuj niczego bo jak spróbujesz to się  źle dla ciebie skończy a teraz uciekaj-powiedziałem rozluźniając go i podając datapad. Shay był zdziwiony i oszołomiony ale posłuchał się i ruszył do podanej lokalizacji statku. Patrzałem jak powoli oddalał się tyłem a następnie zniknął w zaroślach. Ja za to ruszyłem z powrotem do świątyni. Gdy tam dotarłem ciała były wyjęte a świątynia podczas oceniania szkód i naprawy. Wśród ciał było wiele padawanów i moja kochana mistrzyni którą wielbiłem całym sercem i nie mogłem sobie wybaczyć i Mace który był dla mnie drugim ojcem teraz już żadnego nie miałem. Łzy uroniły mi się w oczach zapowiadała się długa ceremonia i pogrzeb jednak nadal będę z nimi rozmawiał jednak w inny sposób. Co jakiś czas będę się z nimi łączył poprzez medytacje. Pomogłem następnie opatrzyć rannych a wśród nich zobaczyłem dzielną Marcjanne. Była ciężko ranna i potrzebowała natychmiastowej pomocy lecz już wtedy nic jej nie groziło a ja rozpocząłem uzdrawianie. Niedługo po reszta mojej ekipy przyszła. Reszta moich przyjaciół z którymi byłem od zawsze. Moja rodzina...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz