Dziękujemy za odwiedziny naszego bloga! :D

piątek, 27 marca 2015

Rozdział LI

~Cobrans Mirach~ 

Minęło już tyle czasu... Tyle lat... Tyle zachodów jak i wschodów słońc... Jednak czas zdawał się stać w miejscu jednocześnie biegnąć niewyobrażalnie szybko... Jednak w końcu miałam go zobaczyć...

-Mam nadzieję, że to więcej się nie powtórzy.- powiedziałam lodowatym tonem.
-Oczywiście mój Lordzie... Więcej Cię nie zawiodę... Przyrzekam.
-Mam taką nadzieję.- powiedziałam oschle.-Możesz odejść.- Skłonił się ostatni raz i odszedł bez słowa. Gdy szedł przez salę stukot jego ciężkich butów rozległ się echem po pomieszczeniu. Odetchnęłam cicho. Pora było się zbierać na spotkanie... Nadal nie mogłam wyjść z podziwu, że się zgodził... Ruszyłam ku wyjściu. Z każdym krokiem czułam jak moje serce biło coraz mocniej. Tym razem ja zaproponowałam spotkanie. W momencie gdy Shay kilka dni temu wspomniał o nim... Że z nim walczył... Powróciła do mnie tęsknota, którą tak starałam się wyprzeć. Była to jednak jedna jedyna słabość, której nie dało się pozbyć... Czy tego chciałam, czy też nie Mike zawsze będzie dla mnie kimś ważnym. Jednak cały czas moja podświadomość mówiła mi, że robię źle. Ten jeden raz nie słuchałam jej. Idąc korytarzem rozglądałam się na boki. Mimo, że widoki te znałam praktycznie na pamięć, nigdy mi się nie nudziły. Czarne ściany zdobiły ustawione co jakiś czas kolumny. Gdzieniegdzie zawieszone były obrazy przedstawiające różne bitwy lub co ważniejszych czy też potężniejszych Lordów Sithów. Zawsze zatrzymywałam się przy jednym. Tak też zrobiłam i teraz. Był tan przedstawiony mój mentor. Nie mistrz. Mentor, którego od zawsze podziwiałam. Niestety nie miałam okazji go nigdy poznać. Żył około 2000 lat przed moimi narodzinami. Lord Malgus. Przez wielu uważany za zdrajce Imperium. Dla mnie jednak był kimś kto sprawił, że ono zabłysło. Przez 2 sekundy wpatrywałam się w dzieło po czym wznowiłam chód. Szłam w kierunku mojego prywatnego hangaru skąd miałam się udać jednym ze statków na Naboo. Miejsce w którym się wychowaliśmy. Ile to ja już lat tam nie byłam...? Tysiąc...? Może trochę ponad...? Cóż to nie istotne. Musiałam pamiętać, że przeszłość się nie liczy. Jest zbędnym zakodowanym wytworem mojego umysłu, który umacniał to co starałam się z siebie wypchnąć. Przyśpieszyłam tępa.

Opuszczałam właśnie orbitę Dromund Kaas. Siedząc w fotelu pilota, spokojnie wprowadzałam współrzędne szlaków nadprzestrzennych. Czekały mnie dwa skoki. I dość sporo czasu lotu.... Nadal nie wiem co mnie podkusiło aby zaproponować to spotkanie... Ciekawe co by powiedzieli... hmmm... Chociażby mój uczeń gdyby dowiedział się, że przyjaźnie się z jednym z największych wrogów Imperium... Nie ważne. Stało się. Musiałam lecieć. Dwa astro droidy towarzyszyły mi w locie i zajmowały się swoimi sprawami. Kątem oka spojrzałam w kierunku jednego z nich. Sprawdzał właśnie czy wszystko jest w porządku po wyjściu z atmosfery. Ociągał się trochę. Drugi natomiast stał w kącie i czekał na zadanie. Westchnęłam cicho i wróciłam do swojego zadania. Ustawiłam auto pilota i ostatni raz sprawdziłam czy wszystko jest w należytym porządku.
-Zapowiada się długi lot...- mruknęłam pod nosem i wstałam kierując się do innej kabiny. Musiałam przebrać swój strój na... Nieco mniej charakterystyczny. Nie chcę w końcu zwracać zbytnio na siebie uwagi. Weszłam do kabiny sypialnej. Miałam tam przygotowane już ubrania. Były to dość neutralne ubrania oraz płaszcz z kapturem. Już czasem pokazywałam się w podobnym ubiorze na odległych planetach i przebranie wypaliło. Także mogłam być spokojna. Szybko zmieniłam ubiór i spojrzałam na zegar wiszący na ścianie. Miałam dużo czasu... Aż za dużo. Przeszłam trochę bardziej w głąb pomieszczenia i usiadłam na ziemi. Jak już miałam się czymś zająć podczas tych kilku godzin lotu, to przynajmniej czymś pożytecznym. Pogrążyłam się w medytacji.

Minęło kilka godzin gdy wreszcie mój statek wyszedł z nadprzestrzeni. Przede mną ukazało się piękne oblicze Naboo. Jej widok wywołał u mnie przypływ wspomnień. Zamknęłam oczy i wyparłam myśli czym prędzej z umysłu. Przeszłość była nieistotna. Po chwili już zaczęli mnie wywoływać. Przeszłam standardowe procedury dotyczące zadokowania statku po czym musiałam chwilę poczekać na zezwolenie. Czekałam ze zniecierpliwieniem.
-"Aspire" masz zezwolenie na lądowanie.- ozwał się w końcu, długo wyczekiwany komunikat. Skierowałam swój statek w kierunku kosmoportu. Wylądowałam w hangarze nr 11. Wyłączyłam silniki i skierowałam się ku wyjściu. Schodząc po trapie odetchnęłam głęboko. To powietrze cały czas było tak samo wspaniałe jak te tysiąc lat temu.... Naciągnęłam kaptur na głowę i sprawdziłam czy miecz świetlny jest dobrze schowany. Wszystko ok... Mogłam już iść. Chyba pamiętałam jeszcze drogę do tamtego miejsca... To jedno drzewo w środku lasu... Musiałam trafić. Przeszłam szybko przez kosmoport. Czekało mnie teraz pół godziny drogi. Nie tak dużo. Stanęłam przed budynkiem i rozejrzałam się. Nic się tu nie zmieniło. Prawie nic. Ruszyłam na wschód w kierunku przedmieść. Całą drogę rozglądałam się dokoła.Tak. Pamiętałam te miejsca dokładnie. Znałam chyba te całą okolice na pamięć. Stanęłam w końcu na kilka chwil. Znalazłam się na niewielkim wzgórzu. Zdążyłam się już trochę oddalić od miasta. Mój wzrok spoczął na starych domostwach w oddali. Odwróciłam szybko wzrok i ruszyłam w dalszą drogę. Byłam coraz bliżej. Jednak pierw musiałam zahaczyć o jedno miejsce. I tak pozostało mi jeszcze dużo czasu do umówionego spotkania.

***

Stanęłam przed wielkim, rozłożystym drzewem. Podeszłam bliżej i delikatnie przejechałam dłonią po korze gdzie wyryty był rysunek. Dwie postaci stojące obok siebie i trzymające miecze świetlne. Zapatrzyłam się w niego. Na mojej twarzy pojawił się drobny, wręcz ledwo widoczny uśmiech.
-Pamiętasz ten dzień?- usłyszałam głos za sobą. Dobrze wyczułam, że się zbliża.
-Jakże bym mogła nie pamiętać...?- odwróciłam się w kierunku Jedi.- Miło Cię widzieć Mike.
-Ciebie również Cobrans.- uśmiechnął się lekko. Moja twarz pozostała kamienna. Jednak w moim wzroku widać było pewnego rodzaju radość.
-Tyle lat minęło od naszego ostatniego spotkania...
-...A i tak prawie nic się nie zmieniło...
-..No właśnie... Prawie...- Mike również nie był ubrany w swoje normalne szaty Jedi. Oboje zastosowaliśmy pewnego rodzaju przebranie.
-Cóż.... Tak czy siak z pewnością mamy sobie wiele do powiedzenia.- widziałam, że był trochę zmieszany tym jak się zachowywałam, jednak z drugiej strony widziałam, że rozumiał dlaczego tak to wyglądało. Nie okazywałam prawie żadnych emocji. Pomagało mi to w powiedzmy nie ukazywaniu swoich słabych punktów. Jednocześnie nie potrafiłam ich okazać w stosunku do Jedi... Nie ważne, że był moim przyjacielem... Wstręt do Jasnej Strony był silniejszy.
-Tak czy inaczej na początek zapraszam cię do mojej posiadłości na obiad. Jest to dość nie daleko stąd.- skinął głową z wdzięcznością, ja natomiast wykonałam gest dłonią na znak abyśmy ruszyli.
-Opowiadaj co się u Ciebie działo przez te stulecia.- Mike wyprzedził mnie z pytaniem. Opowiedziałam mu dość ogólnie co się działo; o moim uczniu, o przejęciu Imperium itp. Po czym sama dopytałam się co się działo u niego. I tak minęła nam cała droga. Nawet jak już doszliśmy do posiadłości, jeszcze nie skończył się ten temat dawnych dziejów. W sumie co się dziwić..? Żyliśmy już... Ponad tysiąc lat...? Zaprosiłam Jedi do środka po czym zasiedliśmy do stołu dalej rozmawiając. Do obiadu podane były rozmaite dania z różnych kultur i regionów galaktyki (jednocześnie też takie, które nie zaszkodziły by ludzkiemu zdrowiu, tak jak ostre dania Wookie). Im dłużej z nim byłam tym czułam coraz większą radość, a moja maska kryjąca emocje zanikała. Źle. Jednak chyba ten jeden raz mogłam sobie odpuścić... Tylko ten jeden, jedyny raz. Po kilkudziesięciu minutach skończyliśmy jeść.
-To co chcesz robić teraz...?- spytałam cicho. Mike milczał chwile.
-Może... Poszlibyśmy nad jezioro?
-No nie wiem...- odparłam z lekkim zmieszaniem. Jakoś nie widziałam tego.
-No nie daj się prosić.- zaśmiał się cicho.
-No dobrze...- uśmiechnęłam się lekko. Po raz pierwszy od początku spotkania. Widać było że ucieszyło go to. Minęło kilka minut nim w końcu wyszliśmy z mojej posiadłości. Jezioro na szczęście było nie daleko. Doszliśmy tam w 20 minut. Nie mieliśmy zamiaru tam pływać. Głównie mieliśmy zamiar pójść nad jedno miejsce o którego istnieniu wiedzieliśmy tylko my, przynajmniej tak było jeszcze 1000 lat temu. Teraz nie wiadomo co się tam wyprawiało. Zeszliśmy w dół pagórka i stanęliśmy na brzegu. Jedyną zmianą najwidoczniej był stary pomost o którego istnieniu najwidoczniej ktoś zapomniał. Jednak mimo wszystko wyglądał na bardzo solidny. Sama to zresztą sprawdziłam. Usiedliśmy na końcu pomostu i przez chwile siedzieliśmy w milczeniu podziwiając panoramę jeziora.
-Żałuję, że musimy ze sobą walczyć...- Mike przerwał ciszę, mówiąc jakby przez zamyślenie.
-Tak... Jednak cóż możemy zrobić?- spojrzałam na niego.
-Nie wiem... Może.. Może by tak połączyć Imperium i Republikę? Stworzyć jeden niezależny świat. Nie byłoby wojen... Tylko spokój...
-Spokój to kłamstwo...- mruknęłam sama do siebie tak aby nie usłyszał.- To jest szalony pomysł. I realizacja nie byłaby prosta. W końcu znalazła by się grupka osób, której by to nie pasowało. Wojny były by nieuniknione.- Jedi westchnął tylko.
-Wiem o tym... Jednak jak pomyślę, że udałoby się coś takiego stworzyć...
-Nie mówię nie... Na prawdę nie mówię nie, jednak spójrz na to inaczej... Jeżeli konflikty między nami skończyły by się to... Nie pozostało by nic. Bylibyśmy niczym kamień w rzece mocy. Nie poruszalibyśmy się, stojąc nieustannie w miejscu, powoli erodując do nicości... Jesteśmy stworzeni do tego by walczyć...- powiedziałam ciszej patrząc w krystaliczną tafle wody. Jego pomysł nie był taki zły, jednak widziałam w nim wiele wad... Spokój i harmonia nie były moją drogą. Nie teraz. Powstała niezręczna cisza.
-Wiesz... Ale skoro my jesteśmy dwiema najpotężniejszymi osobami w tej galaktyce to, moglibyśmy stworzyć coś zupełnie nowego. Ni to Imperium, ni to Republikę...
-To dobry pomysł. Podoba mi się.- Znów spojrzałam w jego stronę. Zaczęliśmy jeszcze bardziej zgłębiać ten temat. Nim się spostrzegliśmy, ściemniło się.
-Chyba pora wracać...
-Chcesz to mogę Cię podrzucić do granic przestrzeni Sithów.
-Twoja załoga nie zdziwi się na mój widok...?
-Nie. Oni wiedzą o wszystkim. W takim razie spotkamy się na mojej flocie.- uśmiechnął się lekko, a ja odwzajemniłam ten gest.
-To do zobaczenia.
-Do zobaczenia.- ruszyliśmy każdy w swoją stronę. Cieszyłam się, że jeszcze będziemy mogli chwile spędzić czas razem. W końcu nie wiadomo kiedy następnym razem się spotkamy. Wróciłam na pokład "Aspire", przebrałam się w moją normalną szatę i wystartowałam, kierując się w stronę statku mojego przyjaciela.

niedziela, 16 listopada 2014

Rozdział L

                                                                 ~Caterine Flores~
 Corriban
Jak zazwyczaj przygotowywałam moją akolitke do codziennego treningu. Była mi bliska mimo iż nie powinnam i to był duży problem jednak nie przeszkadzało to by kipić w nienawiści do innych i chłonąć ciemną stroną. Gdy już wychodziłyśmy drzwi sie otworzyły i wkroczył Tremrisho. O dziwo z pozorów sie bardzo różniliśmy ale jego technika Juyo i Shien i moja Makashi i Ataru razem byliśmy nie pokonani. Ale fakt faktem z wyglądu byliśmy zupełnie inni. On był z czystej krwi Sithem a ja człowiekiem. On miał tradycujnie krwisty kolor skóry i nie posiadał tatuaży ale miał dużo wyrostków typowych dla jego rasy a ja miałam tatuaż koło oczu i na ustach a karnacje skury miałam przeciętną. Znaliśmy sie od kiedy przylecieliśmy po raz pierwszy na Corriban. Tremrisho zaraz mie chwycił za ręke i wziął na bok od akolitki i zaczął:
-Nasz plan już jest prawie pewny. Na początku stopniowo wyłapiemy jego przyjaciół gdyż republika jest już bardzo osłabiona i już jest prawie zniszczona. Następnie przeprowadzimy atak na małą baze na Kashyyk potem znajdziemy tam plany bazy na Corusant i potem tam zaatakujemy. Po tym ataku republika będzie w haosie a go złapiemy i zniszczymy.
-A co z posiłkami we dwujke nie damy rade. Ja juz poprosiłam Lord Cobrans o przeznaczenie paru batalionów trooperów i akolitów. Moja padawanka też sie dołączy-powiedziałam
-Ja już wiem że Darth Krayt sie włączy a także Darth Talon, Darth Marr i Darth Nihal bo okazało sie że jego nabliższy sługa go zdradził i próbował zabić.
-A Lord Sidius-przerwałam
-Darth Sidius został zniszczony przez pewnego Jedi. Miał go zabić Mike Storm'hold ale zabił go ktoś inny kiedy próbował ponownie zmienić ciało.
-Ogromna strata-oznajmiłam ze smutkiem gdyż on miał nam bardzo pomóc.
-Ja ide dalej jeszcze nie wszystko gotowe. Dokładną date ataku przekarze ci później-powiedział Tremrisho po czym wyszedł z pokoju. Ja podeszłam do akolitki i zaczełam:
-Dobrze więc. Przejdźmy się do sali treningowej-ruszyłyśmy w strone sali treningowej a ja zaczełam dalej:
-Twój ostatni etap szkolenia by zostać sithem to będzie by zostać Lordem sithów czyli ponieważ nas nie obowiązuje zasada dwóch to obowiązuje nas takzwana krwawa eliminacja. To będzie twoja ostatnia misja jako akolitka. Polegało to na wpuszczeniu 5 akolitów do świętej jaskini Darth Oxera w której trzeba znaleźć datacron lecz jak tam wejdziesz to już nie obowiązują was żadne zasady. Jednak zawsze jest jeden problem często mistrzowie wspomagają swojich padawanów a przeciwnych psyhiczne wykańczają dla swojich celów przeważnie do zdobycia datacronów dla większej potęgi. Ja ci zaś nie będe pomagała bo wieże w twoje możliwości jednak będe znajdowała i tropiła tych którzy tak czynią. Dziś na sali musimy poćwiczyć skuteczność przeciw wielu przeciwnikom bo to będzie dobry trening gdyby w jaskini powstał sojusz przeciw tobie a także planuje cie zabrać na misje wyeliminowania pewnego potężnego jedi który jest znany każdemu gdyż specjalizuje sie on w wszystkich formach a także jego umiejątności mocy równają sie imperatorowi ale na to mamy niezawodny plan jedynie musimy ciebie doszkolić gdyż jego bardzo zaawansowana akrobatyka i prędkość prowadzi złudzenia że atakuje cie 7 osób na raz. Dobrze doszliśmy zacznij trenować zaraz do ciebie dołącze i także poćwiczymy nad potęgą mocy gdyż za dwa dni odbędzie sie już krwawa eliminacja -Akolitka skineła i bez słowa ruszyła na sale treningową ja ruszyłam do swej komnaty zakopać sie na pewien czas we własnym gniewie i złości która mnie ciągle nasycała. Nasycała mnie pewna postac.....
    Dwa dni później
Wszyscy sie zebraliśmy przed jaskinią a przed wszystkimi stało 5 akolitów w tym mój.
Byli uzbrojeni po zemby i dostojnie ubrani. Większość to byli ludzie był tylko jeden zabrak i jedena mirulaka Rozpoczeło sie odliczanie wszystkim serce przyśpieszyło ja zaś zostałam spokojna gdyż wiedziałam że to ona wygra i przyniesie mi datakrom bym mogła sie nasycać jego mocą.
Wystartowali. Jeszcze długo po wszyscy stali i czekali ja zaś wróciłam do komnaty bo wiedziałam że nie wyjdą z tamtą szybciej niż za 3 dni. A ja musiałam się wziąść do roboty bo wyczułam już pierwszego oszust był to Lord Fertom i zależało mu tylko na mocy tego datakrona lecz jej nie dostanie....
     Trzy dni później
Fertom był już tylko legendą i o dziwo w bitwie szybko padł u moich stup jak marny szczur którym był. Z tego co wyczułam to w labiryncie została już tylko moja akolitka i bardzo waleczny zabrak który mógł jej zagrozić. Poza Fortomem to zapłacił jeszcze życiem Darth Youil i Lord Polser. Ruszyłam już w strone wyjścia jaskini bo czułem że niedługo już nadejdzie koniec. W jednej sekundzie nastąpiła ogromna eksplozja z drobnych wrot jaskini. To był podmuch mocy który znacznie poszeżył wyjście i także rozwaliło dużą część przedniej jaskini. Uniusł sie ogromny dym i wyleciała moc kamieni w moją strone podczas wybuchu stałam tam sama. Nagle gdy mgła zaczeła opadać zawidniała zamglona postać damska z otwartym mieczem. Widziałam tylko czarne kontury przez dym lecz wiedziałam że to ona. Oficjalnie była Lordem sithów....Była także gotowa na bitwe z potężnym jedi przez którego gniew mnie nasycał.

czwartek, 16 października 2014

Rozdział XLIX

~Ax Kolu~

Upiłem łyk, tylko co podanego Ithoriańskiego brandy. Rozkoszowałem się jej delikatnym smakiem i dobrze wyczuwalnym sosnowym aromatem. Był to jeden z moich ulubionych trunków. Jednak nie przybyłem do tej speluny na Tatooine, aby się uchlać. Miałem się tu spotkać z pewną osobą- póki co nie podał swoich danych. Długo szukałem zleceń. Mimo, że w rankingu Łowców Nagród jestem w pierwszej piątce, to i tak znalezienie zadania to nie lada wyzwanie. Czułem na sobie wzrok Jawów siedzących po drugiej stronie pomieszczenia. Czy oni nigdy nie widzieli T'doshoka?! Z mojego gardła wydobył się cichy syk. Odwróciłem wzrok i rozejrzałem się uważnie po Cantinie. Muzyka jak zawsze grała głośno. Tłumy ludzi zbierało się przy stołach do gry w Sabaka. Jednak jedna postać przykuła mój wzrok. Ubrany jak zwykły farmer, jednak dojrzałem pod nim zbroję kuloodporną, oraz ukryty blaster. Mężczyzna- człowiek- był w średnim wieku. Coś mi powiedziało, że to jest ten na którego czekam. Nie pomyliłem się. Nareszcie przyszedł.
-Wybacz spóźnienie Ax.- powiedział przysiadając się do mnie.
-Do rzeczy. Co mam zrobić. -mruknąłem łapiąc kontakt wzrokowy z mężczyzną.
-Na początek muszę znaleźć jak najwięcej danych na temat pewnego chłopaka.
-Na początek? Czyli to zlecenie będzie miało wiele etapów?
-Za każdy dostaniesz wynagrodzenie.- I to mi się podobało. Duży zysk.
-Więc jak wygląda ten chłopak?- człowiek wyciągnął z kieszeni mały holoprojektor. Kiedy nacisnął odpowiedni przycisk, pojawił się na nim wizerunek tego o kogo prosiłem. Zamurowało mnie. Sith. I to nie byle jaki. Uczeń Imperatora. Wiedziałem o tym tylko dla tego, że mieszkam w jednym ze światów Imperium. Akurat tam gdzie Wielki Lord pokazał się ze swym uczniem. Jednorazowo.
-Jakie informacje dokładnie mam zdobyć...?- powiedziałem już trochę z mniejszym entuzjazmem. Jednak miałem już gorsze zadania do wykonania. Z tym poradzę sobie nawet z uciętą dłonią.
-Wszystkie jakie tylko zdołasz.
-Okay... Pozostaje jeszcze kwestia wynagrodzenia...
-10 000 kredytów.- Za same informacje? W sumie czemu nie. Za to można dużo kupić.
-Zgoda.
-Gdy zdobędziesz informacje, skontaktuj się ze mną na to łącze.- powiedział dając mi kartkę. Chwyciłem ją i przeczytałem napisane na niej informacje.
-Dobrze w takim razie...- urwałem gdy podniosłem wzrok. Go już nie było. Znów spojrzałem na daną mi karteczkę z informacjami. -Jamar Daywrecker... -schowałem informacje do kieszeni i dopiłem moją brandy. Podniosłem się z miejsca i ruszyłem ku wyjściu. Czas było wziąć się za zlecenie.

Siedziałem wpatrzony w bezkres galaktyki. Setki tysięcy gwiazd migotało do mnie wesoło, a ja zastanawiałem się jak zdobędę informacje. Najlepszym sposobem byłby włam do bazy danych Imperium jednak... Nieliczni mają do niego wstęp. To odpada.
-Chociaż może....-szepnąłem sam do siebie poprzez zamyślenie.- To w ostateczności. Musi być jeszcze jakiś sposób tylko jaki...- potarłem skronie. Nic mi nie przychodziło do głowy... Jednak nagle doznałem olśnienia. Na każdej z możliwych planet, którą kiedykolwiek odwiedziłem mam dobre znajomości. Jeżeli dowiedziałbym się chociażby z jakiego sektoru pochodzi padawan Imperatora... Na Dromund Kass znałem jednego człowieka, który mógłby mi pomóc. Był w końcu moim dłużnikiem. Ale to długa historia. Postanowiłem się z nim niezwłocznie skontaktować. Ustawiłem autopilota i wstawszy z miejsca pilota przeszedłem do innego pomieszczenia mojego statku. Podszedłem do panelu komunikacji i wprowadziłem odpowiednie komendy. Czekałem. W końcu z charakterystycznym trzaskiem zamigotała przede mną niebieskawa postać. Odebrał.
-Witaj Joff.
-Ax? W jakiej sprawie dzwonisz?
-Dobrze wiesz jakiej. Musisz coś dla mnie zrobić.- mój rozmówca westchnął ciężko.
-Więc...? Słucham.
-Masz dostęp do małej garstki informacji z życia Imperium, prawda?
-Zgadza się.- uniósł jedną brew. Zdaje się, że chyba wiedział już do czego zmierzam.
-Wiesz skąd pochodzi niejaki Shay Novablast? - Joff milczał przez długą chwilę, jednak w końcu wykrztusił z siebie słowa.
-W jednym raporcie była wzmianka skąd Wielki Lord zabrał młodzieńca i ogólnie spotkał po raz pierwszy. Poczekaj chwilkę. - odszedł od holoprojektora. Usiadłem na krześle przy panelu i znów czekałem. Po około pięciu minutach przyszedł z powrotem.
-Więc?- powiedziałem dość znużonym głosem.
-Został on odnaleziony na Ambri w sektorze Airon. Mamy podejrzenia, że pochodzi z tamtych rejonów. Jednak nie posiadamy oficjalnych danych jak i dowodów.- uśmiechnąłem się z satysfakcją słysząc te informacje.
-Świetnie! Wielkie dzięki Josff.
-Tylko pamiętaj. Nie masz tych informacji ode mnie.
-Jasna sprawa.- Przerwał połączenie. Zatarłem dłonie podekscytowany. Na każdej z planet sektoru Airon miałem swoich ludzi. To zadanie okazuje się łatwiejsze niż przypuszczałem!

~Shay Novablast~

Wylądowałem na Korribanie. Czułem się upokorzony. Nienawiść do tego Jedi wzrosła we mnie, jednak nadal nie rozumiałem dlaczego mi pomógł. To wszystko nie trzymało się kupy. Teraz jednak czekał mnie najgorszy moment. Musiałem zdać raport z misji mojej Mistrzyni... Dobrze wiedziałem, że jej gniew dosięgnie mnie nawet na drugim krańcu galaktyki... Odetchnąłem głęboko. Wyszedłem ze statku podarowanego przez Jedi i ruszyłem ku akademii. Z każdą chwilą gdy zbliżałem się do niej, czułem coraz większy chłód i pustkę wewnątrz siebie. To był lęk. Jednak niczego nie dałem po sobie poznać. Stanąłem przed okazałym budynkiem. Zamknąłem na chwilę oczy. Pomyślałem o swojej porażce i upokorzeniu. Zacisnąłem dłonie w pięści. Pustka momentalnie została zastąpiona gniewem. Wkroczyłem do środka. Wszyscy akolici patrzeli na mnie z szacunkiem. Ja omiotłem ich tylko pogardliwym spojrzeniem. Wszedłem szybko na piętro po czym skierowałem się do pomieszczenia komunikacyjnego. Uczniowie nie mieli dostępu do tego pomieszczenia. Chwilę się zawahałem, jednak po chwili połączyłem się z moją Mistrzynią. Jej niebieskawa, holograficzna sylwetka zamigotała przede mną. Ukląkłem na jedno kolano.
-Witaj mój Lordzie. -powiedziałem skłaniając głowę z szacunkiem. Czułem na sobie jej przeszywający wzrok.
-Jak przebiegł atak?
-Polegliśmy. Trzy floty zostały doszczętnie zniszczone. Dwóm udało się uciec. Jednak zadaliśmy Jedi duży cios, tak jak chciałaś Lordzie.
-Dlaczego nie wróciłeś wraz z flotami?
-Byłem na jednej z flot, która została zniszczona. Nie miałem jak wrócić...
-Jednak w jakiś sposób, przybyłeś na Korriban.- ręce mi drżały. Nawet w tym momencie wyczuwałem jej potęgę.
-Uciec pomógł mi Jedi...-powiedziałem ściszonym głosem. Poczułem jak coś chwyta mnie za gardło.
-Dokładniej.- opisałem Mistrzyni dokładny przebieg, mojej potyczki z Rycerzem Światła.
-...z tego co mi wiadomo był to Mike Storm'hold...-zakończyłem. Uścisk na moim gardle zelżał. Uniosłem lekko wzrok. Wielki Lord wydawał się być zszokowany. Znów niczego nie rozumiałem.
-Wróć na Dromund Kaas wraz z jednostkami wojskowymi, dziś wieczór. Zdasz mi dokładny raport z ataku po powrocie.- przekaz został zakończony.
-Najgorsze dopiero przede mną...- szepnąłem podnosząc się.

Rozdział XLVIII

Yavin
  Medytowałem w komnacie jak to zwykle robiłem o tej porze. Tym razem rozważałem nad możliwością teleportacji. Czułem że mógłbym wykonać teleportacje. Byłoby to ważnym punktem strategicznym do wygrania wojny. Polegało by to na rozsączkowaniu ciała i przechowania duszy a następnie z atomów utworzenia go ponownie w innym miejscu a następnie nadanie przechowanej duszy z powrotem.W taki sposób mógłbym także zrobić coś z niczego gdybym osiągnął tego maksimum mógłbym wykonać całe budynki a nawet planety z niczego. W jednym momencie usłyszałem ogromny huk. Nagle wszedł do mojej komnaty Dev generał mojego batalionu i Talon mój przyjaciel Jedi.  Dev powiedział pierwszy:
-Imperium atakuje...
-Dokładny raport poproszę. Co się stało? Jakim cudem.-powiedziałem z zamartwieniem
-Pięć statków Imperium przyleciało a na obronie stoi tylko jeden. Floty Imperium rozpoczynają bombardowanie i także wysyłają siły powietrzne które mają na celu przywozić całe bataliony Sithów i trooperów Imperium.-oznajmił Dev
-Przygotować i poinformować resztę Yavin i poprosić o wsparcie powietrzne. Także przygotować pole siłowe. Na główne pole bitwy mają przyjść wszystkie dostępne bataliony oprócz tych które wymienie. Każda baza ma mieć jeden batalion obronny i poświęcić jeden batalion na siebie powietrzną. Dev przygotuj nasz batalion my ruszamy w powietrze. Talon ty przekażesz informacje i poprowadzisz bataliony na główne pole bitwy i przekaż że Master Yu-Ifo ma prowadzić bataliony dżunglowe. Bazy zwiadowcze nie mają pod żadnym pozorem wysyłać wojska i dawać znaki życia jedyne co mają robić to przygotować kamuflaż i być w gotowości. Każdy wie co ma robić. To super do roboty.
-Tak jest-odpowiedzieli chórem. Szybko wybiegłem i od razu zobaczyłem przewalone budynki i martwe ciała. Było to straszne. Jednak nie mogłem ich wskrzesić gdyż nie mogłem aż tak tego nad używać to wy także zaburzało równowagę. Ruszyłem więc dalej i wsiadłem w myśliwiec. Uruchomiłem go i połączyłem się z moim batalionem. Powiedziałem:
-Naszym zadaniem jest niszczenie statków przewożących całe bataliony a flot nie atakować póki posiłki się nie pojawią.
-Przyjęte-odpowiedzieli
-To ruszamy-oznajmiłem. Wyleciałem w powietrze i mimo iż szło nam dobrze to nieliczne statki przelatywały a to i tak było za dużo w powietrzu byliśmy już bezradni więc ja i część batalionu wróciliśmy na Yavin lecz od razu na część głównego pola bitwy wylądowałem niedaleko Talona walczącego. Imperium nas przewyższało. Wyszedłem ze statku i ruszyłem w głąb batalionu. Na moment się wyciszyłem. Domyśliłem się że floty mogą jeszcze 20 razy więcej ich przesłać a my już ledwo sobie radziliśmy sobie. Musiałem coś z tym zrobić. Ponownie się wyciszyłem i wyciągnąłem pierw jedną rękę w stronę jednej floty i drugą rękę w stronę drugiej floty. Następnie chwyciłem je obie jednocześnie i przysunąłem do siebie nawzajem i spowodowałem kolizje statków. Dwa statki z głowy. Teraz musiałem się trochę zająć batalionami na ziemi. Wybiegłem przed batalion i zrobiłem wokół siebie tymczasową osłonę z mocy po czym wyciągnąłem rękę i dosłownie zgniotłem cały batalion w proch. Jednak po tym jak przeciwnicy zobaczyli moje możliwości następny batalion rzucił  się cały na mnie bym nie mógł tego ponownie zrobić. Faktycznie byłem zmuszony wyjąć miecz i się jedynie się skupić na reflektowaniu strzał jednym mieczem. Nie mogłem jednak jedynie wiecznie stać i odbijać ataki musiałem ruszyć. Więc pobiegłem prosto w batalion i zacząłem wycinać wszystkich przeciwników którzy byli bezlitośni wobec wszystkich jednak ja chciałem im dać szanse ale atakując i zabijając moich przyjaciół sami zadecydowali o swym losie. A los to był marny. Kiedy znalazłem się w środku batalionu zacząłem szybciej wywijać mieczem a po pewnym czasie włączyłem drugi miecz. Po długim czasie wielu ich nie zostało wtedy szybko wszystkich położyłem na ziemi a następnie chwyciłem za gardło by potem im odpuścić i wziąć ich później jako jeńców. Walka dalej trwała obrona była udana lecz nie byłem z tego dumny widząc te wszystkie martwe ciała . Gdy ja ruszyłem na batalion Talon słusznie wziął to za sygnał do ataku i przycisnął razem z swym batalionem. Podczas naszej wojny tu posiłki przyleciały i statków Imperialnych było już tylko dwa. I o dziwo dawali sygnały do wycofania się a wojska naziemne nadal pchały atak. Flot niestety nie
udało się zatrzymać mimo pomocy mojej i mojego batalionu gdyż zaraz po opanowanej sytuacji lądowej ruszyliśmy w powietrze pomóc. Natomiast o dziwo siły naziemne były zdezorientowane ucieczką flot i zostały uwięzione na planecie republiki nie mieli nawet najmniejszych szans. Wróciłem na ziemie i kontynuowałem atak godzinami gdy doszła mnie nowina że zaatakowali naszą świątynie. Atak był zmasowany a szkody masakryczne. Przybyłem za późno. Kiedy ja tam się znalazłem akurat jedna wieża świątynie sie załamała na ziemie. Same martwe ciała. To jeszcze nie był koniec walki lecz mojej pomocy już nie potrzebowali ja przeszukiwałem martwe ciała Jedi z świątyni którzy zginęli w wyniku obrony. Nagle zobaczyłem straszny widok ciało mojej mistrzyni Shaak-Tii leżące obok Macea Windo. Oboje martwi leżącymi przed drzwiami. Chciałem ich ożywić lecz oni oboje mi srogo zabronili. Wypełniła mnie rozpacz, smutek i gniew. Wszystkie strzały które mnie mijały na polu bitwy. Ciała niewinne tam leżące. Huki i strzały. Dym unoszący się. Ruiny. I ich ciała to było za wiele. Jednak znalazłem w sobie moc by się uspokoić i zebrać myśli i ich ciała. Okazało się że zginęli broniąc wielu padawanów którym udało się przeżyć. Oni się poświęcili. To byli prawdziwi Jedi.  Wyszedłem przed ruiny świątyni a tam już stali medycy i straż. To był koniec wojny. Wygraliśmy lecz nie dumnie. W dali w dżungli zobaczyłem ciemną postać. Zaczęła uciekać. Długo mi nie zajęło zanim dogoniłem ją. Kiedy byłem przy nim byłem już pewien, to był Sith. Szybko uniosłem dłoń i chwyciłem go mocą a by go osłabić wystrzeliłem z czubków palców minimalną ilość prądu lecz nie na tyle mocną by go zabić. Nie dałem się ponieść moich emocji i chwytając go nadal w powietrzu zapytałem:
-Kim jesteś i czemu uciekasz. Masz powiedzieć wszystko-wyczułem w nic lekki lęk lecz starał się to zakryć swą nasyconą nienawiścią którą aż iskrzył.
-Myślisz że ci odpowiem parszywy kundlu-prychnął z arogancją. Jednak ja na spokojnie tylko troszkę mocniej go ścisnąłem.
-Okej,okej...-wykrzyczał-Mam na imię Shay... I jestem akolitą samego imperatora jej potęgi możesz tylko pozazdrościć-odpowiedział z arogancją jednak kryła się w nim skrucha. Wtedy się zamyśliłem. To był akolita Cobrans...Nie widziałem jej od lat. Jednak to ona musiała dać rozkaz ataku co nasycało mnie złością lecz ją szybko eliminowałem. Moc mi podpowiadała że jest jej padawanem kiedy go znalazłem ale nie wierzyłem...Rozluźniłem mój uchwyt w wyniku zamyślenia a jednak on to wykorzystał i się na mnie rzucił z mieczem. Otworzyłem szybko miecz i broniłem się przed jego atakami. Był istnym mistrzem walki. W powietrzu rozbłysły zielone i czerwone promienie. Na początku zgrabnie odpierałem szybkie ataki z mocnym natężeniem. Użyłem formy Makashi by rozgryźć jego styl walki i by nadążać za atakami ale to nie był problem gdyż kiedy ja walczę przeważnie tępo jest nawet szybsze bo tak przeważnie walczyłem. Zaraz po przeszedłem do formy Soresu by zgrabnie przejść w mój ulubiony styl ataru i przeciwnika wykończyć. Kiedy padł uniosłem go w powietrze i przemówiłem:
-Shay...Nie będę nawet próbował cie przekonać do jasnej strony bo wiem że to nie zadziała ale...-w tym momencie bezczelnie mi przerwał i powiedział:
-No co ty-jednak przemilczałem to i kontynuowałem jakby nigdy nic:
-Ale dam ci statek z wystarczającą ilością paliwa do Korriban. Nie próbuj niczego bo jak spróbujesz to się  źle dla ciebie skończy a teraz uciekaj-powiedziałem rozluźniając go i podając datapad. Shay był zdziwiony i oszołomiony ale posłuchał się i ruszył do podanej lokalizacji statku. Patrzałem jak powoli oddalał się tyłem a następnie zniknął w zaroślach. Ja za to ruszyłem z powrotem do świątyni. Gdy tam dotarłem ciała były wyjęte a świątynia podczas oceniania szkód i naprawy. Wśród ciał było wiele padawanów i moja kochana mistrzyni którą wielbiłem całym sercem i nie mogłem sobie wybaczyć i Mace który był dla mnie drugim ojcem teraz już żadnego nie miałem. Łzy uroniły mi się w oczach zapowiadała się długa ceremonia i pogrzeb jednak nadal będę z nimi rozmawiał jednak w inny sposób. Co jakiś czas będę się z nimi łączył poprzez medytacje. Pomogłem następnie opatrzyć rannych a wśród nich zobaczyłem dzielną Marcjanne. Była ciężko ranna i potrzebowała natychmiastowej pomocy lecz już wtedy nic jej nie groziło a ja rozpocząłem uzdrawianie. Niedługo po reszta mojej ekipy przyszła. Reszta moich przyjaciół z którymi byłem od zawsze. Moja rodzina...

wtorek, 16 września 2014

Rozdział XLVII

~Cobrans Mirach~

Stałam z założonymi za plecy rękami na balkonie mojej cytadeli, spoglądając na moje Imperium. Odetchnęłam głęboko. W powietrzu czuć było zapach wyładowań elektrycznych wiecznie nawiedzających Dromund Kaas. Było piękne... Idealne... Musiało zostać zrównane z ziemią aby móc się na nowo odrodzić w nowym lepszym wydaniu. Pod tym względem mogłam być wdzięczna Republice jednak... Jednak ja nie okazuję wdzięczności, ani też łaski. Nie miałam zamiaru im tego podarować. Miałam plan, który zasadniczo mogłabym wykonać sama... W sumie nawet siejąc większe zniszczenie... Na przykład doszczętnie wyniszczając jedną z ich cenniejszych planet sprawiając, że każdy jej mieszkaniec ginął podczas dość długiego procesu męczarni, doprowadzając w końcu do zniszczenia planety... Jednak każda planeta może okazać się cenna. Kiedyś kiedy Imperium przejmie większość galaktyki i zepchnie Republikę w kąt, każda planeta, która jest pełna, różnych cennych surowców jest przydatna. Dlatego nie opłaca mi się puki co żadnej niszczyć. Poza tym co to za zabawa bez użycia pionków zwanymi inaczej żołnierzami. Kiedyś jednak użyję swojej mocy aby zagarnąć kawał galaktyki dla siebie, ale jeszcze nie dziś.... Z zamyślenia wyrwał mnie łoskot o metal. Ktoś pukał do drzwi.
-Wejść.- powiedziałam oschłym tonem  wychodząc z balkonu. W pomieszczeniu do którego weszłam panował półmrok jednak ja wszystko widziałam doskonale.
-Witaj mój Lordzie... Wzywałaś mnie...- dość niski głos przerwał ciszę. Postać, która jeszcze chwile temu stała, teraz klękała przede mną.
-Chcę abyś poszedł ze mną na zebranie Mrocznej Rady. - przeszłam od razu do sedna.
-To będzie dla mnie zaszczyt mój Lordzie...- wyczułam jego spięcie. -A... Co planujesz Lordzie...?-spytał niepewnym jak i lekko drżącym głosem. Takie momenty jak ten zwykle sprawiały, że na mojej twarzy pojawiał się jeden z całej gamy potwornych uśmiechów.
-Dowiesz się w odpowiednim czasie... Zdradzę Ci tylko, że wyślę cię na nową misję.- Shay podniósł na mnie wzrok. W jego oczach było widać porywisty błysk. Najwidoczniej nie mógł się już doczekać.- Możesz już odejść.- Dodałam po chwili odwracając się do niego plecami i wracając z powrotem na balkon. Po chwili wyczułam, że opuścił pokój, co potwierdził zgrzyt zamykających się automatycznie drzwi. Znów skupiłam się na otaczającym mnie krajobrazie. Wzięłam duży wdech po czym powoli wypuściłam powietrze. Zbierało się na deszcz, w powietrzu czuć było wodę wiszącą nad głowami. Jednak mi to nie przeszkadzało. Zamknęłam oczy i nasłuchiwałam. Zawiał zimny wiatr, który otulił moją twarz swoim podmuchem. Otworzyłam gwałtownie oczy. Ostatni raz omiotłam wysokie, szpiczaste jaki i kanciaste budynki wzrokiem po czym weszłam pośpiesznie do środka.

***

W pomieszczeniu panował prawie całkowity mrok. Gdy tylko weszłam do środka zawiało chłodem. Niektórzy zadrżeli. Co jakiś czas pomieszczenie rozjaśniały błyski błyskawic wpadające przez oszklony dach wysoko nad naszymi głowami. Zajęłam moje miejsce na podwyższeniu.  Shay, który cały czas za mną podążał stanął u mojego boku. Dwanaście par oczu było skierowanych w moją stronę. Dwanaście osób, którym ufałam. Dwanaście osób, których zdolności pomagały mi w moich planach. Po mojej prawej stronie siedział główny przedstawiciel mrocznej rady- Darth Vindar. Kolejno dalej siedzieli Darth Moxil, Darth Solix, Darth Vol- jeden z dwóch zabraków- Darth Heris, Darth Nasi. Darth Nasi był najmłodszym jak i najnowszym członkiem mrocznej rady. Za dawnych czasów był on Jedi- miraluką. Co sprawiało, że nie pałałam do niego wielkim zaufaniem. Jednakże jego zdolności taktyczne ogromnie mi się przydawały. Dalej siedzieli: Darth Ku'sor- jedyny przedstawiciel rasy Sith w radzie- Darth Xarox, Darth Kuz- drugi z dwóch zabraków- Darth Asha, Darth La'ros- twi'lekanka- oraz Darth Elis.
-Witaj Wielki Lordzie.- Vindar przerwał krótką ciszę. Wszyscy w tym momencie skłonili z szacunkiem głowy.
-Zapewne pamiętacie zeszłoroczny atak na naszą stolicę.- jak zawsze od razu przeszłam do rzeczy. Nie miało sensu owijać tego w bawełnę.- Republika jak i Jedi muszą nam za to zapłacić. Tym razem nie chodzi o to aby wygrać... Chodzi o to aby zadać im mocny cios, który by ich osłabił.-podniosłam się energicznie z miejsca.- Pokażmy im, że Imperium znów powstało! Zarządzam atak na Yavin!

niedziela, 14 września 2014

Rozdział XLVI

                                                                 ~Mike Storm'hold~
Yavin
  Właśnie wstałem od kolejnej długiej medytacji i zagłębiania sie w mocy w mojej komnacie gdy nagle z nikąd poczyłem...Poczułem iż już byłem gotowy by odnaleźć swoją ekipe ponownie. Potrzebowałem tego czasu dzięki temu mogłem zapanować nad swojimi emocjami i także urosłem w potęge lecz w pozytywnym sensie tym razem. Gdybym chciał to bym mógł z łatwością wyniszczyć całą cywilizacje a nawet całe planety lecz nie zrobił bym tego... Byłem gotowy więc szybkim żwawym krokiem w strone mojej floty którą dostałem od republiki. Także miałem własny batalion.
W republice za moją sprawą powstały wielkie zmieny. Republika sie wzbogaciła, była potężniejsza, lepsza. Także nastąpiły zmiany w zasadach. Doświadczeni i zaufani jedi mogli być zamężni. Także jedi mogli zabić w ostateczności jeśli wróg był bardzo potężny nie trzeba było ko pokonywać a następnie aresztowany. Zrobiłem to dla bezpieczeństwa innych. Za dużo było przypadków że więzień
a następnie mścił sie na innych. Lecz tylko uprawnieni mogli zabić i to było jedynie wprzypadku ostateczności. Zanim sie obejrzałem flota już była w przestrzeni. Ruszyłem do mojego pokoju i zacząłem medytować by odnaleźć pierw Jilla. Wyczułem go na Nar Shadzie. Uronił na mojej twarzy sie uśmiech i stwierdziłem "gdzie inndziej?". Moge i sie zabawić brakowało mi tego mruknąłem do siebie. Ze mną siedzieli padawani na statku byli już starsi i byli już pełnymi jedi  i ich także odmładzałem bo potrzebowali tego.
 Nar Shaada
Oczywiście zastałem go w kantinie. Tej nocy sie zabawiłem. Podeszłem do Jilla sięgnąłem po drinka i zaczeliśmy tańczyć do naszych ulubionych rytmów. Rano z ogromnym kacem wstałem i wyszedłem z hotelu by sie orzeźwić. Troche czasu po mnie Jill wyszedł z hotelu razem z jakąś kobietą. Kojarzyłem ją. Następnie Jill zaczął:
-To jest...
-Zanah...- przerwałem mu
-Mike-odpowiedziała kobieta
-Znacie sie?-zapytał Jill
-Odsuń sie to jest lord sithów-oznajmiłem trzymając miecz
-Zmieniłam sie-krzykneła
-To moja dziewczyna-powiedział Jill
-Mów-powiedziałem do Zanaah odkładając miecz.
-Już nie jestem Jill mnie oświecił. Daj mi szanse wejź mnie na statek i zaufaj. Albo sprawdź mnie mocą. Wiem że jesteś na tyle potężny.
-A jak wogóle żyjesz jedynie ja i Cobrans posiadamy moc odmładzania-zapytałem
-Najwidoczniej jestem trzecia-powiedziała
-Dobrze ufam ci-nie wyczuwałem w niej zła lub złych intencji.
-Czekaj ty byłaś sithem-powiedział Jill
-Dobra obgadamy to na statku bo mamy jeszcze dużo osób do odebrania-powiedziałem
  Felucia
Krocząc po Felucji w pewnym krokiem szukałem Juli i Marcjanny... Długi czas minął ale je znalazłem Julia sie zmieniła była bardziej pewna siebie stała sie sprawniejsza fizycznie i bardzo elastyczna prawdo podobnie Marcjanna jej potazała. Marcjanna jak zafsze w krótkich obcisłych umożliwiających jej dużej elastyczności i prędkości. Koszulka jak zawsze z odsłonientym brzuchem. Lecz ubiór Juli sie zmienił kroczyła w długiej sukni z wieloma warstwami lecz mogła wykonywać elastyczne ruchy. Tęskniłem za moją żoną i moją przyjaciółką.  Wyszukałem je mocą łatwo i znalazłem ją w grocie oczekując mnie. Były pewne że dziś przybęde. For-Dor był na swojej rodzinnej planecie Kashyyk. Jeszce jedynie musiałem odszukać paru przyjaciół. JM przygotowywał nas na kolejny lot. Został nam już tylko jak my go nazywaliśmy chemik. Polecieliśmy i odnaleźliśmy go lecz nie chciał być już w to wkrencony spowrotem gdyż miał już żone i dzieci. Rozumieliśmy go i po pogaduszkach i herbacie pożegnaliśmy sie i ruszyliśmy na flocie moi padawani już ćwiczyli a ja ruszyłem na hungar gdzie był nasz sratek bo Jill chciał sprawdzić stan i stan okazał sie dobry. Niedługo po oprowadziłem ich po flocie i skoczyliśmy w hiper przestrzeń. Pierw wszyscy polecieliśmy na Corusant a następnie na Yavin i tam zostaliśmy na troche dłużej gdyż padawani chcieli zsiąść i zostać natomiast ja poszedłem porozmawiać z ostatnimi poza mną i moją ekipą legendarnymi jedi czyli Shaak-Tii i Mace których także odmładzałem lecz podczas naszej rozmowy naruszyli ten temat i poprosili mnie bym pozwolił im odejść i zaprzestał ich odmładzać a jak zginą to nie odżywiać bo to już natura. Trzeba im pozwilić odejść bo inni przyjną na ich miejsce. Lecz o siebie miałem dbać i nadal odmładzac sie i swoich przyjaciół. Gdyż byłem innym potrzebny. I miała racje. I tak uczyniłem. Obiecałem że dotrzymam ich prośby a o siebie i ekipe będe walczył i będziemy obrońcami galaktyki...

niedziela, 7 września 2014

Rozdział XLV

~Darth Nasi~

Rok później...



Usiadłem na środku pokoju przeznaczonego do medytacji. Panował tam półmrok. Jedynie kilka punktów rozjaśniało pomieszczenie. Przestałem zwracać uwagę na obrazy otoczenia pojawiające się w moim umyślę. Pogrążyłem się w medytacyjnym transie. Poczułem jak żar wypełnia moje ciało, a potęga otula mnie niczym koc. Mój oddech stał się płytki i z chwili na chwilę przyśpieszał coraz bardziej. W moim umyśle utworzyła się wizja. Pierwsza odkąd porzuciłem ścieżkę Jedi. Zadrżałem, wyrywając się z medytacyjnego transu. Ta cała wizja... To były urywki różnych scen... Potrząsnąłem głową.
-Nie ważne...-warknąłem pod nosem i podniosłem się ociężale. Poprawiłem skórzaną opaskę zasłaniającą moje oczodoły i ruszyłem ku wyjściu z pomieszczenia. Dzisiaj nie miałem praktycznie niczego ważnego do roboty. Postanowiłem się przejść po Kaas City i znów obejrzeć je w całej okazałości po zeszłorocznym ataku. Jednak ja nie mieszkałem w stolicy Dromund Kaas, tylko w innym z miast, które jeszcze nie powstało do końca z ruin. Jednakże moja cytadela stała w pełnej okazałości. Wyszedłem przed budynek i z pomocą mocy omiotłem wzrokiem cały plac budowy. Jednak plac to zbyt skromnie powiedziane. Moja cytadela znajdowała się na wzniesieniu skąd miałem widok na całe miasto. Niektóre budynki były już w fazie wykończeniowej, jednak znaczna większość dopiero była zaczynana. Westchnąłem cicho i ruszyłem w kierunku mojego prywatnego transportu.

Pojazd wylądował w pobliżu cytadeli Imperatora oraz siedziby Mrocznej Rady, do której z resztą należałem. Często zastanawiał mnie fakt, dlaczego się tam dostałem. Teraz skład Mrocznej Rady wybierał Imperator. Obsadzał tam swoich najbardziej zaufanych ludzi. Co ciekawe, ja do nich nie należałem. Prawdopodobnie prawdy nigdy się nie dowiem. Ogólnie organy władzy zostały trochę przekształcone. Imperator ma władze absolutną. Decyduje praktycznie o wszystkim. Mroczna Rada dostaje wszelkie zadania i decyzje do podjęcia, jednak nim zostaną potwierdzone Wielki Lord, pierw sprawdza czy mu odpowiadają. Rada pełni funkcje- przynajmniej według mnie- doradców. Raz na jakiś czas, Rada ma zaszczyt spotkać się z Lordem twarzą w twarz, kiedy to on zwołuje zebranie. Jednak ja nigdy nie widziałem jeszcze Imperatora. Wiem o nim tyle, że nazywa się Lord Cobrans. Słyszałem również pogłoski- a może to też jest prawda- że żyje już od czasów Darnt Bane’a i, że był on jej mistrzem. Idąc cały czas przed siebie z pomocą mocy, rejestrowałem każdy szczegół miasta. Usłyszałem kolejny już z rzędu grzmot pioruna. Ktoś popchnął mnie nagle. Zachwiałem się. Nie odwracając się, zarejestrowałem fakt, że ten, kto to zrobił ucieka. Chwyciłem go za gardło w zabójczym uścisku mocy. Często bawił mnie fakt, że ludzie myślą, że skoro jestem Miraluką to ich nie zobaczę.
-Wybacz Mój Lordzie…- Twillek’anka -niewolnica- wykrztusiła płaczliwym głosem walcząc o powietrze. Na mojej twarzy zawitał grymas. Zacisnąłem mocniej uścisk na jej szyi. Błękitne oczy wręcz wyszły jej z orbit, a zielonkawa skóra, przybrała purpurowy odcień. Puściłem ją w końcu, a ta upadła ciężko na podłoże kaszląc ciężko i łapczywie łykając powietrze. Zrobiłem to tylko dlatego, że ubrana była w rodowe kolory Dartha Xaroxa- innego z przedstawicieli Mrocznej Rady. Odwróciłem się i odszedłem. Podejrzewam, że ona tak naprawdę nie uciekała, jednak to nie jest teraz istotne. Ogólnie mieszkańcy Imperium  nie żyli w ciągłym lęku, przed Sithami. Żyło im się bardzo dobrze. Nawet nie mieli tego poczucia, że żyją pod władzą Lordów. Rzadko kiedy na nich wpadali. W sumie o to chodziło. Mniej buntów, więcej sprzymierzeńców. Wysokie budowle całkowicie przysłoniły horyzont. Od razu moją uwagę przykuł budynek o trzech ostrych zakończeniach. Mieściła się tam siedziba ponownie przywróconego od czasów Starej Republiki wywiadu agentów Imperialnych. Dostarczali oni wielu cennych dla Imperium informacji oraz wykonywali wiele zadań typu wyeliminowanie kogoś. Osobiście cieszę się, że zostali przywróceni. Zawiał chłodny wiatr. Wokół zapadła cisza. Pora było wracać.

„-Atak!.... 

–Przybyłam po to co mi odebraliście….

-Jasu… Już Ci nie będę mógł pomóc. Nadszedł mój  koniec. Podejmuj mądre, przemyślane decyzje, ale przede wszystkim, słuchaj głosu serca.
-Mistrzu… Ja nie podołam… Boje się…
-Dasz radę Jasu. Wieżę w Ciebie…”