~Caterine Flores~
Corriban
Jak zazwyczaj przygotowywałam moją akolitke do codziennego treningu. Była mi bliska mimo iż nie powinnam i to był duży problem jednak nie przeszkadzało to by kipić w nienawiści do innych i chłonąć ciemną stroną. Gdy już wychodziłyśmy drzwi sie otworzyły i wkroczył Tremrisho. O dziwo z pozorów sie bardzo różniliśmy ale jego technika Juyo i Shien i moja Makashi i Ataru razem byliśmy nie pokonani. Ale fakt faktem z wyglądu byliśmy zupełnie inni. On był z czystej krwi Sithem a ja człowiekiem. On miał tradycujnie krwisty kolor skóry i nie posiadał tatuaży ale miał dużo wyrostków typowych dla jego rasy a ja miałam tatuaż koło oczu i na ustach a karnacje skury miałam przeciętną. Znaliśmy sie od kiedy przylecieliśmy po raz pierwszy na Corriban. Tremrisho zaraz mie chwycił za ręke i wziął na bok od akolitki i zaczął:
-Nasz plan już jest prawie pewny. Na początku stopniowo wyłapiemy jego przyjaciół gdyż republika jest już bardzo osłabiona i już jest prawie zniszczona. Następnie przeprowadzimy atak na małą baze na Kashyyk potem znajdziemy tam plany bazy na Corusant i potem tam zaatakujemy. Po tym ataku republika będzie w haosie a go złapiemy i zniszczymy.
-A co z posiłkami we dwujke nie damy rade. Ja juz poprosiłam Lord Cobrans o przeznaczenie paru batalionów trooperów i akolitów. Moja padawanka też sie dołączy-powiedziałam
-Ja już wiem że Darth Krayt sie włączy a także Darth Talon, Darth Marr i Darth Nihal bo okazało sie że jego nabliższy sługa go zdradził i próbował zabić.
-A Lord Sidius-przerwałam
-Darth Sidius został zniszczony przez pewnego Jedi. Miał go zabić Mike Storm'hold ale zabił go ktoś inny kiedy próbował ponownie zmienić ciało.
-Ogromna strata-oznajmiłam ze smutkiem gdyż on miał nam bardzo pomóc.
-Ja ide dalej jeszcze nie wszystko gotowe. Dokładną date ataku przekarze ci później-powiedział Tremrisho po czym wyszedł z pokoju. Ja podeszłam do akolitki i zaczełam:
-Dobrze więc. Przejdźmy się do sali treningowej-ruszyłyśmy w strone sali treningowej a ja zaczełam dalej:
-Twój ostatni etap szkolenia by zostać sithem to będzie by zostać Lordem sithów czyli ponieważ nas nie obowiązuje zasada dwóch to obowiązuje nas takzwana krwawa eliminacja. To będzie twoja ostatnia misja jako akolitka. Polegało to na wpuszczeniu 5 akolitów do świętej jaskini Darth Oxera w której trzeba znaleźć datacron lecz jak tam wejdziesz to już nie obowiązują was żadne zasady. Jednak zawsze jest jeden problem często mistrzowie wspomagają swojich padawanów a przeciwnych psyhiczne wykańczają dla swojich celów przeważnie do zdobycia datacronów dla większej potęgi. Ja ci zaś nie będe pomagała bo wieże w twoje możliwości jednak będe znajdowała i tropiła tych którzy tak czynią. Dziś na sali musimy poćwiczyć skuteczność przeciw wielu przeciwnikom bo to będzie dobry trening gdyby w jaskini powstał sojusz przeciw tobie a także planuje cie zabrać na misje wyeliminowania pewnego potężnego jedi który jest znany każdemu gdyż specjalizuje sie on w wszystkich formach a także jego umiejątności mocy równają sie imperatorowi ale na to mamy niezawodny plan jedynie musimy ciebie doszkolić gdyż jego bardzo zaawansowana akrobatyka i prędkość prowadzi złudzenia że atakuje cie 7 osób na raz. Dobrze doszliśmy zacznij trenować zaraz do ciebie dołącze i także poćwiczymy nad potęgą mocy gdyż za dwa dni odbędzie sie już krwawa eliminacja -Akolitka skineła i bez słowa ruszyła na sale treningową ja ruszyłam do swej komnaty zakopać sie na pewien czas we własnym gniewie i złości która mnie ciągle nasycała. Nasycała mnie pewna postac.....
Dwa dni później
Wszyscy sie zebraliśmy przed jaskinią a przed wszystkimi stało 5 akolitów w tym mój.
Byli uzbrojeni po zemby i dostojnie ubrani. Większość to byli ludzie był tylko jeden zabrak i jedena mirulaka Rozpoczeło sie odliczanie wszystkim serce przyśpieszyło ja zaś zostałam spokojna gdyż wiedziałam że to ona wygra i przyniesie mi datakrom bym mogła sie nasycać jego mocą.
Wystartowali. Jeszcze długo po wszyscy stali i czekali ja zaś wróciłam do komnaty bo wiedziałam że nie wyjdą z tamtą szybciej niż za 3 dni. A ja musiałam się wziąść do roboty bo wyczułam już pierwszego oszust był to Lord Fertom i zależało mu tylko na mocy tego datakrona lecz jej nie dostanie....
Trzy dni później
Fertom był już tylko legendą i o dziwo w bitwie szybko padł u moich stup jak marny szczur którym był. Z tego co wyczułam to w labiryncie została już tylko moja akolitka i bardzo waleczny zabrak który mógł jej zagrozić. Poza Fortomem to zapłacił jeszcze życiem Darth Youil i Lord Polser. Ruszyłam już w strone wyjścia jaskini bo czułem że niedługo już nadejdzie koniec. W jednej sekundzie nastąpiła ogromna eksplozja z drobnych wrot jaskini. To był podmuch mocy który znacznie poszeżył wyjście i także rozwaliło dużą część przedniej jaskini. Uniusł sie ogromny dym i wyleciała moc kamieni w moją strone podczas wybuchu stałam tam sama. Nagle gdy mgła zaczeła opadać zawidniała zamglona postać damska z otwartym mieczem. Widziałam tylko czarne kontury przez dym lecz wiedziałam że to ona. Oficjalnie była Lordem sithów....Była także gotowa na bitwe z potężnym jedi przez którego gniew mnie nasycał.
Dziękujemy za odwiedziny naszego bloga! :D
niedziela, 16 listopada 2014
czwartek, 16 października 2014
Rozdział XLIX
~Ax Kolu~
Upiłem łyk, tylko co podanego Ithoriańskiego brandy. Rozkoszowałem się jej delikatnym smakiem i dobrze wyczuwalnym sosnowym aromatem. Był to jeden z moich ulubionych trunków. Jednak nie przybyłem do tej speluny na Tatooine, aby się uchlać. Miałem się tu spotkać z pewną osobą- póki co nie podał swoich danych. Długo szukałem zleceń. Mimo, że w rankingu Łowców Nagród jestem w pierwszej piątce, to i tak znalezienie zadania to nie lada wyzwanie. Czułem na sobie wzrok Jawów siedzących po drugiej stronie pomieszczenia. Czy oni nigdy nie widzieli T'doshoka?! Z mojego gardła wydobył się cichy syk. Odwróciłem wzrok i rozejrzałem się uważnie po Cantinie. Muzyka jak zawsze grała głośno. Tłumy ludzi zbierało się przy stołach do gry w Sabaka. Jednak jedna postać przykuła mój wzrok. Ubrany jak zwykły farmer, jednak dojrzałem pod nim zbroję kuloodporną, oraz ukryty blaster. Mężczyzna- człowiek- był w średnim wieku. Coś mi powiedziało, że to jest ten na którego czekam. Nie pomyliłem się. Nareszcie przyszedł.
-Wybacz spóźnienie Ax.- powiedział przysiadając się do mnie.
-Do rzeczy. Co mam zrobić. -mruknąłem łapiąc kontakt wzrokowy z mężczyzną.
-Na początek muszę znaleźć jak najwięcej danych na temat pewnego chłopaka.
-Na początek? Czyli to zlecenie będzie miało wiele etapów?
-Za każdy dostaniesz wynagrodzenie.- I to mi się podobało. Duży zysk.
-Więc jak wygląda ten chłopak?- człowiek wyciągnął z kieszeni mały holoprojektor. Kiedy nacisnął odpowiedni przycisk, pojawił się na nim wizerunek tego o kogo prosiłem. Zamurowało mnie. Sith. I to nie byle jaki. Uczeń Imperatora. Wiedziałem o tym tylko dla tego, że mieszkam w jednym ze światów Imperium. Akurat tam gdzie Wielki Lord pokazał się ze swym uczniem. Jednorazowo.
-Jakie informacje dokładnie mam zdobyć...?- powiedziałem już trochę z mniejszym entuzjazmem. Jednak miałem już gorsze zadania do wykonania. Z tym poradzę sobie nawet z uciętą dłonią.
-Wszystkie jakie tylko zdołasz.
-Okay... Pozostaje jeszcze kwestia wynagrodzenia...
-10 000 kredytów.- Za same informacje? W sumie czemu nie. Za to można dużo kupić.
-Zgoda.
-Gdy zdobędziesz informacje, skontaktuj się ze mną na to łącze.- powiedział dając mi kartkę. Chwyciłem ją i przeczytałem napisane na niej informacje.
-Dobrze w takim razie...- urwałem gdy podniosłem wzrok. Go już nie było. Znów spojrzałem na daną mi karteczkę z informacjami. -Jamar Daywrecker... -schowałem informacje do kieszeni i dopiłem moją brandy. Podniosłem się z miejsca i ruszyłem ku wyjściu. Czas było wziąć się za zlecenie.
Siedziałem wpatrzony w bezkres galaktyki. Setki tysięcy gwiazd migotało do mnie wesoło, a ja zastanawiałem się jak zdobędę informacje. Najlepszym sposobem byłby włam do bazy danych Imperium jednak... Nieliczni mają do niego wstęp. To odpada.
-Chociaż może....-szepnąłem sam do siebie poprzez zamyślenie.- To w ostateczności. Musi być jeszcze jakiś sposób tylko jaki...- potarłem skronie. Nic mi nie przychodziło do głowy... Jednak nagle doznałem olśnienia. Na każdej z możliwych planet, którą kiedykolwiek odwiedziłem mam dobre znajomości. Jeżeli dowiedziałbym się chociażby z jakiego sektoru pochodzi padawan Imperatora... Na Dromund Kass znałem jednego człowieka, który mógłby mi pomóc. Był w końcu moim dłużnikiem. Ale to długa historia. Postanowiłem się z nim niezwłocznie skontaktować. Ustawiłem autopilota i wstawszy z miejsca pilota przeszedłem do innego pomieszczenia mojego statku. Podszedłem do panelu komunikacji i wprowadziłem odpowiednie komendy. Czekałem. W końcu z charakterystycznym trzaskiem zamigotała przede mną niebieskawa postać. Odebrał.
-Witaj Joff.
-Ax? W jakiej sprawie dzwonisz?
-Dobrze wiesz jakiej. Musisz coś dla mnie zrobić.- mój rozmówca westchnął ciężko.
-Więc...? Słucham.
-Masz dostęp do małej garstki informacji z życia Imperium, prawda?
-Zgadza się.- uniósł jedną brew. Zdaje się, że chyba wiedział już do czego zmierzam.
-Wiesz skąd pochodzi niejaki Shay Novablast? - Joff milczał przez długą chwilę, jednak w końcu wykrztusił z siebie słowa.
-W jednym raporcie była wzmianka skąd Wielki Lord zabrał młodzieńca i ogólnie spotkał po raz pierwszy. Poczekaj chwilkę. - odszedł od holoprojektora. Usiadłem na krześle przy panelu i znów czekałem. Po około pięciu minutach przyszedł z powrotem.
-Więc?- powiedziałem dość znużonym głosem.
-Został on odnaleziony na Ambri w sektorze Airon. Mamy podejrzenia, że pochodzi z tamtych rejonów. Jednak nie posiadamy oficjalnych danych jak i dowodów.- uśmiechnąłem się z satysfakcją słysząc te informacje.
-Świetnie! Wielkie dzięki Josff.
-Tylko pamiętaj. Nie masz tych informacji ode mnie.
-Jasna sprawa.- Przerwał połączenie. Zatarłem dłonie podekscytowany. Na każdej z planet sektoru Airon miałem swoich ludzi. To zadanie okazuje się łatwiejsze niż przypuszczałem!
-Wybacz spóźnienie Ax.- powiedział przysiadając się do mnie.
-Do rzeczy. Co mam zrobić. -mruknąłem łapiąc kontakt wzrokowy z mężczyzną.
-Na początek muszę znaleźć jak najwięcej danych na temat pewnego chłopaka.
-Na początek? Czyli to zlecenie będzie miało wiele etapów?
-Za każdy dostaniesz wynagrodzenie.- I to mi się podobało. Duży zysk.
-Więc jak wygląda ten chłopak?- człowiek wyciągnął z kieszeni mały holoprojektor. Kiedy nacisnął odpowiedni przycisk, pojawił się na nim wizerunek tego o kogo prosiłem. Zamurowało mnie. Sith. I to nie byle jaki. Uczeń Imperatora. Wiedziałem o tym tylko dla tego, że mieszkam w jednym ze światów Imperium. Akurat tam gdzie Wielki Lord pokazał się ze swym uczniem. Jednorazowo.
-Jakie informacje dokładnie mam zdobyć...?- powiedziałem już trochę z mniejszym entuzjazmem. Jednak miałem już gorsze zadania do wykonania. Z tym poradzę sobie nawet z uciętą dłonią.
-Wszystkie jakie tylko zdołasz.
-Okay... Pozostaje jeszcze kwestia wynagrodzenia...
-10 000 kredytów.- Za same informacje? W sumie czemu nie. Za to można dużo kupić.
-Zgoda.
-Gdy zdobędziesz informacje, skontaktuj się ze mną na to łącze.- powiedział dając mi kartkę. Chwyciłem ją i przeczytałem napisane na niej informacje.
-Dobrze w takim razie...- urwałem gdy podniosłem wzrok. Go już nie było. Znów spojrzałem na daną mi karteczkę z informacjami. -Jamar Daywrecker... -schowałem informacje do kieszeni i dopiłem moją brandy. Podniosłem się z miejsca i ruszyłem ku wyjściu. Czas było wziąć się za zlecenie.
Siedziałem wpatrzony w bezkres galaktyki. Setki tysięcy gwiazd migotało do mnie wesoło, a ja zastanawiałem się jak zdobędę informacje. Najlepszym sposobem byłby włam do bazy danych Imperium jednak... Nieliczni mają do niego wstęp. To odpada.
-Chociaż może....-szepnąłem sam do siebie poprzez zamyślenie.- To w ostateczności. Musi być jeszcze jakiś sposób tylko jaki...- potarłem skronie. Nic mi nie przychodziło do głowy... Jednak nagle doznałem olśnienia. Na każdej z możliwych planet, którą kiedykolwiek odwiedziłem mam dobre znajomości. Jeżeli dowiedziałbym się chociażby z jakiego sektoru pochodzi padawan Imperatora... Na Dromund Kass znałem jednego człowieka, który mógłby mi pomóc. Był w końcu moim dłużnikiem. Ale to długa historia. Postanowiłem się z nim niezwłocznie skontaktować. Ustawiłem autopilota i wstawszy z miejsca pilota przeszedłem do innego pomieszczenia mojego statku. Podszedłem do panelu komunikacji i wprowadziłem odpowiednie komendy. Czekałem. W końcu z charakterystycznym trzaskiem zamigotała przede mną niebieskawa postać. Odebrał.
-Witaj Joff.
-Ax? W jakiej sprawie dzwonisz?
-Dobrze wiesz jakiej. Musisz coś dla mnie zrobić.- mój rozmówca westchnął ciężko.
-Więc...? Słucham.
-Masz dostęp do małej garstki informacji z życia Imperium, prawda?
-Zgadza się.- uniósł jedną brew. Zdaje się, że chyba wiedział już do czego zmierzam.
-Wiesz skąd pochodzi niejaki Shay Novablast? - Joff milczał przez długą chwilę, jednak w końcu wykrztusił z siebie słowa.
-W jednym raporcie była wzmianka skąd Wielki Lord zabrał młodzieńca i ogólnie spotkał po raz pierwszy. Poczekaj chwilkę. - odszedł od holoprojektora. Usiadłem na krześle przy panelu i znów czekałem. Po około pięciu minutach przyszedł z powrotem.
-Więc?- powiedziałem dość znużonym głosem.
-Został on odnaleziony na Ambri w sektorze Airon. Mamy podejrzenia, że pochodzi z tamtych rejonów. Jednak nie posiadamy oficjalnych danych jak i dowodów.- uśmiechnąłem się z satysfakcją słysząc te informacje.
-Świetnie! Wielkie dzięki Josff.
-Tylko pamiętaj. Nie masz tych informacji ode mnie.
-Jasna sprawa.- Przerwał połączenie. Zatarłem dłonie podekscytowany. Na każdej z planet sektoru Airon miałem swoich ludzi. To zadanie okazuje się łatwiejsze niż przypuszczałem!
~Shay Novablast~
Wylądowałem na Korribanie. Czułem się upokorzony. Nienawiść do tego Jedi wzrosła we mnie, jednak nadal nie rozumiałem dlaczego mi pomógł. To wszystko nie trzymało się kupy. Teraz jednak czekał mnie najgorszy moment. Musiałem zdać raport z misji mojej Mistrzyni... Dobrze wiedziałem, że jej gniew dosięgnie mnie nawet na drugim krańcu galaktyki... Odetchnąłem głęboko. Wyszedłem ze statku podarowanego przez Jedi i ruszyłem ku akademii. Z każdą chwilą gdy zbliżałem się do niej, czułem coraz większy chłód i pustkę wewnątrz siebie. To był lęk. Jednak niczego nie dałem po sobie poznać. Stanąłem przed okazałym budynkiem. Zamknąłem na chwilę oczy. Pomyślałem o swojej porażce i upokorzeniu. Zacisnąłem dłonie w pięści. Pustka momentalnie została zastąpiona gniewem. Wkroczyłem do środka. Wszyscy akolici patrzeli na mnie z szacunkiem. Ja omiotłem ich tylko pogardliwym spojrzeniem. Wszedłem szybko na piętro po czym skierowałem się do pomieszczenia komunikacyjnego. Uczniowie nie mieli dostępu do tego pomieszczenia. Chwilę się zawahałem, jednak po chwili połączyłem się z moją Mistrzynią. Jej niebieskawa, holograficzna sylwetka zamigotała przede mną. Ukląkłem na jedno kolano.
-Witaj mój Lordzie. -powiedziałem skłaniając głowę z szacunkiem. Czułem na sobie jej przeszywający wzrok.
-Jak przebiegł atak?
-Polegliśmy. Trzy floty zostały doszczętnie zniszczone. Dwóm udało się uciec. Jednak zadaliśmy Jedi duży cios, tak jak chciałaś Lordzie.
-Dlaczego nie wróciłeś wraz z flotami?
-Byłem na jednej z flot, która została zniszczona. Nie miałem jak wrócić...
-Jednak w jakiś sposób, przybyłeś na Korriban.- ręce mi drżały. Nawet w tym momencie wyczuwałem jej potęgę.
-Uciec pomógł mi Jedi...-powiedziałem ściszonym głosem. Poczułem jak coś chwyta mnie za gardło.
-Dokładniej.- opisałem Mistrzyni dokładny przebieg, mojej potyczki z Rycerzem Światła.
-...z tego co mi wiadomo był to Mike Storm'hold...-zakończyłem. Uścisk na moim gardle zelżał. Uniosłem lekko wzrok. Wielki Lord wydawał się być zszokowany. Znów niczego nie rozumiałem.
-Wróć na Dromund Kaas wraz z jednostkami wojskowymi, dziś wieczór. Zdasz mi dokładny raport z ataku po powrocie.- przekaz został zakończony.
-Najgorsze dopiero przede mną...- szepnąłem podnosząc się.
-Witaj mój Lordzie. -powiedziałem skłaniając głowę z szacunkiem. Czułem na sobie jej przeszywający wzrok.
-Jak przebiegł atak?
-Polegliśmy. Trzy floty zostały doszczętnie zniszczone. Dwóm udało się uciec. Jednak zadaliśmy Jedi duży cios, tak jak chciałaś Lordzie.
-Dlaczego nie wróciłeś wraz z flotami?
-Byłem na jednej z flot, która została zniszczona. Nie miałem jak wrócić...
-Jednak w jakiś sposób, przybyłeś na Korriban.- ręce mi drżały. Nawet w tym momencie wyczuwałem jej potęgę.
-Uciec pomógł mi Jedi...-powiedziałem ściszonym głosem. Poczułem jak coś chwyta mnie za gardło.
-Dokładniej.- opisałem Mistrzyni dokładny przebieg, mojej potyczki z Rycerzem Światła.
-...z tego co mi wiadomo był to Mike Storm'hold...-zakończyłem. Uścisk na moim gardle zelżał. Uniosłem lekko wzrok. Wielki Lord wydawał się być zszokowany. Znów niczego nie rozumiałem.
-Wróć na Dromund Kaas wraz z jednostkami wojskowymi, dziś wieczór. Zdasz mi dokładny raport z ataku po powrocie.- przekaz został zakończony.
-Najgorsze dopiero przede mną...- szepnąłem podnosząc się.
Rozdział XLVIII
Yavin
Medytowałem w komnacie jak to zwykle robiłem o tej porze. Tym razem rozważałem nad możliwością teleportacji. Czułem że mógłbym wykonać teleportacje. Byłoby to ważnym punktem strategicznym do wygrania wojny. Polegało by to na rozsączkowaniu ciała i przechowania duszy a następnie z atomów utworzenia go ponownie w innym miejscu a następnie nadanie przechowanej duszy z powrotem.W taki sposób mógłbym także zrobić coś z niczego gdybym osiągnął tego maksimum mógłbym wykonać całe budynki a nawet planety z niczego. W jednym momencie usłyszałem ogromny huk. Nagle wszedł do mojej komnaty Dev generał mojego batalionu i Talon mój przyjaciel Jedi. Dev powiedział pierwszy:
-Imperium atakuje...
-Dokładny raport poproszę. Co się stało? Jakim cudem.-powiedziałem z zamartwieniem
-Pięć statków Imperium przyleciało a na obronie stoi tylko jeden. Floty Imperium rozpoczynają bombardowanie i także wysyłają siły powietrzne które mają na celu przywozić całe bataliony Sithów i trooperów Imperium.-oznajmił Dev
-Przygotować i poinformować resztę Yavin i poprosić o wsparcie powietrzne. Także przygotować pole siłowe. Na główne pole bitwy mają przyjść wszystkie dostępne bataliony oprócz tych które wymienie. Każda baza ma mieć jeden batalion obronny i poświęcić jeden batalion na siebie powietrzną. Dev przygotuj nasz batalion my ruszamy w powietrze. Talon ty przekażesz informacje i poprowadzisz bataliony na główne pole bitwy i przekaż że Master Yu-Ifo ma prowadzić bataliony dżunglowe. Bazy zwiadowcze nie mają pod żadnym pozorem wysyłać wojska i dawać znaki życia jedyne co mają robić to przygotować kamuflaż i być w gotowości. Każdy wie co ma robić. To super do roboty.
-Tak jest-odpowiedzieli chórem. Szybko wybiegłem i od razu zobaczyłem przewalone budynki i martwe ciała. Było to straszne. Jednak nie mogłem ich wskrzesić gdyż nie mogłem aż tak tego nad używać to wy także zaburzało równowagę. Ruszyłem więc dalej i wsiadłem w myśliwiec. Uruchomiłem go i połączyłem się z moim batalionem. Powiedziałem:
-Naszym zadaniem jest niszczenie statków przewożących całe bataliony a flot nie atakować póki posiłki się nie pojawią.
-Przyjęte-odpowiedzieli
-To ruszamy-oznajmiłem. Wyleciałem w powietrze i mimo iż szło nam dobrze to nieliczne statki przelatywały a to i tak było za dużo w powietrzu byliśmy już bezradni więc ja i część batalionu wróciliśmy na Yavin lecz od razu na część głównego pola bitwy wylądowałem niedaleko Talona walczącego. Imperium nas przewyższało. Wyszedłem ze statku i ruszyłem w głąb batalionu. Na moment się wyciszyłem. Domyśliłem się że floty mogą jeszcze 20 razy więcej ich przesłać a my już ledwo sobie radziliśmy sobie. Musiałem coś z tym zrobić. Ponownie się wyciszyłem i wyciągnąłem pierw jedną rękę w stronę jednej floty i drugą rękę w stronę drugiej floty. Następnie chwyciłem je obie jednocześnie i przysunąłem do siebie nawzajem i spowodowałem kolizje statków. Dwa statki z głowy. Teraz musiałem się trochę zająć batalionami na ziemi. Wybiegłem przed batalion i zrobiłem wokół siebie tymczasową osłonę z mocy po czym wyciągnąłem rękę i dosłownie zgniotłem cały batalion w proch. Jednak po tym jak przeciwnicy zobaczyli moje możliwości następny batalion rzucił się cały na mnie bym nie mógł tego ponownie zrobić. Faktycznie byłem zmuszony wyjąć miecz i się jedynie się skupić na reflektowaniu strzał jednym mieczem. Nie mogłem jednak jedynie wiecznie stać i odbijać ataki musiałem ruszyć. Więc pobiegłem prosto w batalion i zacząłem wycinać wszystkich przeciwników którzy byli bezlitośni wobec wszystkich jednak ja chciałem im dać szanse ale atakując i zabijając moich przyjaciół sami zadecydowali o swym losie. A los to był marny. Kiedy znalazłem się w środku batalionu zacząłem szybciej wywijać mieczem a po pewnym czasie włączyłem drugi miecz. Po długim czasie wielu ich nie zostało wtedy szybko wszystkich położyłem na ziemi a następnie chwyciłem za gardło by potem im odpuścić i wziąć ich później jako jeńców. Walka dalej trwała obrona była udana lecz nie byłem z tego dumny widząc te wszystkie martwe ciała . Gdy ja ruszyłem na batalion Talon słusznie wziął to za sygnał do ataku i przycisnął razem z swym batalionem. Podczas naszej wojny tu posiłki przyleciały i statków Imperialnych było już tylko dwa. I o dziwo dawali sygnały do wycofania się a wojska naziemne nadal pchały atak. Flot niestety nie
udało się zatrzymać mimo pomocy mojej i mojego batalionu gdyż zaraz po opanowanej sytuacji lądowej ruszyliśmy w powietrze pomóc. Natomiast o dziwo siły naziemne były zdezorientowane ucieczką flot i zostały uwięzione na planecie republiki nie mieli nawet najmniejszych szans. Wróciłem na ziemie i kontynuowałem atak godzinami gdy doszła mnie nowina że zaatakowali naszą świątynie. Atak był zmasowany a szkody masakryczne. Przybyłem za późno. Kiedy ja tam się znalazłem akurat jedna wieża świątynie sie załamała na ziemie. Same martwe ciała. To jeszcze nie był koniec walki lecz mojej pomocy już nie potrzebowali ja przeszukiwałem martwe ciała Jedi z świątyni którzy zginęli w wyniku obrony. Nagle zobaczyłem straszny widok ciało mojej mistrzyni Shaak-Tii leżące obok Macea Windo. Oboje martwi leżącymi przed drzwiami. Chciałem ich ożywić lecz oni oboje mi srogo zabronili. Wypełniła mnie rozpacz, smutek i gniew. Wszystkie strzały które mnie mijały na polu bitwy. Ciała niewinne tam leżące. Huki i strzały. Dym unoszący się. Ruiny. I ich ciała to było za wiele. Jednak znalazłem w sobie moc by się uspokoić i zebrać myśli i ich ciała. Okazało się że zginęli broniąc wielu padawanów którym udało się przeżyć. Oni się poświęcili. To byli prawdziwi Jedi. Wyszedłem przed ruiny świątyni a tam już stali medycy i straż. To był koniec wojny. Wygraliśmy lecz nie dumnie. W dali w dżungli zobaczyłem ciemną postać. Zaczęła uciekać. Długo mi nie zajęło zanim dogoniłem ją. Kiedy byłem przy nim byłem już pewien, to był Sith. Szybko uniosłem dłoń i chwyciłem go mocą a by go osłabić wystrzeliłem z czubków palców minimalną ilość prądu lecz nie na tyle mocną by go zabić. Nie dałem się ponieść moich emocji i chwytając go nadal w powietrzu zapytałem:
-Kim jesteś i czemu uciekasz. Masz powiedzieć wszystko-wyczułem w nic lekki lęk lecz starał się to zakryć swą nasyconą nienawiścią którą aż iskrzył.
-Myślisz że ci odpowiem parszywy kundlu-prychnął z arogancją. Jednak ja na spokojnie tylko troszkę mocniej go ścisnąłem.
-Okej,okej...-wykrzyczał-Mam na imię Shay... I jestem akolitą samego imperatora jej potęgi możesz tylko pozazdrościć-odpowiedział z arogancją jednak kryła się w nim skrucha. Wtedy się zamyśliłem. To był akolita Cobrans...Nie widziałem jej od lat. Jednak to ona musiała dać rozkaz ataku co nasycało mnie złością lecz ją szybko eliminowałem. Moc mi podpowiadała że jest jej padawanem kiedy go znalazłem ale nie wierzyłem...Rozluźniłem mój uchwyt w wyniku zamyślenia a jednak on to wykorzystał i się na mnie rzucił z mieczem. Otworzyłem szybko miecz i broniłem się przed jego atakami. Był istnym mistrzem walki. W powietrzu rozbłysły zielone i czerwone promienie. Na początku zgrabnie odpierałem szybkie ataki z mocnym natężeniem. Użyłem formy Makashi by rozgryźć jego styl walki i by nadążać za atakami ale to nie był problem gdyż kiedy ja walczę przeważnie tępo jest nawet szybsze bo tak przeważnie walczyłem. Zaraz po przeszedłem do formy Soresu by zgrabnie przejść w mój ulubiony styl ataru i przeciwnika wykończyć. Kiedy padł uniosłem go w powietrze i przemówiłem:
-Shay...Nie będę nawet próbował cie przekonać do jasnej strony bo wiem że to nie zadziała ale...-w tym momencie bezczelnie mi przerwał i powiedział:
-No co ty-jednak przemilczałem to i kontynuowałem jakby nigdy nic:
-Ale dam ci statek z wystarczającą ilością paliwa do Korriban. Nie próbuj niczego bo jak spróbujesz to się źle dla ciebie skończy a teraz uciekaj-powiedziałem rozluźniając go i podając datapad. Shay był zdziwiony i oszołomiony ale posłuchał się i ruszył do podanej lokalizacji statku. Patrzałem jak powoli oddalał się tyłem a następnie zniknął w zaroślach. Ja za to ruszyłem z powrotem do świątyni. Gdy tam dotarłem ciała były wyjęte a świątynia podczas oceniania szkód i naprawy. Wśród ciał było wiele padawanów i moja kochana mistrzyni którą wielbiłem całym sercem i nie mogłem sobie wybaczyć i Mace który był dla mnie drugim ojcem teraz już żadnego nie miałem. Łzy uroniły mi się w oczach zapowiadała się długa ceremonia i pogrzeb jednak nadal będę z nimi rozmawiał jednak w inny sposób. Co jakiś czas będę się z nimi łączył poprzez medytacje. Pomogłem następnie opatrzyć rannych a wśród nich zobaczyłem dzielną Marcjanne. Była ciężko ranna i potrzebowała natychmiastowej pomocy lecz już wtedy nic jej nie groziło a ja rozpocząłem uzdrawianie. Niedługo po reszta mojej ekipy przyszła. Reszta moich przyjaciół z którymi byłem od zawsze. Moja rodzina...
Medytowałem w komnacie jak to zwykle robiłem o tej porze. Tym razem rozważałem nad możliwością teleportacji. Czułem że mógłbym wykonać teleportacje. Byłoby to ważnym punktem strategicznym do wygrania wojny. Polegało by to na rozsączkowaniu ciała i przechowania duszy a następnie z atomów utworzenia go ponownie w innym miejscu a następnie nadanie przechowanej duszy z powrotem.W taki sposób mógłbym także zrobić coś z niczego gdybym osiągnął tego maksimum mógłbym wykonać całe budynki a nawet planety z niczego. W jednym momencie usłyszałem ogromny huk. Nagle wszedł do mojej komnaty Dev generał mojego batalionu i Talon mój przyjaciel Jedi. Dev powiedział pierwszy:
-Imperium atakuje...
-Dokładny raport poproszę. Co się stało? Jakim cudem.-powiedziałem z zamartwieniem
-Pięć statków Imperium przyleciało a na obronie stoi tylko jeden. Floty Imperium rozpoczynają bombardowanie i także wysyłają siły powietrzne które mają na celu przywozić całe bataliony Sithów i trooperów Imperium.-oznajmił Dev
-Przygotować i poinformować resztę Yavin i poprosić o wsparcie powietrzne. Także przygotować pole siłowe. Na główne pole bitwy mają przyjść wszystkie dostępne bataliony oprócz tych które wymienie. Każda baza ma mieć jeden batalion obronny i poświęcić jeden batalion na siebie powietrzną. Dev przygotuj nasz batalion my ruszamy w powietrze. Talon ty przekażesz informacje i poprowadzisz bataliony na główne pole bitwy i przekaż że Master Yu-Ifo ma prowadzić bataliony dżunglowe. Bazy zwiadowcze nie mają pod żadnym pozorem wysyłać wojska i dawać znaki życia jedyne co mają robić to przygotować kamuflaż i być w gotowości. Każdy wie co ma robić. To super do roboty.
-Tak jest-odpowiedzieli chórem. Szybko wybiegłem i od razu zobaczyłem przewalone budynki i martwe ciała. Było to straszne. Jednak nie mogłem ich wskrzesić gdyż nie mogłem aż tak tego nad używać to wy także zaburzało równowagę. Ruszyłem więc dalej i wsiadłem w myśliwiec. Uruchomiłem go i połączyłem się z moim batalionem. Powiedziałem:
-Naszym zadaniem jest niszczenie statków przewożących całe bataliony a flot nie atakować póki posiłki się nie pojawią.
-Przyjęte-odpowiedzieli
-To ruszamy-oznajmiłem. Wyleciałem w powietrze i mimo iż szło nam dobrze to nieliczne statki przelatywały a to i tak było za dużo w powietrzu byliśmy już bezradni więc ja i część batalionu wróciliśmy na Yavin lecz od razu na część głównego pola bitwy wylądowałem niedaleko Talona walczącego. Imperium nas przewyższało. Wyszedłem ze statku i ruszyłem w głąb batalionu. Na moment się wyciszyłem. Domyśliłem się że floty mogą jeszcze 20 razy więcej ich przesłać a my już ledwo sobie radziliśmy sobie. Musiałem coś z tym zrobić. Ponownie się wyciszyłem i wyciągnąłem pierw jedną rękę w stronę jednej floty i drugą rękę w stronę drugiej floty. Następnie chwyciłem je obie jednocześnie i przysunąłem do siebie nawzajem i spowodowałem kolizje statków. Dwa statki z głowy. Teraz musiałem się trochę zająć batalionami na ziemi. Wybiegłem przed batalion i zrobiłem wokół siebie tymczasową osłonę z mocy po czym wyciągnąłem rękę i dosłownie zgniotłem cały batalion w proch. Jednak po tym jak przeciwnicy zobaczyli moje możliwości następny batalion rzucił się cały na mnie bym nie mógł tego ponownie zrobić. Faktycznie byłem zmuszony wyjąć miecz i się jedynie się skupić na reflektowaniu strzał jednym mieczem. Nie mogłem jednak jedynie wiecznie stać i odbijać ataki musiałem ruszyć. Więc pobiegłem prosto w batalion i zacząłem wycinać wszystkich przeciwników którzy byli bezlitośni wobec wszystkich jednak ja chciałem im dać szanse ale atakując i zabijając moich przyjaciół sami zadecydowali o swym losie. A los to był marny. Kiedy znalazłem się w środku batalionu zacząłem szybciej wywijać mieczem a po pewnym czasie włączyłem drugi miecz. Po długim czasie wielu ich nie zostało wtedy szybko wszystkich położyłem na ziemi a następnie chwyciłem za gardło by potem im odpuścić i wziąć ich później jako jeńców. Walka dalej trwała obrona była udana lecz nie byłem z tego dumny widząc te wszystkie martwe ciała . Gdy ja ruszyłem na batalion Talon słusznie wziął to za sygnał do ataku i przycisnął razem z swym batalionem. Podczas naszej wojny tu posiłki przyleciały i statków Imperialnych było już tylko dwa. I o dziwo dawali sygnały do wycofania się a wojska naziemne nadal pchały atak. Flot niestety nie
udało się zatrzymać mimo pomocy mojej i mojego batalionu gdyż zaraz po opanowanej sytuacji lądowej ruszyliśmy w powietrze pomóc. Natomiast o dziwo siły naziemne były zdezorientowane ucieczką flot i zostały uwięzione na planecie republiki nie mieli nawet najmniejszych szans. Wróciłem na ziemie i kontynuowałem atak godzinami gdy doszła mnie nowina że zaatakowali naszą świątynie. Atak był zmasowany a szkody masakryczne. Przybyłem za późno. Kiedy ja tam się znalazłem akurat jedna wieża świątynie sie załamała na ziemie. Same martwe ciała. To jeszcze nie był koniec walki lecz mojej pomocy już nie potrzebowali ja przeszukiwałem martwe ciała Jedi z świątyni którzy zginęli w wyniku obrony. Nagle zobaczyłem straszny widok ciało mojej mistrzyni Shaak-Tii leżące obok Macea Windo. Oboje martwi leżącymi przed drzwiami. Chciałem ich ożywić lecz oni oboje mi srogo zabronili. Wypełniła mnie rozpacz, smutek i gniew. Wszystkie strzały które mnie mijały na polu bitwy. Ciała niewinne tam leżące. Huki i strzały. Dym unoszący się. Ruiny. I ich ciała to było za wiele. Jednak znalazłem w sobie moc by się uspokoić i zebrać myśli i ich ciała. Okazało się że zginęli broniąc wielu padawanów którym udało się przeżyć. Oni się poświęcili. To byli prawdziwi Jedi. Wyszedłem przed ruiny świątyni a tam już stali medycy i straż. To był koniec wojny. Wygraliśmy lecz nie dumnie. W dali w dżungli zobaczyłem ciemną postać. Zaczęła uciekać. Długo mi nie zajęło zanim dogoniłem ją. Kiedy byłem przy nim byłem już pewien, to był Sith. Szybko uniosłem dłoń i chwyciłem go mocą a by go osłabić wystrzeliłem z czubków palców minimalną ilość prądu lecz nie na tyle mocną by go zabić. Nie dałem się ponieść moich emocji i chwytając go nadal w powietrzu zapytałem:
-Kim jesteś i czemu uciekasz. Masz powiedzieć wszystko-wyczułem w nic lekki lęk lecz starał się to zakryć swą nasyconą nienawiścią którą aż iskrzył.
-Myślisz że ci odpowiem parszywy kundlu-prychnął z arogancją. Jednak ja na spokojnie tylko troszkę mocniej go ścisnąłem.
-Okej,okej...-wykrzyczał-Mam na imię Shay... I jestem akolitą samego imperatora jej potęgi możesz tylko pozazdrościć-odpowiedział z arogancją jednak kryła się w nim skrucha. Wtedy się zamyśliłem. To był akolita Cobrans...Nie widziałem jej od lat. Jednak to ona musiała dać rozkaz ataku co nasycało mnie złością lecz ją szybko eliminowałem. Moc mi podpowiadała że jest jej padawanem kiedy go znalazłem ale nie wierzyłem...Rozluźniłem mój uchwyt w wyniku zamyślenia a jednak on to wykorzystał i się na mnie rzucił z mieczem. Otworzyłem szybko miecz i broniłem się przed jego atakami. Był istnym mistrzem walki. W powietrzu rozbłysły zielone i czerwone promienie. Na początku zgrabnie odpierałem szybkie ataki z mocnym natężeniem. Użyłem formy Makashi by rozgryźć jego styl walki i by nadążać za atakami ale to nie był problem gdyż kiedy ja walczę przeważnie tępo jest nawet szybsze bo tak przeważnie walczyłem. Zaraz po przeszedłem do formy Soresu by zgrabnie przejść w mój ulubiony styl ataru i przeciwnika wykończyć. Kiedy padł uniosłem go w powietrze i przemówiłem:
-Shay...Nie będę nawet próbował cie przekonać do jasnej strony bo wiem że to nie zadziała ale...-w tym momencie bezczelnie mi przerwał i powiedział:
-No co ty-jednak przemilczałem to i kontynuowałem jakby nigdy nic:
-Ale dam ci statek z wystarczającą ilością paliwa do Korriban. Nie próbuj niczego bo jak spróbujesz to się źle dla ciebie skończy a teraz uciekaj-powiedziałem rozluźniając go i podając datapad. Shay był zdziwiony i oszołomiony ale posłuchał się i ruszył do podanej lokalizacji statku. Patrzałem jak powoli oddalał się tyłem a następnie zniknął w zaroślach. Ja za to ruszyłem z powrotem do świątyni. Gdy tam dotarłem ciała były wyjęte a świątynia podczas oceniania szkód i naprawy. Wśród ciał było wiele padawanów i moja kochana mistrzyni którą wielbiłem całym sercem i nie mogłem sobie wybaczyć i Mace który był dla mnie drugim ojcem teraz już żadnego nie miałem. Łzy uroniły mi się w oczach zapowiadała się długa ceremonia i pogrzeb jednak nadal będę z nimi rozmawiał jednak w inny sposób. Co jakiś czas będę się z nimi łączył poprzez medytacje. Pomogłem następnie opatrzyć rannych a wśród nich zobaczyłem dzielną Marcjanne. Była ciężko ranna i potrzebowała natychmiastowej pomocy lecz już wtedy nic jej nie groziło a ja rozpocząłem uzdrawianie. Niedługo po reszta mojej ekipy przyszła. Reszta moich przyjaciół z którymi byłem od zawsze. Moja rodzina...
wtorek, 16 września 2014
Rozdział XLVII
~Cobrans Mirach~
Stałam z założonymi za plecy rękami na balkonie mojej cytadeli, spoglądając na moje Imperium. Odetchnęłam głęboko. W powietrzu czuć było zapach wyładowań elektrycznych wiecznie nawiedzających Dromund Kaas. Było piękne... Idealne... Musiało zostać zrównane z ziemią aby móc się na nowo odrodzić w nowym lepszym wydaniu. Pod tym względem mogłam być wdzięczna Republice jednak... Jednak ja nie okazuję wdzięczności, ani też łaski. Nie miałam zamiaru im tego podarować. Miałam plan, który zasadniczo mogłabym wykonać sama... W sumie nawet siejąc większe zniszczenie... Na przykład doszczętnie wyniszczając jedną z ich cenniejszych planet sprawiając, że każdy jej mieszkaniec ginął podczas dość długiego procesu męczarni, doprowadzając w końcu do zniszczenia planety... Jednak każda planeta może okazać się cenna. Kiedyś kiedy Imperium przejmie większość galaktyki i zepchnie Republikę w kąt, każda planeta, która jest pełna, różnych cennych surowców jest przydatna. Dlatego nie opłaca mi się puki co żadnej niszczyć. Poza tym co to za zabawa bez użycia pionków zwanymi inaczej żołnierzami. Kiedyś jednak użyję swojej mocy aby zagarnąć kawał galaktyki dla siebie, ale jeszcze nie dziś.... Z zamyślenia wyrwał mnie łoskot o metal. Ktoś pukał do drzwi.
-Wejść.- powiedziałam oschłym tonem wychodząc z balkonu. W pomieszczeniu do którego weszłam panował półmrok jednak ja wszystko widziałam doskonale.
-Witaj mój Lordzie... Wzywałaś mnie...- dość niski głos przerwał ciszę. Postać, która jeszcze chwile temu stała, teraz klękała przede mną.
-Chcę abyś poszedł ze mną na zebranie Mrocznej Rady. - przeszłam od razu do sedna.
-To będzie dla mnie zaszczyt mój Lordzie...- wyczułam jego spięcie. -A... Co planujesz Lordzie...?-spytał niepewnym jak i lekko drżącym głosem. Takie momenty jak ten zwykle sprawiały, że na mojej twarzy pojawiał się jeden z całej gamy potwornych uśmiechów.
-Dowiesz się w odpowiednim czasie... Zdradzę Ci tylko, że wyślę cię na nową misję.- Shay podniósł na mnie wzrok. W jego oczach było widać porywisty błysk. Najwidoczniej nie mógł się już doczekać.- Możesz już odejść.- Dodałam po chwili odwracając się do niego plecami i wracając z powrotem na balkon. Po chwili wyczułam, że opuścił pokój, co potwierdził zgrzyt zamykających się automatycznie drzwi. Znów skupiłam się na otaczającym mnie krajobrazie. Wzięłam duży wdech po czym powoli wypuściłam powietrze. Zbierało się na deszcz, w powietrzu czuć było wodę wiszącą nad głowami. Jednak mi to nie przeszkadzało. Zamknęłam oczy i nasłuchiwałam. Zawiał zimny wiatr, który otulił moją twarz swoim podmuchem. Otworzyłam gwałtownie oczy. Ostatni raz omiotłam wysokie, szpiczaste jaki i kanciaste budynki wzrokiem po czym weszłam pośpiesznie do środka.
***
W pomieszczeniu panował prawie całkowity mrok. Gdy tylko weszłam do środka zawiało chłodem. Niektórzy zadrżeli. Co jakiś czas pomieszczenie rozjaśniały błyski błyskawic wpadające przez oszklony dach wysoko nad naszymi głowami. Zajęłam moje miejsce na podwyższeniu. Shay, który cały czas za mną podążał stanął u mojego boku. Dwanaście par oczu było skierowanych w moją stronę. Dwanaście osób, którym ufałam. Dwanaście osób, których zdolności pomagały mi w moich planach. Po mojej prawej stronie siedział główny przedstawiciel mrocznej rady- Darth Vindar. Kolejno dalej siedzieli Darth Moxil, Darth Solix, Darth Vol- jeden z dwóch zabraków- Darth Heris, Darth Nasi. Darth Nasi był najmłodszym jak i najnowszym członkiem mrocznej rady. Za dawnych czasów był on Jedi- miraluką. Co sprawiało, że nie pałałam do niego wielkim zaufaniem. Jednakże jego zdolności taktyczne ogromnie mi się przydawały. Dalej siedzieli: Darth Ku'sor- jedyny przedstawiciel rasy Sith w radzie- Darth Xarox, Darth Kuz- drugi z dwóch zabraków- Darth Asha, Darth La'ros- twi'lekanka- oraz Darth Elis.
-Witaj Wielki Lordzie.- Vindar przerwał krótką ciszę. Wszyscy w tym momencie skłonili z szacunkiem głowy.
-Zapewne pamiętacie zeszłoroczny atak na naszą stolicę.- jak zawsze od razu przeszłam do rzeczy. Nie miało sensu owijać tego w bawełnę.- Republika jak i Jedi muszą nam za to zapłacić. Tym razem nie chodzi o to aby wygrać... Chodzi o to aby zadać im mocny cios, który by ich osłabił.-podniosłam się energicznie z miejsca.- Pokażmy im, że Imperium znów powstało! Zarządzam atak na Yavin!
-Wejść.- powiedziałam oschłym tonem wychodząc z balkonu. W pomieszczeniu do którego weszłam panował półmrok jednak ja wszystko widziałam doskonale.
-Witaj mój Lordzie... Wzywałaś mnie...- dość niski głos przerwał ciszę. Postać, która jeszcze chwile temu stała, teraz klękała przede mną.
-Chcę abyś poszedł ze mną na zebranie Mrocznej Rady. - przeszłam od razu do sedna.
-To będzie dla mnie zaszczyt mój Lordzie...- wyczułam jego spięcie. -A... Co planujesz Lordzie...?-spytał niepewnym jak i lekko drżącym głosem. Takie momenty jak ten zwykle sprawiały, że na mojej twarzy pojawiał się jeden z całej gamy potwornych uśmiechów.
-Dowiesz się w odpowiednim czasie... Zdradzę Ci tylko, że wyślę cię na nową misję.- Shay podniósł na mnie wzrok. W jego oczach było widać porywisty błysk. Najwidoczniej nie mógł się już doczekać.- Możesz już odejść.- Dodałam po chwili odwracając się do niego plecami i wracając z powrotem na balkon. Po chwili wyczułam, że opuścił pokój, co potwierdził zgrzyt zamykających się automatycznie drzwi. Znów skupiłam się na otaczającym mnie krajobrazie. Wzięłam duży wdech po czym powoli wypuściłam powietrze. Zbierało się na deszcz, w powietrzu czuć było wodę wiszącą nad głowami. Jednak mi to nie przeszkadzało. Zamknęłam oczy i nasłuchiwałam. Zawiał zimny wiatr, który otulił moją twarz swoim podmuchem. Otworzyłam gwałtownie oczy. Ostatni raz omiotłam wysokie, szpiczaste jaki i kanciaste budynki wzrokiem po czym weszłam pośpiesznie do środka.
***
W pomieszczeniu panował prawie całkowity mrok. Gdy tylko weszłam do środka zawiało chłodem. Niektórzy zadrżeli. Co jakiś czas pomieszczenie rozjaśniały błyski błyskawic wpadające przez oszklony dach wysoko nad naszymi głowami. Zajęłam moje miejsce na podwyższeniu. Shay, który cały czas za mną podążał stanął u mojego boku. Dwanaście par oczu było skierowanych w moją stronę. Dwanaście osób, którym ufałam. Dwanaście osób, których zdolności pomagały mi w moich planach. Po mojej prawej stronie siedział główny przedstawiciel mrocznej rady- Darth Vindar. Kolejno dalej siedzieli Darth Moxil, Darth Solix, Darth Vol- jeden z dwóch zabraków- Darth Heris, Darth Nasi. Darth Nasi był najmłodszym jak i najnowszym członkiem mrocznej rady. Za dawnych czasów był on Jedi- miraluką. Co sprawiało, że nie pałałam do niego wielkim zaufaniem. Jednakże jego zdolności taktyczne ogromnie mi się przydawały. Dalej siedzieli: Darth Ku'sor- jedyny przedstawiciel rasy Sith w radzie- Darth Xarox, Darth Kuz- drugi z dwóch zabraków- Darth Asha, Darth La'ros- twi'lekanka- oraz Darth Elis.
-Witaj Wielki Lordzie.- Vindar przerwał krótką ciszę. Wszyscy w tym momencie skłonili z szacunkiem głowy.
-Zapewne pamiętacie zeszłoroczny atak na naszą stolicę.- jak zawsze od razu przeszłam do rzeczy. Nie miało sensu owijać tego w bawełnę.- Republika jak i Jedi muszą nam za to zapłacić. Tym razem nie chodzi o to aby wygrać... Chodzi o to aby zadać im mocny cios, który by ich osłabił.-podniosłam się energicznie z miejsca.- Pokażmy im, że Imperium znów powstało! Zarządzam atak na Yavin!
niedziela, 14 września 2014
Rozdział XLVI
~Mike Storm'hold~
Yavin
Właśnie wstałem od kolejnej długiej medytacji i zagłębiania sie w mocy w mojej komnacie gdy nagle z nikąd poczyłem...Poczułem iż już byłem gotowy by odnaleźć swoją ekipe ponownie. Potrzebowałem tego czasu dzięki temu mogłem zapanować nad swojimi emocjami i także urosłem w potęge lecz w pozytywnym sensie tym razem. Gdybym chciał to bym mógł z łatwością wyniszczyć całą cywilizacje a nawet całe planety lecz nie zrobił bym tego... Byłem gotowy więc szybkim żwawym krokiem w strone mojej floty którą dostałem od republiki. Także miałem własny batalion.
W republice za moją sprawą powstały wielkie zmieny. Republika sie wzbogaciła, była potężniejsza, lepsza. Także nastąpiły zmiany w zasadach. Doświadczeni i zaufani jedi mogli być zamężni. Także jedi mogli zabić w ostateczności jeśli wróg był bardzo potężny nie trzeba było ko pokonywać a następnie aresztowany. Zrobiłem to dla bezpieczeństwa innych. Za dużo było przypadków że więzień
a następnie mścił sie na innych. Lecz tylko uprawnieni mogli zabić i to było jedynie wprzypadku ostateczności. Zanim sie obejrzałem flota już była w przestrzeni. Ruszyłem do mojego pokoju i zacząłem medytować by odnaleźć pierw Jilla. Wyczułem go na Nar Shadzie. Uronił na mojej twarzy sie uśmiech i stwierdziłem "gdzie inndziej?". Moge i sie zabawić brakowało mi tego mruknąłem do siebie. Ze mną siedzieli padawani na statku byli już starsi i byli już pełnymi jedi i ich także odmładzałem bo potrzebowali tego.
Nar Shaada
Oczywiście zastałem go w kantinie. Tej nocy sie zabawiłem. Podeszłem do Jilla sięgnąłem po drinka i zaczeliśmy tańczyć do naszych ulubionych rytmów. Rano z ogromnym kacem wstałem i wyszedłem z hotelu by sie orzeźwić. Troche czasu po mnie Jill wyszedł z hotelu razem z jakąś kobietą. Kojarzyłem ją. Następnie Jill zaczął:
-To jest...
-Zanah...- przerwałem mu
-Mike-odpowiedziała kobieta
-Znacie sie?-zapytał Jill
-Odsuń sie to jest lord sithów-oznajmiłem trzymając miecz
-Zmieniłam sie-krzykneła
-To moja dziewczyna-powiedział Jill
-Mów-powiedziałem do Zanaah odkładając miecz.
-Już nie jestem Jill mnie oświecił. Daj mi szanse wejź mnie na statek i zaufaj. Albo sprawdź mnie mocą. Wiem że jesteś na tyle potężny.
-A jak wogóle żyjesz jedynie ja i Cobrans posiadamy moc odmładzania-zapytałem
-Najwidoczniej jestem trzecia-powiedziała
-Dobrze ufam ci-nie wyczuwałem w niej zła lub złych intencji.
-Czekaj ty byłaś sithem-powiedział Jill
-Dobra obgadamy to na statku bo mamy jeszcze dużo osób do odebrania-powiedziałem
Felucia
Krocząc po Felucji w pewnym krokiem szukałem Juli i Marcjanny... Długi czas minął ale je znalazłem Julia sie zmieniła była bardziej pewna siebie stała sie sprawniejsza fizycznie i bardzo elastyczna prawdo podobnie Marcjanna jej potazała. Marcjanna jak zafsze w krótkich obcisłych umożliwiających jej dużej elastyczności i prędkości. Koszulka jak zawsze z odsłonientym brzuchem. Lecz ubiór Juli sie zmienił kroczyła w długiej sukni z wieloma warstwami lecz mogła wykonywać elastyczne ruchy. Tęskniłem za moją żoną i moją przyjaciółką. Wyszukałem je mocą łatwo i znalazłem ją w grocie oczekując mnie. Były pewne że dziś przybęde. For-Dor był na swojej rodzinnej planecie Kashyyk. Jeszce jedynie musiałem odszukać paru przyjaciół. JM przygotowywał nas na kolejny lot. Został nam już tylko jak my go nazywaliśmy chemik. Polecieliśmy i odnaleźliśmy go lecz nie chciał być już w to wkrencony spowrotem gdyż miał już żone i dzieci. Rozumieliśmy go i po pogaduszkach i herbacie pożegnaliśmy sie i ruszyliśmy na flocie moi padawani już ćwiczyli a ja ruszyłem na hungar gdzie był nasz sratek bo Jill chciał sprawdzić stan i stan okazał sie dobry. Niedługo po oprowadziłem ich po flocie i skoczyliśmy w hiper przestrzeń. Pierw wszyscy polecieliśmy na Corusant a następnie na Yavin i tam zostaliśmy na troche dłużej gdyż padawani chcieli zsiąść i zostać natomiast ja poszedłem porozmawiać z ostatnimi poza mną i moją ekipą legendarnymi jedi czyli Shaak-Tii i Mace których także odmładzałem lecz podczas naszej rozmowy naruszyli ten temat i poprosili mnie bym pozwolił im odejść i zaprzestał ich odmładzać a jak zginą to nie odżywiać bo to już natura. Trzeba im pozwilić odejść bo inni przyjną na ich miejsce. Lecz o siebie miałem dbać i nadal odmładzac sie i swoich przyjaciół. Gdyż byłem innym potrzebny. I miała racje. I tak uczyniłem. Obiecałem że dotrzymam ich prośby a o siebie i ekipe będe walczył i będziemy obrońcami galaktyki...
Yavin
Właśnie wstałem od kolejnej długiej medytacji i zagłębiania sie w mocy w mojej komnacie gdy nagle z nikąd poczyłem...Poczułem iż już byłem gotowy by odnaleźć swoją ekipe ponownie. Potrzebowałem tego czasu dzięki temu mogłem zapanować nad swojimi emocjami i także urosłem w potęge lecz w pozytywnym sensie tym razem. Gdybym chciał to bym mógł z łatwością wyniszczyć całą cywilizacje a nawet całe planety lecz nie zrobił bym tego... Byłem gotowy więc szybkim żwawym krokiem w strone mojej floty którą dostałem od republiki. Także miałem własny batalion.
W republice za moją sprawą powstały wielkie zmieny. Republika sie wzbogaciła, była potężniejsza, lepsza. Także nastąpiły zmiany w zasadach. Doświadczeni i zaufani jedi mogli być zamężni. Także jedi mogli zabić w ostateczności jeśli wróg był bardzo potężny nie trzeba było ko pokonywać a następnie aresztowany. Zrobiłem to dla bezpieczeństwa innych. Za dużo było przypadków że więzień
a następnie mścił sie na innych. Lecz tylko uprawnieni mogli zabić i to było jedynie wprzypadku ostateczności. Zanim sie obejrzałem flota już była w przestrzeni. Ruszyłem do mojego pokoju i zacząłem medytować by odnaleźć pierw Jilla. Wyczułem go na Nar Shadzie. Uronił na mojej twarzy sie uśmiech i stwierdziłem "gdzie inndziej?". Moge i sie zabawić brakowało mi tego mruknąłem do siebie. Ze mną siedzieli padawani na statku byli już starsi i byli już pełnymi jedi i ich także odmładzałem bo potrzebowali tego.
Nar Shaada
Oczywiście zastałem go w kantinie. Tej nocy sie zabawiłem. Podeszłem do Jilla sięgnąłem po drinka i zaczeliśmy tańczyć do naszych ulubionych rytmów. Rano z ogromnym kacem wstałem i wyszedłem z hotelu by sie orzeźwić. Troche czasu po mnie Jill wyszedł z hotelu razem z jakąś kobietą. Kojarzyłem ją. Następnie Jill zaczął:
-To jest...
-Zanah...- przerwałem mu
-Mike-odpowiedziała kobieta
-Znacie sie?-zapytał Jill
-Odsuń sie to jest lord sithów-oznajmiłem trzymając miecz
-Zmieniłam sie-krzykneła
-To moja dziewczyna-powiedział Jill
-Mów-powiedziałem do Zanaah odkładając miecz.
-Już nie jestem Jill mnie oświecił. Daj mi szanse wejź mnie na statek i zaufaj. Albo sprawdź mnie mocą. Wiem że jesteś na tyle potężny.
-A jak wogóle żyjesz jedynie ja i Cobrans posiadamy moc odmładzania-zapytałem
-Najwidoczniej jestem trzecia-powiedziała
-Dobrze ufam ci-nie wyczuwałem w niej zła lub złych intencji.
-Czekaj ty byłaś sithem-powiedział Jill
-Dobra obgadamy to na statku bo mamy jeszcze dużo osób do odebrania-powiedziałem
Felucia
Krocząc po Felucji w pewnym krokiem szukałem Juli i Marcjanny... Długi czas minął ale je znalazłem Julia sie zmieniła była bardziej pewna siebie stała sie sprawniejsza fizycznie i bardzo elastyczna prawdo podobnie Marcjanna jej potazała. Marcjanna jak zafsze w krótkich obcisłych umożliwiających jej dużej elastyczności i prędkości. Koszulka jak zawsze z odsłonientym brzuchem. Lecz ubiór Juli sie zmienił kroczyła w długiej sukni z wieloma warstwami lecz mogła wykonywać elastyczne ruchy. Tęskniłem za moją żoną i moją przyjaciółką. Wyszukałem je mocą łatwo i znalazłem ją w grocie oczekując mnie. Były pewne że dziś przybęde. For-Dor był na swojej rodzinnej planecie Kashyyk. Jeszce jedynie musiałem odszukać paru przyjaciół. JM przygotowywał nas na kolejny lot. Został nam już tylko jak my go nazywaliśmy chemik. Polecieliśmy i odnaleźliśmy go lecz nie chciał być już w to wkrencony spowrotem gdyż miał już żone i dzieci. Rozumieliśmy go i po pogaduszkach i herbacie pożegnaliśmy sie i ruszyliśmy na flocie moi padawani już ćwiczyli a ja ruszyłem na hungar gdzie był nasz sratek bo Jill chciał sprawdzić stan i stan okazał sie dobry. Niedługo po oprowadziłem ich po flocie i skoczyliśmy w hiper przestrzeń. Pierw wszyscy polecieliśmy na Corusant a następnie na Yavin i tam zostaliśmy na troche dłużej gdyż padawani chcieli zsiąść i zostać natomiast ja poszedłem porozmawiać z ostatnimi poza mną i moją ekipą legendarnymi jedi czyli Shaak-Tii i Mace których także odmładzałem lecz podczas naszej rozmowy naruszyli ten temat i poprosili mnie bym pozwolił im odejść i zaprzestał ich odmładzać a jak zginą to nie odżywiać bo to już natura. Trzeba im pozwilić odejść bo inni przyjną na ich miejsce. Lecz o siebie miałem dbać i nadal odmładzac sie i swoich przyjaciół. Gdyż byłem innym potrzebny. I miała racje. I tak uczyniłem. Obiecałem że dotrzymam ich prośby a o siebie i ekipe będe walczył i będziemy obrońcami galaktyki...
niedziela, 7 września 2014
Rozdział XLV
~Darth Nasi~
Rok później...
Usiadłem na środku pokoju przeznaczonego do medytacji. Panował tam półmrok.
Jedynie kilka punktów rozjaśniało pomieszczenie. Przestałem zwracać uwagę na
obrazy otoczenia pojawiające się w moim umyślę. Pogrążyłem się w medytacyjnym
transie. Poczułem jak żar wypełnia moje ciało, a potęga otula mnie niczym koc.
Mój oddech stał się płytki i z chwili na chwilę przyśpieszał coraz bardziej. W
moim umyśle utworzyła się wizja. Pierwsza odkąd porzuciłem ścieżkę Jedi.
Zadrżałem, wyrywając się z medytacyjnego transu. Ta cała wizja... To były
urywki różnych scen... Potrząsnąłem głową.
-Nie ważne...-warknąłem pod nosem i podniosłem się ociężale. Poprawiłem skórzaną opaskę zasłaniającą moje oczodoły i ruszyłem ku wyjściu z pomieszczenia. Dzisiaj nie miałem praktycznie niczego ważnego do roboty. Postanowiłem się przejść po Kaas City i znów obejrzeć je w całej okazałości po zeszłorocznym ataku. Jednak ja nie mieszkałem w stolicy Dromund Kaas, tylko w innym z miast, które jeszcze nie powstało do końca z ruin. Jednakże moja cytadela stała w pełnej okazałości. Wyszedłem przed budynek i z pomocą mocy omiotłem wzrokiem cały plac budowy. Jednak plac to zbyt skromnie powiedziane. Moja cytadela znajdowała się na wzniesieniu skąd miałem widok na całe miasto. Niektóre budynki były już w fazie wykończeniowej, jednak znaczna większość dopiero była zaczynana. Westchnąłem cicho i ruszyłem w kierunku mojego prywatnego transportu.
Pojazd wylądował w pobliżu cytadeli Imperatora oraz siedziby Mrocznej Rady, do której z resztą należałem. Często zastanawiał mnie fakt, dlaczego się tam dostałem. Teraz skład Mrocznej Rady wybierał Imperator. Obsadzał tam swoich najbardziej zaufanych ludzi. Co ciekawe, ja do nich nie należałem. Prawdopodobnie prawdy nigdy się nie dowiem. Ogólnie organy władzy zostały trochę przekształcone. Imperator ma władze absolutną. Decyduje praktycznie o wszystkim. Mroczna Rada dostaje wszelkie zadania i decyzje do podjęcia, jednak nim zostaną potwierdzone Wielki Lord, pierw sprawdza czy mu odpowiadają. Rada pełni funkcje- przynajmniej według mnie- doradców. Raz na jakiś czas, Rada ma zaszczyt spotkać się z Lordem twarzą w twarz, kiedy to on zwołuje zebranie. Jednak ja nigdy nie widziałem jeszcze Imperatora. Wiem o nim tyle, że nazywa się Lord Cobrans. Słyszałem również pogłoski- a może to też jest prawda- że żyje już od czasów Darnt Bane’a i, że był on jej mistrzem. Idąc cały czas przed siebie z pomocą mocy, rejestrowałem każdy szczegół miasta. Usłyszałem kolejny już z rzędu grzmot pioruna. Ktoś popchnął mnie nagle. Zachwiałem się. Nie odwracając się, zarejestrowałem fakt, że ten, kto to zrobił ucieka. Chwyciłem go za gardło w zabójczym uścisku mocy. Często bawił mnie fakt, że ludzie myślą, że skoro jestem Miraluką to ich nie zobaczę.
-Wybacz Mój Lordzie…- Twillek’anka -niewolnica- wykrztusiła płaczliwym głosem walcząc o powietrze. Na mojej twarzy zawitał grymas. Zacisnąłem mocniej uścisk na jej szyi. Błękitne oczy wręcz wyszły jej z orbit, a zielonkawa skóra, przybrała purpurowy odcień. Puściłem ją w końcu, a ta upadła ciężko na podłoże kaszląc ciężko i łapczywie łykając powietrze. Zrobiłem to tylko dlatego, że ubrana była w rodowe kolory Dartha Xaroxa- innego z przedstawicieli Mrocznej Rady. Odwróciłem się i odszedłem. Podejrzewam, że ona tak naprawdę nie uciekała, jednak to nie jest teraz istotne. Ogólnie mieszkańcy Imperium nie żyli w ciągłym lęku, przed Sithami. Żyło im się bardzo dobrze. Nawet nie mieli tego poczucia, że żyją pod władzą Lordów. Rzadko kiedy na nich wpadali. W sumie o to chodziło. Mniej buntów, więcej sprzymierzeńców. Wysokie budowle całkowicie przysłoniły horyzont. Od razu moją uwagę przykuł budynek o trzech ostrych zakończeniach. Mieściła się tam siedziba ponownie przywróconego od czasów Starej Republiki wywiadu agentów Imperialnych. Dostarczali oni wielu cennych dla Imperium informacji oraz wykonywali wiele zadań typu wyeliminowanie kogoś. Osobiście cieszę się, że zostali przywróceni. Zawiał chłodny wiatr. Wokół zapadła cisza. Pora było wracać.
„-Atak!....
-Nie ważne...-warknąłem pod nosem i podniosłem się ociężale. Poprawiłem skórzaną opaskę zasłaniającą moje oczodoły i ruszyłem ku wyjściu z pomieszczenia. Dzisiaj nie miałem praktycznie niczego ważnego do roboty. Postanowiłem się przejść po Kaas City i znów obejrzeć je w całej okazałości po zeszłorocznym ataku. Jednak ja nie mieszkałem w stolicy Dromund Kaas, tylko w innym z miast, które jeszcze nie powstało do końca z ruin. Jednakże moja cytadela stała w pełnej okazałości. Wyszedłem przed budynek i z pomocą mocy omiotłem wzrokiem cały plac budowy. Jednak plac to zbyt skromnie powiedziane. Moja cytadela znajdowała się na wzniesieniu skąd miałem widok na całe miasto. Niektóre budynki były już w fazie wykończeniowej, jednak znaczna większość dopiero była zaczynana. Westchnąłem cicho i ruszyłem w kierunku mojego prywatnego transportu.
Pojazd wylądował w pobliżu cytadeli Imperatora oraz siedziby Mrocznej Rady, do której z resztą należałem. Często zastanawiał mnie fakt, dlaczego się tam dostałem. Teraz skład Mrocznej Rady wybierał Imperator. Obsadzał tam swoich najbardziej zaufanych ludzi. Co ciekawe, ja do nich nie należałem. Prawdopodobnie prawdy nigdy się nie dowiem. Ogólnie organy władzy zostały trochę przekształcone. Imperator ma władze absolutną. Decyduje praktycznie o wszystkim. Mroczna Rada dostaje wszelkie zadania i decyzje do podjęcia, jednak nim zostaną potwierdzone Wielki Lord, pierw sprawdza czy mu odpowiadają. Rada pełni funkcje- przynajmniej według mnie- doradców. Raz na jakiś czas, Rada ma zaszczyt spotkać się z Lordem twarzą w twarz, kiedy to on zwołuje zebranie. Jednak ja nigdy nie widziałem jeszcze Imperatora. Wiem o nim tyle, że nazywa się Lord Cobrans. Słyszałem również pogłoski- a może to też jest prawda- że żyje już od czasów Darnt Bane’a i, że był on jej mistrzem. Idąc cały czas przed siebie z pomocą mocy, rejestrowałem każdy szczegół miasta. Usłyszałem kolejny już z rzędu grzmot pioruna. Ktoś popchnął mnie nagle. Zachwiałem się. Nie odwracając się, zarejestrowałem fakt, że ten, kto to zrobił ucieka. Chwyciłem go za gardło w zabójczym uścisku mocy. Często bawił mnie fakt, że ludzie myślą, że skoro jestem Miraluką to ich nie zobaczę.
-Wybacz Mój Lordzie…- Twillek’anka -niewolnica- wykrztusiła płaczliwym głosem walcząc o powietrze. Na mojej twarzy zawitał grymas. Zacisnąłem mocniej uścisk na jej szyi. Błękitne oczy wręcz wyszły jej z orbit, a zielonkawa skóra, przybrała purpurowy odcień. Puściłem ją w końcu, a ta upadła ciężko na podłoże kaszląc ciężko i łapczywie łykając powietrze. Zrobiłem to tylko dlatego, że ubrana była w rodowe kolory Dartha Xaroxa- innego z przedstawicieli Mrocznej Rady. Odwróciłem się i odszedłem. Podejrzewam, że ona tak naprawdę nie uciekała, jednak to nie jest teraz istotne. Ogólnie mieszkańcy Imperium nie żyli w ciągłym lęku, przed Sithami. Żyło im się bardzo dobrze. Nawet nie mieli tego poczucia, że żyją pod władzą Lordów. Rzadko kiedy na nich wpadali. W sumie o to chodziło. Mniej buntów, więcej sprzymierzeńców. Wysokie budowle całkowicie przysłoniły horyzont. Od razu moją uwagę przykuł budynek o trzech ostrych zakończeniach. Mieściła się tam siedziba ponownie przywróconego od czasów Starej Republiki wywiadu agentów Imperialnych. Dostarczali oni wielu cennych dla Imperium informacji oraz wykonywali wiele zadań typu wyeliminowanie kogoś. Osobiście cieszę się, że zostali przywróceni. Zawiał chłodny wiatr. Wokół zapadła cisza. Pora było wracać.
„-Atak!....
–Przybyłam po to co mi odebraliście….
-Jasu… Już Ci nie będę mógł pomóc.
Nadszedł mój koniec. Podejmuj mądre,
przemyślane decyzje, ale przede wszystkim, słuchaj głosu serca.
-Mistrzu… Ja nie podołam… Boje się…
-Dasz radę Jasu. Wieżę w Ciebie…”
-Mistrzu… Ja nie podołam… Boje się…
-Dasz radę Jasu. Wieżę w Ciebie…”
poniedziałek, 18 sierpnia 2014
Rozdział XLIV
~Kira~
Nar Shaddaa
Następnego ranka, wstałam z ogromnym bólem głowy, pół naga w moim statku. Podniosłam się z łóżka, odziałam się i następnie wychodząc z pokoju ruszyłam do pokoju sterowniczego gdzie Elsa już mnie oczekiwała. Słaba i zmęczona obijając sie o ściany weszłam do kabiny gdzie Volltreffer i Elsa już siedzieli i debatowali a obok ich leżał wyłączony przerobiony przezemnie droid którego Elsa zwała "Rozwałką". Usiadłam kołonich i przez mgłe pamiętając poprzedni dzień powiedziałam:
-Co?
-Ale co, co?
-No co, no co było wczoraj że nic nie pamiętam-powiedziałam łapiąc sie za głowe
-Troche sie upiliśmy ale Elsa nas znalazła pod cantiną i zabrałą na statek.-zaczął Volltreffer
-Aha a gdzie teraz lecimy?-zapytałam się patrząc przez Elsi ramie na panel strerowniczy.
-No jak to gdzie odebrać naszą nagrode Volltrefera podwieziemy na Dromund Kass i zostawimy go tam na noc a my polecimy na Hutte i wrócimy po niego następnego dnia.
-Jak to następnego dnia-krzyknęłąm
-Kira-zaczął Volltreffer- myśle że tworzymy zgraną drużyne i moglibyśmy działać razem.
-O nie, nie, nie, nie, nie ja działam solo tak dobrze nam razem idzie ale nie.
-Pomyśl o tym, to może być szansa na coś nowego
-Nie wiem jestem jeszcze za mało trzeźwa chyba na taką decyzje.
W tym momęcie wyszłam z komory z frustracją.
Dortmund Kass
Przez całą podróż nie odzywałam sie do nich ale namyśliłam się. Zachowałam się źle Volltreffer to dobry człowiek i dobrze mi sie z nim pracuje i musiałam mu dać szanse ale obawiałam się że jest za późno. Szybko wybiegłam z statku i wbiegłam do hungaru z Kass city zobaczyłam w oddali Volltreffera zbirzającego sie ku wyjściu szybko co sił w nogach pobiegłam do niego po czym jak dobiegłam powiedziałam zadyszana:
-Volt, zobaczymy sie jutro przylece po ciebie-W tym momęcie mina Volltreffera rozpogodziła sie i zobaczyłam uśmiech godny poświęcenia życiowego motto które i tak było naruszone przez Else i droida bojowego. Szybko przytuliłam Vollta i porzegnafszy się wróciłam na statek. Teraz nadchodził czas na Hutte
Hutta
Wyszłam ze statku na starą dobrą hutte. Następnie ruszyłam w strone pałacu Hutty. Krocząc szybkim tępem ustalałam minimalną sume obok mnie kroczyła Elsa która miała się potem rozdzielić i pójść na bazar by kupić paliwo jedzenie i inne niezbędne rzeczy tam także miałyśmy sie spotkać po moim spotkaniu z Huttem by wydać troche kredytów. Wchodząc do pałacu zobaczyłam liczną ilość strarzy prawdopodobnie po pewnym ataku przez gang który był wyeliminowany w zeszłym roku lecz w wyniku ataku zgineło 3 przedstawicieli Huttów i teraz nie mieli zamiaru ryzykować. W momęcie gdy wszedłam do sali zobaczyłam tradycyjnie Hutta na tronie, tłumacza, tancerki i liczną ilość bouty hunterów. Podeszłam do Hutta który wabił sie Xelsom
i kłaniając się powiedziałam:
-Zadanie wykonane...
-Gun ta hu sa na fa gotem-powiedział Xelsom the Hutt
-Dobrze oto twoja nagroda-powiedziałą tłuczka podając skrzynke z pieniędzmi. Było dużo, BARDZO dużo więcej niż sie spodziewałam więc stwierdziłam, że skoro taki hojny to może da więcej. Więc zaczełąm:
-Oj ale nie za mało ja tu sie z tym Jedi tak namęczyłam że taka nagroda to nic trzeba dopłacić.
-Faka lu maka apa su dum pa-Wykrzyknął Xelsom
-Lord jest bardzo obużony zapłycił wysoką stawke i jedynie może dożucić jego jednogo z najlepszych żołnierzy.-W tym momęcie wyjełam pistolet i w niego wymierzyłam. Wtedy wszyscy wymierzyli we mnie.
-Rzucić broń albo strzele!!!-krzyknęłam
-Res pu do ilo, res pu do ilo-wykrzyknął z przerażeniu
-Puścić broń-krzyknęła tłumaczka
-Masz mi dać więcej kredytów albo dołączysz do swojich przodków
-Fa la me suku kaisa hun-prychnął
-Nic mi nie zrobisz bo oni cie zastrzelą-przetłumaczyła tłumaczka
-Ah tak-wtedy zmieniłam kurs blastera wyjełam drugi i wyeliminowałam każdego po koleji obrońce Hutta. Wtedy znów w niego wymierzyłam i ponownie powiedziałam:
-Ale nie za mało ja sie tu namęczyłam wiec-wtedy zaczęłam ostrzej-pakować tu szmal albo tobie łep odstrzele.
-Po lu lu!!! Po lu lu!!!
-Pakować, pakować wszystko-powiedziała tłumaczka. Zaraz po tym zapakowali kredyty i wyszłam z pałacu z pośpiechem. Lecz przed pałacem czekał na mnie nie znajomy mi do tąd Kaleesh z elektro pałką.
-A ktoś ty?-powiedziałam. Lecz po chwili.
-Nie-powiedziałąm w zdzwieniu-Nie to nie możliwe Melsof!!!-Był to mój stary przyjaciel ja, Elsa i Melsof razem laraliśmy i bawiliśmy sie. Na jego twarzy pojawił sie uśmiech.
-Dałaś tam czadu Kira-powiedział- Jak to ty zawsze.Podbiegłam uściskałam go i w drodze na bazar wszystko mu opowiedziałam. Na bazarze spodkał sie z Elsą i skoro już tylu ludzi mam na statku to tego jednego nie zaszkodziło zabrać. Razem ruszyliśmy na statek i przesiedzieliśmy całą noc obgadując życie nareszcie pustka która wypełniała mnie od paru lat zniknęła. Byłam radosna i czułą się spełniona...
czwartek, 7 sierpnia 2014
Rozdział XLIII
~Volltreffer~
Minął zaledwie miesiąc od ataku Republiki na Dromund Kaas, a już widać było, że Imperium podnosi się z gruzów. Kiedy rządy przejął nowy Imperator od razu widać było poprawę. Wszystko było takie... Bardziej zorganizowane.Jednak mimo faktu, że pozornie wszyscy byli zajęci podnoszeniem gruzów i tak miałem pełne ręce roboty w mojej branży. Jako Agent Imperialny zazwyczaj dostawałem zadania aby wyeliminować od kłopotliwych senatorów, zdradzieckich Imperialnych Moffów, po krwiożerczych rebeliantów z Republikańskimi powiązaniami. Tak samo moja jak i innych agentów wierność wobec imperium była niepodważalna.
-Rozumiem. Do usłyszenia.- odparłem zakańczając rozmowę z jednym z moich informatorów. Lubiłem takie dni jak ten kiedy to cenne informacje wpadały w moje ręce. Podszedłem do holoprojektora stojącego na środku pokoju. Ustawiłem odpowiednie łącza i podjąłem próbę nawiązania kontaktu. Projektor zaczął wydawać dźwięki trzasku, a przed moim obliczem ukazała się postać, której zawsze przekazywałem informacje- obserwator sześć. Również jak ja znajdował się na Dromund Kaas.
-Mów.- powiedział szorstkim tonem.
-Odkryłem tożsamość jak i miejsce kryjówki ostatniego z trzech szpiegów. Nazywa się Ulan Cish i jest Jedi. Ukrywa się on w starym magazynie na Nar Shaadzie.- Obserwator nie odezwał się przez długą chwilę. Zapanowała cisza. Jedyne co dało się słyszeć to trzask zakłóceń.
-Zlikwiduj go.- odezwał się wreszcie po czym rozmowa się zakończyła. Odetchnąłem głęboko. Nie lubiłem nigdy Nar Shaady. Zbyt łatwo dało się tam wpaść w centrum uwagi. Jednak... Dla Imperium wszystko.
Zdecydowałem się wybrać sam. Nie lubiłem zbytnio pracować w grupie, inni zazwyczaj mi zawadzali. Podczas dość długiego lotu na Nar Shaade, dokładnie przebadałem plany magazynu w którym ukrywa się Ulan. Rzecz jasna, że oczywiście pracowałem pod przykrywką. Przyleciałem na Imprezową planetę pierwszym promem z Kaas. Ubrany byłem w strój zwykłego mieszkańca: brązowe spodnie, czarna koszulka i czarna kurtka. Pod spodem jednak miałem ubraną kuloodporną zbroję. Kiedy tylko prom wylądował wyskoczyłem z niego jako pierwszy i szybkim krokiem (przechodząc wszelkie odprawy) ruszyłem ku wyjściu z kosmoportu. Teraz bardzo liczył się dla mnie czas. Musiałem dostać się do magazynu przed powrotem Jedi. Na szczęście droga tam nie była długa. Jakieś pięć minut drogi. Starając się trzymać cienia, zacząłem przedzierać się przez tłum. Gwar i łoskot spowodowany rozmowami setki osób oraz przejeżdżającymi co chwila autami dudnił mi w uszach przyprawiając mnie o ból głowy. Przeklęta planeta. Te wszystkie neony. Ten gwar. Po prostu doprowadzał mnie do szału. Odetchnąłem z ulgą widząc już na horyzoncie cel mojej podróży. Spojrzałem na zegar wyświetlający się na jednym z budynków. Miałem jeszcze 10 minut. Przyśpieszyłem. Po chwili intensywnego marszu znalazłem się u celu. Rozejrzałem się dokładnie sprawdzając kilkakrotnie czy nikogo nie ma w pobliżu. Kiedy zyskałem w końcu pewność wyjąłem ukryty pod moim strojem pistolet z harpunem. Wystrzeliłem go w górę, a ten zaczepił się o dach. Pociągnąłem line sprawdzając czy dobrze się trzyma. Znów się rozejrzałem. Pusto. Pusto. Przycisnąłem guzik z boku pistoletu. Linka zaczęła się zwijać. Kiedy znalazłem się na odpowiedniej wysokości puściłem się wskakując do środka przez wybite pewnie przed laty okno. Wylądowałem miękko, jednak czułem, że konstrukcja nie jest najstabilniejsza. Znajdowałem się na pierwszym piętrze, jednak była tam specjalnie zrobiona dziura do obserwacji piętra niżej. Ostrożnie stąpając przeszedłem we wcześniej wyznaczone przez siebie miejsce. Wyciągnąłem kilka pochowanych części. Zacząłem je szybko i zręcznie skręcać, dzięki czemu powstał pistolet snajperski. Położyłem się na ziemi i wycelowałem. Pozostało czekać.
Jest! Miałem go na celowniku.
-Jeszcze chwila... Jeszcze sekunda...-szeptałem do siebie, aż w końcu pociągnąłem za spust. Jednak... Nie! Ktoś wystrzelił w moją stronę. Pocisk minął mnie minimalnie. Jednak... Spudłowałem. Pierwszy raz w życiu! Zakląłem pod nosem i odrzuciłem broń. Wyjąłem za to mniejszy pistolet i wyskoczyłem zza barierki i wylądowałem na parterze. Jedi uciekał. Jednak ktoś wystrzelił w jego stronę siatkę i związał mu nogi.
-Co do?- potrząsnąłem głową. Musiałem się skupić na zadaniu. Zacząłem biec do Ulana. Lecz nie tylko ja. Kobieta. Łowczyni Nagród. Jedi zdążył się wyswobodzić z więzów. Oboje zaczęliśmy do niego strzelać, jednak ten zręcznie odbijał nasze strzały. Trzeba było jakoś temu zaradzić. Unikając odbitych strzałów zbliżyłem się nieznacznie do kobiety, kiedy ta wystrzeliła w stronę naszego przeciwnika rakietę.
-Kim jesteś?!- krzyknąłem do niej poprzez wybuch. Jedi ledwo go uniknął. Został lekko ranny w lewe ramię.
-Kim ja jestem?! Kim ty jesteś?! I czemu chcesz mi zabrać moją nagrodę?!- wyjąłem z kieszeni granaty odłamkowe i rzuciłem je w przeciwnika. Nie miał dokąd uciec. Z jego obydwu stron wybuchły granaty. Nie zdążył wyskoczyć. Krzyknął z bólu. Jednak nadal się trzymał.
-Wiesz, w sumie może wyjaśnijmy sobie wszystko później...- powiedziałem nie spuszczając wzroku z Jedi.- Lepiej najpierw go wykończmy.- Skinęła głową na znak zgody. Cish cisnął w nas mieczem świetlnym. Wyskoczyłem w górę robiąc unik. Ostrze minimalnie mnie wyminęło. Co można było jeszcze zrobić...? Wiem! Na nadgarstku miałem mały komputer. Wersja kieszonkowa jak ja to nazywam. Nacisnąłem szybko kilka przycisków. Przede mną rozwinęło się pole ochronne. Kobieta cały czas atakowała Jedi różnymi rakietami, strzałami i miotaczem płomieni przypalając mu skórę twarzy. Był zmęczony. Szybko wyciągnąłem z kieszeni przedłużenie od pistoletu. Dzięki temu strzał miał większą moc. Moja towarzyszka odwróciła jego uwagę to dało i idealną okazję. Strzeliłem mu w dłoń dzięki czemu wypadł mu z ręki miecz świetlny. Kolejny strzał oddałem w jego ścięgno Achillesa. Był uziemiony. Chyba, że znał techniki leczenia mocą. Dla tego trzeba było to zakończyć teraz. Widziałem ból w jego oczach. Uniósł mocą starą żelazną skrzynię i cisnął nią w kobietę, ta jednak wskoczyła na nią i wybiła się. Złapała się za wiszący na suficie łańcuch i poleciała za plecy Jedi. Popędziłem przed jego oblicze. Oboje mieliśmy wymierzone w niego blastery. Próbował coś jeszcze działać. Chciał przyciągnąć do siebie miecz jednak zareagowałem szybko i przygniotłem mu butem rękę. Usłyszałem w tamtym momencie chrzęst kości. Spojrzałem na kobietę. W tym samym momencie wystrzeliliśmy.
-Jestem Kira.- przedstawiła się podając mi rękę.
-Volltreffer. Miło mi poznać.- uścisnąłem jej dłoń. Przyjrzała się mi uważnie.
-Nie wyglądasz na łowcę nagród... Ani też na przemytnika... Jesteś Agentem Imperialnym?- wzdrygnąłem się. Tak łatwo mnie przejrzała!
-Skąd to wiesz?
-To już mało istotne. Ale spokojnie, nikomu nie powiem. Raczej.- zaśmiała się. Jak tak dłużej myślę o tym całym zajściu to Kira była pierwszą osobą z którą tak dobrze mi się pracowało. Może by warto było zacząć z nią współpracę...?
-To co teraz?
-Może pójdźmy uczcić naszą wygraną! W końcu jesteśmy na imprezowej planecie.
-Zgoda.- uśmiechnąłem się lekko. Ciężko mi było odmówić. Nie lubiłem imprez. W prawdzie marzyłem aby tylko się stąd wyrwać jednak...
-To chodź.- pociągnęła mnie za sobą.
-Rozumiem. Do usłyszenia.- odparłem zakańczając rozmowę z jednym z moich informatorów. Lubiłem takie dni jak ten kiedy to cenne informacje wpadały w moje ręce. Podszedłem do holoprojektora stojącego na środku pokoju. Ustawiłem odpowiednie łącza i podjąłem próbę nawiązania kontaktu. Projektor zaczął wydawać dźwięki trzasku, a przed moim obliczem ukazała się postać, której zawsze przekazywałem informacje- obserwator sześć. Również jak ja znajdował się na Dromund Kaas.
-Mów.- powiedział szorstkim tonem.
-Odkryłem tożsamość jak i miejsce kryjówki ostatniego z trzech szpiegów. Nazywa się Ulan Cish i jest Jedi. Ukrywa się on w starym magazynie na Nar Shaadzie.- Obserwator nie odezwał się przez długą chwilę. Zapanowała cisza. Jedyne co dało się słyszeć to trzask zakłóceń.
-Zlikwiduj go.- odezwał się wreszcie po czym rozmowa się zakończyła. Odetchnąłem głęboko. Nie lubiłem nigdy Nar Shaady. Zbyt łatwo dało się tam wpaść w centrum uwagi. Jednak... Dla Imperium wszystko.
Zdecydowałem się wybrać sam. Nie lubiłem zbytnio pracować w grupie, inni zazwyczaj mi zawadzali. Podczas dość długiego lotu na Nar Shaade, dokładnie przebadałem plany magazynu w którym ukrywa się Ulan. Rzecz jasna, że oczywiście pracowałem pod przykrywką. Przyleciałem na Imprezową planetę pierwszym promem z Kaas. Ubrany byłem w strój zwykłego mieszkańca: brązowe spodnie, czarna koszulka i czarna kurtka. Pod spodem jednak miałem ubraną kuloodporną zbroję. Kiedy tylko prom wylądował wyskoczyłem z niego jako pierwszy i szybkim krokiem (przechodząc wszelkie odprawy) ruszyłem ku wyjściu z kosmoportu. Teraz bardzo liczył się dla mnie czas. Musiałem dostać się do magazynu przed powrotem Jedi. Na szczęście droga tam nie była długa. Jakieś pięć minut drogi. Starając się trzymać cienia, zacząłem przedzierać się przez tłum. Gwar i łoskot spowodowany rozmowami setki osób oraz przejeżdżającymi co chwila autami dudnił mi w uszach przyprawiając mnie o ból głowy. Przeklęta planeta. Te wszystkie neony. Ten gwar. Po prostu doprowadzał mnie do szału. Odetchnąłem z ulgą widząc już na horyzoncie cel mojej podróży. Spojrzałem na zegar wyświetlający się na jednym z budynków. Miałem jeszcze 10 minut. Przyśpieszyłem. Po chwili intensywnego marszu znalazłem się u celu. Rozejrzałem się dokładnie sprawdzając kilkakrotnie czy nikogo nie ma w pobliżu. Kiedy zyskałem w końcu pewność wyjąłem ukryty pod moim strojem pistolet z harpunem. Wystrzeliłem go w górę, a ten zaczepił się o dach. Pociągnąłem line sprawdzając czy dobrze się trzyma. Znów się rozejrzałem. Pusto. Pusto. Przycisnąłem guzik z boku pistoletu. Linka zaczęła się zwijać. Kiedy znalazłem się na odpowiedniej wysokości puściłem się wskakując do środka przez wybite pewnie przed laty okno. Wylądowałem miękko, jednak czułem, że konstrukcja nie jest najstabilniejsza. Znajdowałem się na pierwszym piętrze, jednak była tam specjalnie zrobiona dziura do obserwacji piętra niżej. Ostrożnie stąpając przeszedłem we wcześniej wyznaczone przez siebie miejsce. Wyciągnąłem kilka pochowanych części. Zacząłem je szybko i zręcznie skręcać, dzięki czemu powstał pistolet snajperski. Położyłem się na ziemi i wycelowałem. Pozostało czekać.
Jest! Miałem go na celowniku.
-Jeszcze chwila... Jeszcze sekunda...-szeptałem do siebie, aż w końcu pociągnąłem za spust. Jednak... Nie! Ktoś wystrzelił w moją stronę. Pocisk minął mnie minimalnie. Jednak... Spudłowałem. Pierwszy raz w życiu! Zakląłem pod nosem i odrzuciłem broń. Wyjąłem za to mniejszy pistolet i wyskoczyłem zza barierki i wylądowałem na parterze. Jedi uciekał. Jednak ktoś wystrzelił w jego stronę siatkę i związał mu nogi.
-Co do?- potrząsnąłem głową. Musiałem się skupić na zadaniu. Zacząłem biec do Ulana. Lecz nie tylko ja. Kobieta. Łowczyni Nagród. Jedi zdążył się wyswobodzić z więzów. Oboje zaczęliśmy do niego strzelać, jednak ten zręcznie odbijał nasze strzały. Trzeba było jakoś temu zaradzić. Unikając odbitych strzałów zbliżyłem się nieznacznie do kobiety, kiedy ta wystrzeliła w stronę naszego przeciwnika rakietę.
-Kim jesteś?!- krzyknąłem do niej poprzez wybuch. Jedi ledwo go uniknął. Został lekko ranny w lewe ramię.
-Kim ja jestem?! Kim ty jesteś?! I czemu chcesz mi zabrać moją nagrodę?!- wyjąłem z kieszeni granaty odłamkowe i rzuciłem je w przeciwnika. Nie miał dokąd uciec. Z jego obydwu stron wybuchły granaty. Nie zdążył wyskoczyć. Krzyknął z bólu. Jednak nadal się trzymał.
-Wiesz, w sumie może wyjaśnijmy sobie wszystko później...- powiedziałem nie spuszczając wzroku z Jedi.- Lepiej najpierw go wykończmy.- Skinęła głową na znak zgody. Cish cisnął w nas mieczem świetlnym. Wyskoczyłem w górę robiąc unik. Ostrze minimalnie mnie wyminęło. Co można było jeszcze zrobić...? Wiem! Na nadgarstku miałem mały komputer. Wersja kieszonkowa jak ja to nazywam. Nacisnąłem szybko kilka przycisków. Przede mną rozwinęło się pole ochronne. Kobieta cały czas atakowała Jedi różnymi rakietami, strzałami i miotaczem płomieni przypalając mu skórę twarzy. Był zmęczony. Szybko wyciągnąłem z kieszeni przedłużenie od pistoletu. Dzięki temu strzał miał większą moc. Moja towarzyszka odwróciła jego uwagę to dało i idealną okazję. Strzeliłem mu w dłoń dzięki czemu wypadł mu z ręki miecz świetlny. Kolejny strzał oddałem w jego ścięgno Achillesa. Był uziemiony. Chyba, że znał techniki leczenia mocą. Dla tego trzeba było to zakończyć teraz. Widziałem ból w jego oczach. Uniósł mocą starą żelazną skrzynię i cisnął nią w kobietę, ta jednak wskoczyła na nią i wybiła się. Złapała się za wiszący na suficie łańcuch i poleciała za plecy Jedi. Popędziłem przed jego oblicze. Oboje mieliśmy wymierzone w niego blastery. Próbował coś jeszcze działać. Chciał przyciągnąć do siebie miecz jednak zareagowałem szybko i przygniotłem mu butem rękę. Usłyszałem w tamtym momencie chrzęst kości. Spojrzałem na kobietę. W tym samym momencie wystrzeliliśmy.
-Jestem Kira.- przedstawiła się podając mi rękę.
-Volltreffer. Miło mi poznać.- uścisnąłem jej dłoń. Przyjrzała się mi uważnie.
-Nie wyglądasz na łowcę nagród... Ani też na przemytnika... Jesteś Agentem Imperialnym?- wzdrygnąłem się. Tak łatwo mnie przejrzała!
-Skąd to wiesz?
-To już mało istotne. Ale spokojnie, nikomu nie powiem. Raczej.- zaśmiała się. Jak tak dłużej myślę o tym całym zajściu to Kira była pierwszą osobą z którą tak dobrze mi się pracowało. Może by warto było zacząć z nią współpracę...?
-To co teraz?
-Może pójdźmy uczcić naszą wygraną! W końcu jesteśmy na imprezowej planecie.
-Zgoda.- uśmiechnąłem się lekko. Ciężko mi było odmówić. Nie lubiłem imprez. W prawdzie marzyłem aby tylko się stąd wyrwać jednak...
-To chodź.- pociągnęła mnie za sobą.
sobota, 28 czerwca 2014
Rozdział XLII
~Kira~
Statek
Długo mi zajeło zanim odnalazłam Sitha który na dał mi tą misje lecz nie przelał pieniędzy lecz gdy znalazłam jego flote to był jego koniec. Dużo mi przelatywało przez myśl lecz najwięcej myślałam o tym co zrobię jeśli nie zapłaci mi. Nie ujdzie mu to na sucho. Lecz z drugiej strony wiedziałam że napewno będzie tam dużo żołnierzy i obrońców. Schodząc ze statku eskortowała mnie grupa imperialistów dobrze uzbrojonych. Na mostku zastałam go odwrócony do mnie powiedział:
-Witam cie...
-No witaj, słuchaj gościu-powiedziałam podchodząc do niego z blasterem lecz wtedy wszyscy wymierzyli we mnie- chce mojej kasy inaczej...
-Inaczej co zabijesz mnie na mojim statku-odpowiedział z ironicznie
- A żebyś wiedział-odpowiedziałam wyjmując blaster i strzelając w strone truperów wtedy rzuciłam bąbe dymną i włączając noktowizory zaczełam zabijać truperów. Gdy para opadła zobaczyłam jedynie Sitha stojącego. Krzyknęłam do niego
-I co zapłacisz mi teraz.
-Nie bo zawiodłaś w misji Mike nie jest już Sithem.
-To znaczy że był co oznacza że swoje wykonąłam i ty zawiodłeś.
-Dobrze zapłace ci połowe stawki.
-Nie mam zamiaru tu sie dłużej z tobą negocjować, wiem że masz więcej. -wtedy wyjełam blaster i rozpętała się walka. Lecz po momęcie odepchnął mnie i wyjmując granat od wykrzyknął:
-Co ty robisz to wysadzi cały mostek!!!
-Nie tylko szybe-wtedy rzuciłam to w strone szyb. Gdy szyby sie wysadziły ja się przytrzymałam poręczy a on poleciał w przestrzeń zaraz potem zamknęła sie szyba a ja ruszyłam w strone banku flotowego. Z tamtąt zabrałam tyle ile się dało i wróciłam na statek z spokojem. Wchodząc na statek usłyszałam alarm więc szybko weszłam i opuściłam flote. Ruszyłam na Nar Shade gdyż chciałam przerobić mojego drojida z typu tłumacza na tym do walki. Potrzebowałam części...
Nar Shada
Wkroczają na handel podszedłem do stanowiska które miało najlepsze części. Stała przy nim odwrócona kobieta.
-Eghem...
-Słucham- powiedziała kobieta odwracając się- Kira!!!!- powiedziała nagle radośnie.
-Elsa!!!- odkrzyknęłam-Boże dawno się niewidzialiśmy.
-No jak ci się powodzi-zapytałam
-Dobrze jak widzisz mam własny interes-odpowiedziała. Rozmawialiśmy tak długo. Elsa to była moja dobra przyjaciółka która pewnego dnia została wzięta w niewole przez republike. Jednak najwidoczniej udało jej sie uciec. Wcześniej były próby uratowania jej lecz byłam wtedy za słaba. Elsa, Syn Fo i ja byliśmy zgraną ekipą i byliśmy niepowstrzymani. Syn Fo wyglądał jak wielki zabrak lecz miał charakterystyczne cechy także innych ras więc niewiadomo jaka rasa to. Syn był bardzo wysoki i roznpbudowany. Walczył elektro pałką i specjalizował się w rzucie sztyletem. Zaproponowałam Elsie byśmy snaleźli Syn Fo i odbudowali naszą drużyne. Rozmawialiśmy jeszcze tak długo lecz trzeba było już przejść do interesu:
-Chciałabym kupić od ciebie te części-powiedziałam
-Ależ oczywiście. Wiesz co mam pomysł ja ci dam te drogie części za darmo a ty mnie za to zabierzesz na statek ze sobą.
-Ja nie wiem to bardzo ryzykowne...
-Podrzuć kredyt do góry-powiedziała
-Czemu?-zapytałam
-Poprostu podrzuć-tak zrobiłam a ona wyjeła blaster i zestrzeliła go w powietrzu. Po tym popisie Elsa złorzyła interes zabrałam części i jeszce ruszyliśmy do jej domu na dłuższe rozmowy. Ustaliłam że z chęcią ją wezme na statek...
Statek
Długo mi zajeło zanim odnalazłam Sitha który na dał mi tą misje lecz nie przelał pieniędzy lecz gdy znalazłam jego flote to był jego koniec. Dużo mi przelatywało przez myśl lecz najwięcej myślałam o tym co zrobię jeśli nie zapłaci mi. Nie ujdzie mu to na sucho. Lecz z drugiej strony wiedziałam że napewno będzie tam dużo żołnierzy i obrońców. Schodząc ze statku eskortowała mnie grupa imperialistów dobrze uzbrojonych. Na mostku zastałam go odwrócony do mnie powiedział:
-Witam cie...
-No witaj, słuchaj gościu-powiedziałam podchodząc do niego z blasterem lecz wtedy wszyscy wymierzyli we mnie- chce mojej kasy inaczej...
-Inaczej co zabijesz mnie na mojim statku-odpowiedział z ironicznie
- A żebyś wiedział-odpowiedziałam wyjmując blaster i strzelając w strone truperów wtedy rzuciłam bąbe dymną i włączając noktowizory zaczełam zabijać truperów. Gdy para opadła zobaczyłam jedynie Sitha stojącego. Krzyknęłam do niego
-I co zapłacisz mi teraz.
-Nie bo zawiodłaś w misji Mike nie jest już Sithem.
-To znaczy że był co oznacza że swoje wykonąłam i ty zawiodłeś.
-Dobrze zapłace ci połowe stawki.
-Nie mam zamiaru tu sie dłużej z tobą negocjować, wiem że masz więcej. -wtedy wyjełam blaster i rozpętała się walka. Lecz po momęcie odepchnął mnie i wyjmując granat od wykrzyknął:
-Co ty robisz to wysadzi cały mostek!!!
-Nie tylko szybe-wtedy rzuciłam to w strone szyb. Gdy szyby sie wysadziły ja się przytrzymałam poręczy a on poleciał w przestrzeń zaraz potem zamknęła sie szyba a ja ruszyłam w strone banku flotowego. Z tamtąt zabrałam tyle ile się dało i wróciłam na statek z spokojem. Wchodząc na statek usłyszałam alarm więc szybko weszłam i opuściłam flote. Ruszyłam na Nar Shade gdyż chciałam przerobić mojego drojida z typu tłumacza na tym do walki. Potrzebowałam części...
Nar Shada
Wkroczają na handel podszedłem do stanowiska które miało najlepsze części. Stała przy nim odwrócona kobieta.
-Eghem...
-Słucham- powiedziała kobieta odwracając się- Kira!!!!- powiedziała nagle radośnie.
-Elsa!!!- odkrzyknęłam-Boże dawno się niewidzialiśmy.
-No jak ci się powodzi-zapytałam
-Dobrze jak widzisz mam własny interes-odpowiedziała. Rozmawialiśmy tak długo. Elsa to była moja dobra przyjaciółka która pewnego dnia została wzięta w niewole przez republike. Jednak najwidoczniej udało jej sie uciec. Wcześniej były próby uratowania jej lecz byłam wtedy za słaba. Elsa, Syn Fo i ja byliśmy zgraną ekipą i byliśmy niepowstrzymani. Syn Fo wyglądał jak wielki zabrak lecz miał charakterystyczne cechy także innych ras więc niewiadomo jaka rasa to. Syn był bardzo wysoki i roznpbudowany. Walczył elektro pałką i specjalizował się w rzucie sztyletem. Zaproponowałam Elsie byśmy snaleźli Syn Fo i odbudowali naszą drużyne. Rozmawialiśmy jeszcze tak długo lecz trzeba było już przejść do interesu:
-Chciałabym kupić od ciebie te części-powiedziałam
-Ależ oczywiście. Wiesz co mam pomysł ja ci dam te drogie części za darmo a ty mnie za to zabierzesz na statek ze sobą.
-Ja nie wiem to bardzo ryzykowne...
-Podrzuć kredyt do góry-powiedziała
-Czemu?-zapytałam
-Poprostu podrzuć-tak zrobiłam a ona wyjeła blaster i zestrzeliła go w powietrzu. Po tym popisie Elsa złorzyła interes zabrałam części i jeszce ruszyliśmy do jej domu na dłuższe rozmowy. Ustaliłam że z chęcią ją wezme na statek...
piątek, 20 czerwca 2014
Rozdział XLI
~Cobrans Mirach~
Gdy tylko nasz statek zbliżył się do Dromund Kaas poczułam, że coś jest nie tak. Jednak dopiero po przejściu przez atmosferę planety ujrzałam o cho chodziło. Kaas City było prawie całkowicie zrównane z ziemią. Gruz walał się wszędzie,a ruiny budynków dymiły i płonęły jeszcze dość słabym już ogniem. Mało który budynek ocalał. Uznałam, że najlepiej będzie wylądować na obrzeżach miasta.
-Chodź Shay.- powiedziałam szorstko schodząc już po trapie. Chłopak podążył za mną. Jak oni do tego dopuścili?! pomyślałam rozglądając się dokoła. Wchodząc do miasta Kaas ujrzałam gdzieniegdzie zmasakrowane ciała Sithów, Twil'eków oraz ludzi. Wielu z nich było dosłownie rozerwanych na strzępy. Patrzyłam na nich tylko z pogardą napawając się wiszącym jeszcze w powietrzu ich cierpieniem. Gdzieniegdzie słychać było jeszcze jęki tych którzy nie zginęli, lecz byli w potwornie ciężkim stanie.
-Pięknie...-mruknęłam pod nosem.
-Czy ktokolwiek przeżył...?
-Pewnie część Mrocznej Rady... Oraz kilku Lordów Sithów... Ewentualnie kilku mieszkańców. - powiedziałam nie zwalniając marszu. Analizowałam miejsca gdzie mogli się schronić. I chyba wiedziałam gdzie. Stanęłam w miejscu. Wszystko wyglądało prawie identycznie. Wszędzie płomienie i gruz. Jednak mimo wszystko wiedziałam dokąd się udać. Niegdyś gdzie stał pałac Imperatora oraz siedziba Mrocznej Rady widniał teraz obraz zrujnowanego Imperium. Upadku władzy. I właśnie tam zmierzaliśmy. Trzeba było to odmienić. Dotarliśmy na miejsce. Przeszłam ostrożnie przez łuk drzwiowy, który jak miałam wrażenie ledwo się trzymał. Usłyszałam ciche głosy dochodzące z podziemi. Tak jak podejrzewałam. Zejście było zasypane stertą głazów i różnych innych odłamków konstrukcji. Wystawiłam prawą rękę na przód i wykonałam ruch, jakbym zrzucała coś ze stołu. Słychać było cichy trzask i szelest. Odłamki przesunęły się na bok odsłaniając zejście do niższych partii budynku. Gestem pokazałam Shay'owi, że mamy tam zejść. Co ciekawe z dołu wydobywało się jakieś światło. Kiedy zeszliśmy na dół ujrzałam pięćdziesiąt osób. Głównie byli to Sithowie i oczywiście członkowie Mrocznej Rady. Imperatora nie było.
-Czy ktoś mi może wytłumaczyć co tu do jasnej cholery się stało?!- syknęłam. Poprzez niezbyt mocne światło prętów jarzeniowych ujrzałam w ich oczach niedowierzanie.
-Lordzie Cobrans....? To naprawdę ty Panie...?- odezwał się jakiś padawan.
-Zadałam wam pytanie!- huknęłam. Ściany zatrzęsły się z lekka.
-Republika wykonała nalot bombowy. Nikt się tego nie spodziewał. Większość miast na naszej planecie zostało zrównanych z ziemią.- jeden z przedstawicieli mrocznej rady wyjaśnił zajście.
-Czyli rozumiem mieliśmy zdrajcę w swych szeregach...- wzięłam ręce za plecy i zaczęłam przechadzać się od jednej ściany do drugiej. Dobrze wiedziałam kto zdradził. Niejaki Darth Revan, bo któż by inny. Mimo, że nie przebywałam często w centrum Imperium zawsze dobrze wiedziałam co się tu działo jak i w innych zakątkach. Nie wielu dostąpiło zaszczytu aby mnoe ujrzeć czy też poznać osobiście. Na mój temat krążyło wiele plotek jak i legęd. Tak. Żywa legenda.
-Żyję już tak wiele lat... I jeszcze nigdy nie spotkałam tak niekompetentnych osób jak wy! Najwidoczniej byliście za słabi aby stawić czoło tej przeciwności... Tak samo sam Imperator był zwykłym głupcem. Czas aby rządy przejął kto inny...-stanęłam dokładnie w środku drogi i zwróciłam się w stronę ocalałych. Pod względem potęgi porównywano mnie zwykle z Darth'em Vitiate. Inni jednak mawiali, że jestem potężniejsza. -Powinien być to ktoś z dużym doświadczeniem. Ktoś kto ma w siebie ogromną potęgę... Ktoś kto weźmie na siebie brzemię odbudowania Imperium... Powinien być to najsilniejszy z nas. -zapadła cisza. Dokładnie słyszałam przyśpieszone bicia serc zebranych.- Powinnam być to ja. -Przerwałam ciszę. Po krótkiej chwili słychać było okrzyk.
-Niech żyję Lord Cobrans! Nasz nowy Imperator!- wykrzyknęli chórem. Uśmiechnęłam się pod nosem. Od stuleci czekałam na tę okazję. Nadeszły czasy Cobrans.
-Chodź Shay.- powiedziałam szorstko schodząc już po trapie. Chłopak podążył za mną. Jak oni do tego dopuścili?! pomyślałam rozglądając się dokoła. Wchodząc do miasta Kaas ujrzałam gdzieniegdzie zmasakrowane ciała Sithów, Twil'eków oraz ludzi. Wielu z nich było dosłownie rozerwanych na strzępy. Patrzyłam na nich tylko z pogardą napawając się wiszącym jeszcze w powietrzu ich cierpieniem. Gdzieniegdzie słychać było jeszcze jęki tych którzy nie zginęli, lecz byli w potwornie ciężkim stanie.
-Pięknie...-mruknęłam pod nosem.
-Czy ktokolwiek przeżył...?
-Pewnie część Mrocznej Rady... Oraz kilku Lordów Sithów... Ewentualnie kilku mieszkańców. - powiedziałam nie zwalniając marszu. Analizowałam miejsca gdzie mogli się schronić. I chyba wiedziałam gdzie. Stanęłam w miejscu. Wszystko wyglądało prawie identycznie. Wszędzie płomienie i gruz. Jednak mimo wszystko wiedziałam dokąd się udać. Niegdyś gdzie stał pałac Imperatora oraz siedziba Mrocznej Rady widniał teraz obraz zrujnowanego Imperium. Upadku władzy. I właśnie tam zmierzaliśmy. Trzeba było to odmienić. Dotarliśmy na miejsce. Przeszłam ostrożnie przez łuk drzwiowy, który jak miałam wrażenie ledwo się trzymał. Usłyszałam ciche głosy dochodzące z podziemi. Tak jak podejrzewałam. Zejście było zasypane stertą głazów i różnych innych odłamków konstrukcji. Wystawiłam prawą rękę na przód i wykonałam ruch, jakbym zrzucała coś ze stołu. Słychać było cichy trzask i szelest. Odłamki przesunęły się na bok odsłaniając zejście do niższych partii budynku. Gestem pokazałam Shay'owi, że mamy tam zejść. Co ciekawe z dołu wydobywało się jakieś światło. Kiedy zeszliśmy na dół ujrzałam pięćdziesiąt osób. Głównie byli to Sithowie i oczywiście członkowie Mrocznej Rady. Imperatora nie było.
-Czy ktoś mi może wytłumaczyć co tu do jasnej cholery się stało?!- syknęłam. Poprzez niezbyt mocne światło prętów jarzeniowych ujrzałam w ich oczach niedowierzanie.
-Lordzie Cobrans....? To naprawdę ty Panie...?- odezwał się jakiś padawan.
-Zadałam wam pytanie!- huknęłam. Ściany zatrzęsły się z lekka.
-Republika wykonała nalot bombowy. Nikt się tego nie spodziewał. Większość miast na naszej planecie zostało zrównanych z ziemią.- jeden z przedstawicieli mrocznej rady wyjaśnił zajście.
-Czyli rozumiem mieliśmy zdrajcę w swych szeregach...- wzięłam ręce za plecy i zaczęłam przechadzać się od jednej ściany do drugiej. Dobrze wiedziałam kto zdradził. Niejaki Darth Revan, bo któż by inny. Mimo, że nie przebywałam często w centrum Imperium zawsze dobrze wiedziałam co się tu działo jak i w innych zakątkach. Nie wielu dostąpiło zaszczytu aby mnoe ujrzeć czy też poznać osobiście. Na mój temat krążyło wiele plotek jak i legęd. Tak. Żywa legenda.
-Żyję już tak wiele lat... I jeszcze nigdy nie spotkałam tak niekompetentnych osób jak wy! Najwidoczniej byliście za słabi aby stawić czoło tej przeciwności... Tak samo sam Imperator był zwykłym głupcem. Czas aby rządy przejął kto inny...-stanęłam dokładnie w środku drogi i zwróciłam się w stronę ocalałych. Pod względem potęgi porównywano mnie zwykle z Darth'em Vitiate. Inni jednak mawiali, że jestem potężniejsza. -Powinien być to ktoś z dużym doświadczeniem. Ktoś kto ma w siebie ogromną potęgę... Ktoś kto weźmie na siebie brzemię odbudowania Imperium... Powinien być to najsilniejszy z nas. -zapadła cisza. Dokładnie słyszałam przyśpieszone bicia serc zebranych.- Powinnam być to ja. -Przerwałam ciszę. Po krótkiej chwili słychać było okrzyk.
-Niech żyję Lord Cobrans! Nasz nowy Imperator!- wykrzyknęli chórem. Uśmiechnęłam się pod nosem. Od stuleci czekałam na tę okazję. Nadeszły czasy Cobrans.
czwartek, 19 czerwca 2014
Rozdział XL
Dromund Kaas
-Dobrze. Wtedy zadziałem tak jak polecił wyjąłem cięszką szybko strzelną maszyne i zacząłem ostrzeliwać, lecz to było bez sensu. Stale ich przybywało a posiłki się zlatywały z wszystkich miast. Wtedy sięgnąłem po bazuke i strzeliłem w platformę, naprzeciwko, która chwilowo odwróciła ich uwagę, lecz jednak na wystarczejąco by mocą zepchnąć połowe wojska. Wtedy Jill rzucił granatem i strzelanina trwała dalej. Znów sięgnąłem po maszyne i wyskakując z za kontenera i strzelałem dalej w ich strone. Po dłuższym czasie ostrzeliwania droga była wolna. Szybko przyczepiliśmy linki i zjeżdżaliśmy dalej na dół. Naszym głównym celem było złapanie głównego administratora i generała i wzięcie go w niewole. Na następnym piętrze było ich jeszcze więcej. Gdy jeżdzaliśmy na dół postrzelili Jilla i spadł na platformę. Nic mu nie było, ale był ogłuszony. Wyjołem szybkostrzelną maszyne i schowałem się za jakimś starym chołgiem. Szybko wyskoczyłem i strzelałem dalej. W pewnym momęcie usłyszałem głos z głośników:
Gdy
dojechałem z Jillem na miejsce dostaliśmy wiadomość, że Marcjanna już uwolniła
już wszystkich jeńców republikańskich uwięzionych od paru lat. Kazałem im
opuścić system, bo zagrożenie wciąż rosło. Niedługo po tym zobaczyłem jak
statki republiki wkraczają w system. Razem z Jillem zsiadłem ze spidera i
zaczęliśmy schodzić w dół bazy. Była dobrze strzeżona a my źle przygotowani,
więc na początku trzeba było zrobić skok na magazyn. Zeszliśmy do tej
podziemnej bazy, która miała niezliczoną ilość pięter, co powodowało, że jej
podziemne położenie i jej ilość dział obonnych na każdej platformie, że jest
niepowstrzymana. Najpierw wsiadliśmy spowrotem na spidery i ruszyliśmy w dół
bazy. Szybko niepostrzeżenie zeszliśmy do głównego magazynu i uzbroiliśmy się.
Ku naszemu zdziwieniu nie zastaliśmy żadnych imperialnych żołnierzy. Od razu po
uzprojeniu wyszliśmy na platformę i tam już na nas czekali. Tysiąc dział
mierzyło w naszą stronę. Chwyciłem po miecz, lecz Jill złapał mnie za renkę i
powiedział:
-Zanim do
nich dojdziesz to cie zamordują. Trzeba z nimi walczyć z daleka. Przysuń ten
kontener mocą i się za nim schowamy i z tamtąd ich ostrzelimy. Odłożywszy miecz
odpowiedziałemi.-Dobrze. Wtedy zadziałem tak jak polecił wyjąłem cięszką szybko strzelną maszyne i zacząłem ostrzeliwać, lecz to było bez sensu. Stale ich przybywało a posiłki się zlatywały z wszystkich miast. Wtedy sięgnąłem po bazuke i strzeliłem w platformę, naprzeciwko, która chwilowo odwróciła ich uwagę, lecz jednak na wystarczejąco by mocą zepchnąć połowe wojska. Wtedy Jill rzucił granatem i strzelanina trwała dalej. Znów sięgnąłem po maszyne i wyskakując z za kontenera i strzelałem dalej w ich strone. Po dłuższym czasie ostrzeliwania droga była wolna. Szybko przyczepiliśmy linki i zjeżdżaliśmy dalej na dół. Naszym głównym celem było złapanie głównego administratora i generała i wzięcie go w niewole. Na następnym piętrze było ich jeszcze więcej. Gdy jeżdzaliśmy na dół postrzelili Jilla i spadł na platformę. Nic mu nie było, ale był ogłuszony. Wyjołem szybkostrzelną maszyne i schowałem się za jakimś starym chołgiem. Szybko wyskoczyłem i strzelałem dalej. W pewnym momęcie usłyszałem głos z głośników:
-Hmmmmmmmm….Dobrze
walczysz. Wkurza mnie to. Działa zniszczyś platformę E-21 razem z żołnierzami.
W tym momęcie wielkie działa zmierzyły w moją strone i platforma się zapadła
spadaliśmy długo. Szybko wyjołem pistolet przymocowałem linke wystrzeliłem i
łapiąc dzila przeskoczyłem na inną platformę, po czym szybko wbiegłem do środka
opuszczając platformę. W środku znaleźliśmy się w ogromnym białym pokoju. Jill
się ockną i przerażony wycofał się krzycząc:
-To jest
komora laserowa!!!Nie ruszaj się. Ruszysz się zginiesz.
-Pamiętam kiedyś
Master Shaak-Tii była w podobnej i wiem jak stąd wyjść- rzyciłem maszyne szybko
strzelną, bo krępowała by mi ruchy i rzuciłęm bazuką w Jilla by przytrzymał
wtedy wykonałem serie skoków uników i odbić mieczem i tak się znalazłem na
drugiej stronie mogłem także wysadzić całą komore, lecz zanim bym sięgnął bo
bazuke już dawno byłbym w zaświatach mocy. Teraz tylko musiałem poczekać aż
Jill wysadzi i przejdzie szybko komore. Po wysadzeniu rzekłem:
-Musimy się
śpieszyć niedługo żołnierze nas znajdą.
-Racja powiedział
zbierając rzeczy i idąc w strone innego pokoju. Tam znajdowało się biuro. Nagle
żołnierze wbiegli i zaczęli strzelać. Szybko schowałem się za rogiem i wyjąłem
karabin a Jill swoje dwa pistolety. Musieliśmy się śpieszyć, bo jeśli byśmy
dalej zwlekali było by tylko gorzej. Pokazałem, więc Jillowi, że się posówamy
na przód. Rzuciłem bombe dymną i odłożywszy karabin chwyliłem za miecz i serią
nagłych cieńć przebiłem się przez imperialistów i wyszliśmy z pokoju
barakadując drzwi. Szybko Jill zniszczył zabezpieczenie spiderów, które tam się
znajdowały. Wtedy wsiadliśmy i polecieliśmy dalej w góre. Znaleźliwszy pokój
gdzie znajdował się gen. i administrator sięgnąłem po granaty i wybijając szybe
wysadziłem pokój. Uciekając Generał nas złapał i krzyknął:
-Zapłacisz
za zabicie admina- i sięgnął po bazuke, lecz wybijając mu ją z ręki bazuka
spadła na dół i wywołała wale wybuchów niszczących baze. Fala ognia leciała w
naszą strone. Wyjąłem szybko podręczny pistolet i uszkodziłem mu spider, co
spowodowało, że gen. popadł w fale ognia. Ja z Jillem ledwo uszliśmy z życiem a
gdy wylecieliśmy z bazy. Rozpoczęło się bombardowanie a ja i Jill wsiedliśmy na
pierwszy lepszy statek i uciekliśmy na Yavin.
Yavin
Idąc do
świątyni spotkałem moją ekipe. Kazałem im odpocząć a sam musiałem pójść i
wyprostować sprawy u rady Jedi. Rada jedi zrozumiała, lecz kazała przejść
terapie. Ostatniego dnia terapii Masteri Yii powiedział:
-By zerwać z
nałogiem z przeszłości musisz zerwać z pszeszłością. Przez to chce powiedzieć,
że musisz zażegnać swoich przyjaciół aż do czasu, gdy skończysz kompletnie z
Darth Ravanem. I tak uczyniłem. Każdemu z nich dałem podarek i pożegnałem się z
nimi, lecz obieciałem, że będę ich odmładzał póki będę żył i będę ochraniał ich
póki będę żył i kiedyś po tygodniach może miesiąca może roku, ale na pewno ich
znajde, lecz póki, co muszę się z nimi pożegnać. Minął pewien czas i stałem się
legendą. Byłem największym wojownikiem z całej rady miałem wiele lat, lecz
dzięki odmładzaniu jedynie było widać jak rozne w mocy i doświadczeniu. Przez
te dni rosłem w mocy i byłem najbardziej znanym jedi w zakonie. Niemal, że
zapominałem o Darth Ravenie, gdy wyjeżdżałem na wojny lub inne misje, lecz nie
czułem, że jeszcze byłem gotowy potrzebowałem czasu. I odpoczynku po tylu
przygodach ,lecz wciąż za nimi tęskniłem ale starając się zapomnieć medytowałem
i walczyłem i czekałem……
CIĄG DALSZY
NASTĄPI………………….
środa, 18 czerwca 2014
Rozdział XXXIX
~Cobrans Mirach~
Każda minuta biegła nieubłaganie szybko. Każdy dzień był niczym mrugnięcie okiem. Cały tydzień szybko przechodził w zapomnienie.
Fala potęgi przeszła przez całe moje ciało. Ciemna Strona otuliła mnie swą łaską. To uczucie było dla mnie wręcz niesamowite. Nagły nienaturalny powiew wiatru (jeśli można to tak nazwać) wyrwał mnie z transu. Ktoś przebiegł niedaleko. Wyczułam silne źródło Jasnej Strony. Siedząc do tej pory ze skrzyżowanymi nogami postanowiłam wstać. Rozejrzałam się ostrożnie dokoła, sięgając dodatkowo w moc. Rozwinęłam wici mocy badając teren. Ktokolwiek to był... Zniknął...
-Panie... Tak jak prosiłaś Twój statek jest gotowy w wyznaczonym miejscu.- Skinęłam lekko głową. Cieszyłam się, że wreszcie mogę się wyrwać z tej planety.- Odeskortować Cię Panie?
-Nie.- odparłam ostro.- Poradzę sobie.- Dokończyłam i ruszyłam w las. Tuż za nim znajdował się mój statek.
Stanęłam na trapie. Obejrzałam się ostatni raz za siebie po czym weszłam do środka. Zajęłam miejsce pilota, po czym wstukałam współrzędne Balmorry. Nadszedł czas aby zgarnąć stamtąd mego ucznia. Uruchomiłam silniki, po czym statek wystartował. Jednak cały czas odkąd wyruszyłam miałam wrażenie, że ktoś mnie obserwuję, mimo tego nie wyczuwałam niczyjej obecności.
Podróż zajęła kilka godzin. Wylądowałam dokładnie w tym samym miejscu co ostatnio. Zamknęłam oczy. Wyczułam obecność Shaya. Oddalał się od pobliskiej wioski, jednak nie był sam. Otworzyłam oczy. Przebrałam przed wyjściem moją szatę na normalne dla tego regionu ubrania. Ukryłam swój miecz, po czym zeszłą, ostrożnie po trapie. Wyjechał za mną mały astrodroid F6-D7.
-Pilnuj statku F6.-powiedziałam, a droid pisnął potwierdzająco. Ruszyłam w kierunku gdzie prawdopodobnie znajdował się Shay. Cóż przynajmniej moc tak mówiła. Zatrzymałam się jeszcze na chwilę. Zamaskowałam żółto-czerwoną barwę mych oczu charakterystycznych dla Sithów. Przetarłam moje oczy, były teraz piwne. Mogłam już iść dalej. Nie byli na szczęście bardzo daleko. Już po 10 minutach marszu ujrzałam dwie sylwetki w oddali. Zaczęłam się do nich zbliżać. Kiedy byłam w odległości około 50 metrów Shay jak i dziewczyna dopiero mnie zauważyli.
-Witaj siostro.- dobrze. Najwidoczniej pamiętał o tym aby w takich sytuacjach nie zdradzać naszych relacji.
-Shay, nie mówiłeś, że masz siostrę...- I tu go mam. Skarciłam go wzrokiem. Zdradził jej swoje imię, mam nadzieję, że tylko imię, pomyślałam.
-Jak Ci na imię?- powiedziałam dość miłym głosem w kierunku dziewczyny.
-Jestem Vigena.- uśmiechnęła się.- A Tobie jak na imię?
-Nazywam się Asha.-odparłam lakonicznie. Ukradkiem spojrzałam na ucznia.
-Shay musimy już wracać.- powiedziałam ostro.- Pożegnaj się.- Oddaliłam się trochę. Dziewczyna przytuliła go na pożegnanie. Słyszałam jak rozmawiają.
-Przyjedziesz jeszcze...?
-Postaram się...- przestałam ich słuchać. No ładnie jeszcze tego mi brakowało. Poczuł coś do tej dziewczyny... Musiałam temu zaradzić. Kiedy już szedł w moją stronę widziałam w nim wyraźne spięcie. Czułam jego lęk, jednak nie odezwałam się, a poczekałam, aż dojdziemy do statku.
-Więc kim ona była?
-Koleżanką...
-Nie kłam.-skarciłam go.- O czym o na wie?- naciskałam na niego mocno.
-O niczym...-starał się jej bronić. Pokręciłam tylko głową z irytacją.
-Jeśli nie umiesz, nie kłam.- syknęłam. Spojrzałam mu w oczy. Dokładnie w tym samym momencie moje oczy stały się jak dawniej żółto-czerwone. Chłopak osunął się na ziemię i zaczął nienaturalnie drżeć. Złapał się za głowę i zaczął krzyczeć z bólu jaki przerażenia. Po chwili zaprzestałam na nim tych tortur, by nie wyrządzić trwałych ran w jego psychice. Dobrze rozumiał, że to jest kara za jego błędy.
-Proszę... Mój Lordzie... Nie krzywdź jej..-szepnął podnosząc się na chwiejnych nogach, kiedy to doszedł już do siebie. Zaśmiałam się tylko na jego słowa.
-Ja nie zrobię jej nic... To ty masz się z nią rozprawić.
Fala potęgi przeszła przez całe moje ciało. Ciemna Strona otuliła mnie swą łaską. To uczucie było dla mnie wręcz niesamowite. Nagły nienaturalny powiew wiatru (jeśli można to tak nazwać) wyrwał mnie z transu. Ktoś przebiegł niedaleko. Wyczułam silne źródło Jasnej Strony. Siedząc do tej pory ze skrzyżowanymi nogami postanowiłam wstać. Rozejrzałam się ostrożnie dokoła, sięgając dodatkowo w moc. Rozwinęłam wici mocy badając teren. Ktokolwiek to był... Zniknął...
-Panie... Tak jak prosiłaś Twój statek jest gotowy w wyznaczonym miejscu.- Skinęłam lekko głową. Cieszyłam się, że wreszcie mogę się wyrwać z tej planety.- Odeskortować Cię Panie?
-Nie.- odparłam ostro.- Poradzę sobie.- Dokończyłam i ruszyłam w las. Tuż za nim znajdował się mój statek.
Stanęłam na trapie. Obejrzałam się ostatni raz za siebie po czym weszłam do środka. Zajęłam miejsce pilota, po czym wstukałam współrzędne Balmorry. Nadszedł czas aby zgarnąć stamtąd mego ucznia. Uruchomiłam silniki, po czym statek wystartował. Jednak cały czas odkąd wyruszyłam miałam wrażenie, że ktoś mnie obserwuję, mimo tego nie wyczuwałam niczyjej obecności.
Podróż zajęła kilka godzin. Wylądowałam dokładnie w tym samym miejscu co ostatnio. Zamknęłam oczy. Wyczułam obecność Shaya. Oddalał się od pobliskiej wioski, jednak nie był sam. Otworzyłam oczy. Przebrałam przed wyjściem moją szatę na normalne dla tego regionu ubrania. Ukryłam swój miecz, po czym zeszłą, ostrożnie po trapie. Wyjechał za mną mały astrodroid F6-D7.
-Pilnuj statku F6.-powiedziałam, a droid pisnął potwierdzająco. Ruszyłam w kierunku gdzie prawdopodobnie znajdował się Shay. Cóż przynajmniej moc tak mówiła. Zatrzymałam się jeszcze na chwilę. Zamaskowałam żółto-czerwoną barwę mych oczu charakterystycznych dla Sithów. Przetarłam moje oczy, były teraz piwne. Mogłam już iść dalej. Nie byli na szczęście bardzo daleko. Już po 10 minutach marszu ujrzałam dwie sylwetki w oddali. Zaczęłam się do nich zbliżać. Kiedy byłam w odległości około 50 metrów Shay jak i dziewczyna dopiero mnie zauważyli.
-Witaj siostro.- dobrze. Najwidoczniej pamiętał o tym aby w takich sytuacjach nie zdradzać naszych relacji.
-Shay, nie mówiłeś, że masz siostrę...- I tu go mam. Skarciłam go wzrokiem. Zdradził jej swoje imię, mam nadzieję, że tylko imię, pomyślałam.
-Jak Ci na imię?- powiedziałam dość miłym głosem w kierunku dziewczyny.
-Jestem Vigena.- uśmiechnęła się.- A Tobie jak na imię?
-Nazywam się Asha.-odparłam lakonicznie. Ukradkiem spojrzałam na ucznia.
-Shay musimy już wracać.- powiedziałam ostro.- Pożegnaj się.- Oddaliłam się trochę. Dziewczyna przytuliła go na pożegnanie. Słyszałam jak rozmawiają.
-Przyjedziesz jeszcze...?
-Postaram się...- przestałam ich słuchać. No ładnie jeszcze tego mi brakowało. Poczuł coś do tej dziewczyny... Musiałam temu zaradzić. Kiedy już szedł w moją stronę widziałam w nim wyraźne spięcie. Czułam jego lęk, jednak nie odezwałam się, a poczekałam, aż dojdziemy do statku.
-Więc kim ona była?
-Koleżanką...
-Nie kłam.-skarciłam go.- O czym o na wie?- naciskałam na niego mocno.
-O niczym...-starał się jej bronić. Pokręciłam tylko głową z irytacją.
-Jeśli nie umiesz, nie kłam.- syknęłam. Spojrzałam mu w oczy. Dokładnie w tym samym momencie moje oczy stały się jak dawniej żółto-czerwone. Chłopak osunął się na ziemię i zaczął nienaturalnie drżeć. Złapał się za głowę i zaczął krzyczeć z bólu jaki przerażenia. Po chwili zaprzestałam na nim tych tortur, by nie wyrządzić trwałych ran w jego psychice. Dobrze rozumiał, że to jest kara za jego błędy.
-Proszę... Mój Lordzie... Nie krzywdź jej..-szepnął podnosząc się na chwiejnych nogach, kiedy to doszedł już do siebie. Zaśmiałam się tylko na jego słowa.
-Ja nie zrobię jej nic... To ty masz się z nią rozprawić.
~Shay Novablast~
Ruszyłem z powrotem na łąkę. Vigena jeszcze tam była. Jednak moja mistrzyni miała rację. Vigena wiedziała za dużo. Przyznałem to z bólem w sercu, jednak ona musiała zginąć. Bezszelestnie zbliżyłem się do niej i stanąłem tuż za jej plecami. Przyłożyłem rękojeść mojego miecza do jej pleców.
-Wybacz... Jednak wiesz za dużo...-szepnąłem jej do ucha. Uruchomiłem ostrze, które przebiło ją na wylot. Wydała ostatnie tchnienie po czym jej ciało całkowicie zwiotczało.
-Wybacz...-szepnąłem jeszcze raz. Zdezaktywowałem ostrze po czym odszedłem.
Balmorra z daleka zdawała się być taka mała i taka niewinna. Szczerze powiedziawszy to miałem nadzieję, że już nigdy tam nie wrócę.
-Wiesz po co to było?- Cobrans wstała z fotelu pilota.
-Bo wiedziała za dużo..
-Nie tylko. Jej śmierć może być dla ciebie cennym źródłem. Może podsycać twój gniew ilekroć o niej pomyślisz.- powiedziała. Chyba zrozumiałem o co jej chodziło. Skinąłem lekko głową.- Zasadniczo dokąd teraz lecimy?
-Na Dromund Kaas.- odparła po czym poszła dalej w głąb statku. Ostatni raz spojrzałem na planetę po czym odwróciłem wzrok.
-Wybacz... Jednak wiesz za dużo...-szepnąłem jej do ucha. Uruchomiłem ostrze, które przebiło ją na wylot. Wydała ostatnie tchnienie po czym jej ciało całkowicie zwiotczało.
-Wybacz...-szepnąłem jeszcze raz. Zdezaktywowałem ostrze po czym odszedłem.
Balmorra z daleka zdawała się być taka mała i taka niewinna. Szczerze powiedziawszy to miałem nadzieję, że już nigdy tam nie wrócę.
-Wiesz po co to było?- Cobrans wstała z fotelu pilota.
-Bo wiedziała za dużo..
-Nie tylko. Jej śmierć może być dla ciebie cennym źródłem. Może podsycać twój gniew ilekroć o niej pomyślisz.- powiedziała. Chyba zrozumiałem o co jej chodziło. Skinąłem lekko głową.- Zasadniczo dokąd teraz lecimy?
-Na Dromund Kaas.- odparła po czym poszła dalej w głąb statku. Ostatni raz spojrzałem na planetę po czym odwróciłem wzrok.
wtorek, 17 czerwca 2014
Rozdział XXVIII
~Mike Storm'hold~
Flota
-Panie, transmicja od imperatora-powiedział gen. mojej floty podarowanej od imperatora kłaniając się przedemną.
-Przepuść-odpowiedziałem odwracając się i idąc do pokoju z holokumunikatorem gdzie odbywały sie prywatne rozmowy a podrodze rozmyślałem. Od czasu gdy postanowiłem zostać sithem moja moc sięgała granic i może właśnie o tym chciał ze mną porosmawiać gdyż moja moc odmładzania i darowanie siebie i innych wiecznym życiem była niczym w porównaniu co mam jako sith. Miałem racje właśnie o tym imperator chciał ze mną porozmawiać. Na jego twarzy widziałem zmartwienie i za jednym razem ulge.
-Tak panie-przerwałem cisze zaczynając.
-Martwi mnie fakt że jesteś potężniejszy ode mnie i nadal rośniesz w potędze. Jednak znam idealne rozwiązanie.
-Kontynuuj-powiedziałem
-Na Dromund Kass znajduje sie jaskinia rytułałów w aleji Shen-Cii gdzie rytułału dokonam który da mi potege pra dawnych lordów. W tym momęcie moje zmartwienia zniknął a ty nie ucierpisz.
-Nie rozumiem jakbym miał ucierpieć mistrzu-odpowiedziałem z zaciekawieniem i podejrzeniem
-Zostawmy ten temat skupmy się na tym że znalazłem rozwiązanie idealne i proste jutro spotkamy się w mieście "Dokuran" gdzie budynki są niesamowicie wysokie przy cantinie "Pod Twil'ką".
-Oczywiście Lordzie-powiedziałem wstając i idąc w strone mostka.
Doromund Kass
Wychodząc z statku zarzegnając mojich przyjaciół którzy postanowili że zostaną na statku będą sie starali by żaden imperialista ich nie spostrzedł. Gdy wkroczyłem do cantiny Imperator Helsum już tam był. Podszedłem i kłaniając się żekłem że jestem gotowy.
Jaskinia Rytułałów
Gdy dotarliśmy do jaskini Imperator ojnajmił że mam zaczekać przed jaskinią. Mineła godzina, dwie gdy nagle padłem na ziemie w wyniku wielkiej eksplozji mocy dochodzącej z jaskini. Szybko wstałem i pobiegłem w strone jaskini. Widziałem tylko rujiny, puł i czarna postać wyłaniająca sie z nich. Nagle podbiegła i chwyciła mnie za gardło. To był Helsum. Rzucił mnie o drzewo a następnie podszedł do mnie z mieczem. Wtedy zaczął mnie razić. Zerknąłem na jego twarz. Uśmiechał się szyderczo. Wtedy myślałem nad tym czy ja też tak wyglądam od kiedy przeszedłem na ciemną stronę. Zimno i źle. Kiedy to się stało. Co gorsze teraz jest nowy najpotężniejszy sith dla którego nie ma rzeczy nie możliwych a to moja wina. Nieważne ile mnie to będzie kosztowało musze go powstrzymać. Wtedy przerwałem swój bul i z całej siły wepchnąłem go w ruiny jaskini. Nagle usłyszałem chichot z nikąt:
-Heh myślisz ,że ci sie to uda. Właśnie dałem rozkaz aresztować a w południe zabić twojich przyjaciół. Byłem zły, bardzo zły lecz zamiast zemsty wsiadłem na spider i popędziłem w strone miasta a za mną Helsum próbujący mi przeszkodzić mocą. Szybko zadzwoniłem do rady jedi:
-Mike to ty odbiur-usłyszałem głos Lucka.
-Tak dzwonie z Doromund Kass.
-To nie możliwe to legenda
-Wież w co chcesz wysyłam kordynaty. Zakończymy to dziś rozpocząć inwazje na tą planete.
-Mike ale o co ci chodzi nagle dzwonisz i mówisz o niestworzonych rzeczach.
-Pewnie tez wyczuliście zaburzenie w mocy. To lord helsum. Wykonał rytułał dzięki któremu jest jeszcze bardzie potężny. Także przeproś całą rade w moim imieniu popełniłem okropny błąd i wróce do rady pod warunkiem że pozwoliście mi naruszyć pare zasad i je zmienić. Narazie nie mam więcej czasu i musze kończyć porozmawiamy później. W tym momęcie dojechałem do miasta a lord Helsum biegnąc za mną próbował mnie zatrzymać paraliżując mnie. W pewnym momęcie Imperator mnie dogonił gdy staliśmy przy najwyższej wieszy na Doromund Kass. Szybko wbiedłem i pojechałem na sam szczyt prubując mu uciec. Lecz na górze sie spodkaliśmy. Sam na sam. Szybko wyjąłem miecz i rzuciłem się w jego strone. Koniec ucieczek. Rozpentała się walka. Była długa wymiana ataków i obron. Walczyliśmy długo. w pewnym momęcie wypchnąłem go na balkon po czym rzuciłem w niego stołem który znajdywał się na piętrze. Jednak zgrabnie przecią i odpowiedział mi atakiem prądem. Umiknąłem i padłem. Zobaczyłem butle z gazem i wtedy wpadłem na pomysł szybko przeciąłem mieczem butle podpalając gaz i użyłem mocy i skierować gaz na przeciwnika. Stałe próby wykończenia ogniem zawiodły. Wciąż próbowałem rzycać przedmiotami z pokoju lecz on odpowiadał po czym zawsze znów dochodziło do walki w ręcz. Postanowiłem to zakończyć i rzuciwszy się na niego z mieczem zadałem mu wiele ofensywnych ataków mieczem a Helsum wycofując się dotarł do końca balkonu i wtedy mnie odepchną. Staliśmy na dwóch końcach. Zmęczeni walką. Nagle Helsum zrobił bariere mocy która bloni go przed wszelkimi atakami a daleka. Następnie staną tyłem przy progu i osłonił mieczem plecy. Znana samobujcza strategia. Jedyny sposób na zabicie go to pozwolić sobie spaść i podczas opadania szybko przeciąć przeciwnikowi brzuch. Podjąłem się tego. Helsum zninął w zaskoczeniu a ja bezwładnie spadałem. Pożegnałem się już z życiem. W pewnym momęcie stwierdziłem że chodzież warto spróbować przeżyć. Pistolet z linką nie pomoże bo przy tej prędkości wyrwie mi ręke ale przywiązanie do brzucha spowoduje podduszenie a potem wybijając szybe wpadłbym na piętro. Wziąłęm pistolet i gdy sięgnąłem po linke zobaczyłem że jestem tuż przy ziemi. To był koniec. Gdy już miałem udeżyć nagle zawisnąłem centrymetr nad ziemią. To Marcjanna uratowała mi życie. A u jej boku stał Jill. Opuściła mnie a ja szybko wstałem i powiedziałem im że imperialiści ich szukają a Marcjanna powiedziała:
-Nam to mówisz. Jedynie mi i Jilowi udało sie uniknąć aresztu. Reszta czeka na jest w więzieniu a imperialisci czekają na rozkaz Helsuma.
-To sie nie doczekają. Helsum nie żyje opowiem wam poźniej. Narazie plan jest taki Marcjanna ty pójdz uratować ich a Jill i ja musimy zniszczyć baze numer 78. Niedługo republika dokona inwazji tu a ta baze to wydrążona dziura w ziemi do której działa nie dotrą. Ja jeszcze musze się skontaktować z radą.-przemówiłem.
Flota
-Panie, transmicja od imperatora-powiedział gen. mojej floty podarowanej od imperatora kłaniając się przedemną.
-Przepuść-odpowiedziałem odwracając się i idąc do pokoju z holokumunikatorem gdzie odbywały sie prywatne rozmowy a podrodze rozmyślałem. Od czasu gdy postanowiłem zostać sithem moja moc sięgała granic i może właśnie o tym chciał ze mną porosmawiać gdyż moja moc odmładzania i darowanie siebie i innych wiecznym życiem była niczym w porównaniu co mam jako sith. Miałem racje właśnie o tym imperator chciał ze mną porozmawiać. Na jego twarzy widziałem zmartwienie i za jednym razem ulge.
-Tak panie-przerwałem cisze zaczynając.
-Martwi mnie fakt że jesteś potężniejszy ode mnie i nadal rośniesz w potędze. Jednak znam idealne rozwiązanie.
-Kontynuuj-powiedziałem
-Na Dromund Kass znajduje sie jaskinia rytułałów w aleji Shen-Cii gdzie rytułału dokonam który da mi potege pra dawnych lordów. W tym momęcie moje zmartwienia zniknął a ty nie ucierpisz.
-Nie rozumiem jakbym miał ucierpieć mistrzu-odpowiedziałem z zaciekawieniem i podejrzeniem
-Zostawmy ten temat skupmy się na tym że znalazłem rozwiązanie idealne i proste jutro spotkamy się w mieście "Dokuran" gdzie budynki są niesamowicie wysokie przy cantinie "Pod Twil'ką".
-Oczywiście Lordzie-powiedziałem wstając i idąc w strone mostka.
Doromund Kass
Wychodząc z statku zarzegnając mojich przyjaciół którzy postanowili że zostaną na statku będą sie starali by żaden imperialista ich nie spostrzedł. Gdy wkroczyłem do cantiny Imperator Helsum już tam był. Podszedłem i kłaniając się żekłem że jestem gotowy.
Jaskinia Rytułałów
Gdy dotarliśmy do jaskini Imperator ojnajmił że mam zaczekać przed jaskinią. Mineła godzina, dwie gdy nagle padłem na ziemie w wyniku wielkiej eksplozji mocy dochodzącej z jaskini. Szybko wstałem i pobiegłem w strone jaskini. Widziałem tylko rujiny, puł i czarna postać wyłaniająca sie z nich. Nagle podbiegła i chwyciła mnie za gardło. To był Helsum. Rzucił mnie o drzewo a następnie podszedł do mnie z mieczem. Wtedy zaczął mnie razić. Zerknąłem na jego twarz. Uśmiechał się szyderczo. Wtedy myślałem nad tym czy ja też tak wyglądam od kiedy przeszedłem na ciemną stronę. Zimno i źle. Kiedy to się stało. Co gorsze teraz jest nowy najpotężniejszy sith dla którego nie ma rzeczy nie możliwych a to moja wina. Nieważne ile mnie to będzie kosztowało musze go powstrzymać. Wtedy przerwałem swój bul i z całej siły wepchnąłem go w ruiny jaskini. Nagle usłyszałem chichot z nikąt:
-Heh myślisz ,że ci sie to uda. Właśnie dałem rozkaz aresztować a w południe zabić twojich przyjaciół. Byłem zły, bardzo zły lecz zamiast zemsty wsiadłem na spider i popędziłem w strone miasta a za mną Helsum próbujący mi przeszkodzić mocą. Szybko zadzwoniłem do rady jedi:
-Mike to ty odbiur-usłyszałem głos Lucka.
-Tak dzwonie z Doromund Kass.
-To nie możliwe to legenda
-Wież w co chcesz wysyłam kordynaty. Zakończymy to dziś rozpocząć inwazje na tą planete.
-Mike ale o co ci chodzi nagle dzwonisz i mówisz o niestworzonych rzeczach.
-Pewnie tez wyczuliście zaburzenie w mocy. To lord helsum. Wykonał rytułał dzięki któremu jest jeszcze bardzie potężny. Także przeproś całą rade w moim imieniu popełniłem okropny błąd i wróce do rady pod warunkiem że pozwoliście mi naruszyć pare zasad i je zmienić. Narazie nie mam więcej czasu i musze kończyć porozmawiamy później. W tym momęcie dojechałem do miasta a lord Helsum biegnąc za mną próbował mnie zatrzymać paraliżując mnie. W pewnym momęcie Imperator mnie dogonił gdy staliśmy przy najwyższej wieszy na Doromund Kass. Szybko wbiedłem i pojechałem na sam szczyt prubując mu uciec. Lecz na górze sie spodkaliśmy. Sam na sam. Szybko wyjąłem miecz i rzuciłem się w jego strone. Koniec ucieczek. Rozpentała się walka. Była długa wymiana ataków i obron. Walczyliśmy długo. w pewnym momęcie wypchnąłem go na balkon po czym rzuciłem w niego stołem który znajdywał się na piętrze. Jednak zgrabnie przecią i odpowiedział mi atakiem prądem. Umiknąłem i padłem. Zobaczyłem butle z gazem i wtedy wpadłem na pomysł szybko przeciąłem mieczem butle podpalając gaz i użyłem mocy i skierować gaz na przeciwnika. Stałe próby wykończenia ogniem zawiodły. Wciąż próbowałem rzycać przedmiotami z pokoju lecz on odpowiadał po czym zawsze znów dochodziło do walki w ręcz. Postanowiłem to zakończyć i rzuciwszy się na niego z mieczem zadałem mu wiele ofensywnych ataków mieczem a Helsum wycofując się dotarł do końca balkonu i wtedy mnie odepchną. Staliśmy na dwóch końcach. Zmęczeni walką. Nagle Helsum zrobił bariere mocy która bloni go przed wszelkimi atakami a daleka. Następnie staną tyłem przy progu i osłonił mieczem plecy. Znana samobujcza strategia. Jedyny sposób na zabicie go to pozwolić sobie spaść i podczas opadania szybko przeciąć przeciwnikowi brzuch. Podjąłem się tego. Helsum zninął w zaskoczeniu a ja bezwładnie spadałem. Pożegnałem się już z życiem. W pewnym momęcie stwierdziłem że chodzież warto spróbować przeżyć. Pistolet z linką nie pomoże bo przy tej prędkości wyrwie mi ręke ale przywiązanie do brzucha spowoduje podduszenie a potem wybijając szybe wpadłbym na piętro. Wziąłęm pistolet i gdy sięgnąłem po linke zobaczyłem że jestem tuż przy ziemi. To był koniec. Gdy już miałem udeżyć nagle zawisnąłem centrymetr nad ziemią. To Marcjanna uratowała mi życie. A u jej boku stał Jill. Opuściła mnie a ja szybko wstałem i powiedziałem im że imperialiści ich szukają a Marcjanna powiedziała:
-Nam to mówisz. Jedynie mi i Jilowi udało sie uniknąć aresztu. Reszta czeka na jest w więzieniu a imperialisci czekają na rozkaz Helsuma.
-To sie nie doczekają. Helsum nie żyje opowiem wam poźniej. Narazie plan jest taki Marcjanna ty pójdz uratować ich a Jill i ja musimy zniszczyć baze numer 78. Niedługo republika dokona inwazji tu a ta baze to wydrążona dziura w ziemi do której działa nie dotrą. Ja jeszcze musze się skontaktować z radą.-przemówiłem.
niedziela, 25 maja 2014
Rozdział XXXVII
~Shay Novablast~
Minął już tydzień od mojego przybycia na Balmorre. Zdobyłem zaufanie Vigeny i jej rodziny. Byłoby już bardzo dobrze gdyby nie jeden drobny fakt, który nie dawał mi spokoju. Chyba zaczynałem czuć coś do tej dziewczyny... Kiedy o tym myślałem zaraz przywodziły mi się na myśl słowa mojej mistrzyni:
-Miłość, przywiązanie. Te czynniki skłaniają nas do dokonywania błędów. Sprawiają, że jesteśmy słabi! Musisz być bezwzględny. Musisz być gotów zabić nawet swojego kompaniona walki. Każdego kto stanie Ci na drodze do celu... Rozumiesz?-Shay, idziesz?! - głos Vigeny wyrwał mnie z zamyśleń.
-Tak, mój Panie.
-Tak... już...-powiedziałam przyśpieszając z lekka kroku. Zrównałem moje tempo z tempem dziewczyny.
-Jesteśmy już blisko. -dziewczyna uśmiechnęła się do mnie czule. Poczułem, że się rumienie.
-"Nie okazuj słabości!"- skarciłem się w myśli i zacisnąłem dłoń prawej ręki w pięść. Vigena zaśmiała się cicho i ruszyła dalej. Ja za to poczułem... No właśnie. Co ja poczułem? Rozdarcie pomiędzy gniewem, a radością.
-To tutaj.- powiedziała po pewnym czasie. Dotarliśmy do łąki otoczonej skalistymi szczytami gdzie pasło się stado Bormu. W pierwszym momencie wzdrygnąłem się widząc te kreatury. W końcu pierwszego dnia nie przywitały mnie zbyt miło. Dziewczyna znów zaśmiała się cicho widząc moją reakcję.
-Nie musisz się ich bać. Nic Ci nie zrobią.- podeszła do jednego z nich i delikatnie pogłaskała je. Rozluźniłem się trochę. Zacząłem rozglądać się po okolicy. No tak... Skały, trawa, Bormu i przerośnięte modliszki... Zaraz. Wróć. Jakie przerośnięte modliszki?! Stado zerwało się pędem do ucieczki. Poczwary, które jeszcze chwilę temu były 500 metrów dalej były praktycznie tuż przy nas! Vigena próbowała uciec jednak coś się stało. Upadła i najwidoczniej nie mogła nic zrobić. Jednak nie krzyczała. Nie okazała lęku kiedy stworzenia zbliżały się do niej. Pobiegłam do niej pędem. Nie okazywała strach jednak widoczny był w jej szarych oczach.
-Możesz uciec?- spytałem szybko kiedy do niej dobiegłem.
-Nie...- syknęła z bólu. Spojrzałem na jej nogę. W kostce była wygięta pod nienaturalny kątem. Dotknąłem ukrytą dotychczas pod fałdami ubrań rękojeść mojego miecza. Musiałem coś zrobić. Nie mogłem pozwolić aby Vigenie stała się krzywda. Podniosłem się energicznie i wyszedłem na przeciw poczwar. Nie znałem ich nazwy, tak bywa. Wyciągnąłem rękojeść miecza.
-Proszę cię tylko... Nie oceniaj mnie po tym co teraz zobaczysz...-szepnąłem do dziewczyny. Wspomagając się mocą wyskoczyłem w górę, nacisnąłem guzik aktywacyjny dzięki czemu szkarłatne ostrze wysunęło się z charakterystycznym trzaskiem.Wskoczyłem na grzbiet stworzenia i jednym płynnym ruchem skróciłem je o głowę. Zostało tylko pięć... Jeden z nich zbliżył się do niej. Poczułem przypływ gniewu. Energia ciemnej strony zaczęła mnie zalewać falami. Chwyciłem modliszkę w uścisku mocy, zaciskając mocno rękę w pięść, aż moje knykcie pobielały. Rozległ się głośny trzask łamiącego się karku. Rzuciłem bezwładnym cielskiem w dwa stojące obok siebie stwory, a te upadły. Teraz biegłem najszybciej jak mogłem w stronę dwóch jeszcze sprawnych poczwar. dałem susa między jedną z nich i odciąłem jej nogi. Zwinęła się z bóli piszcząc głośno. Była to muzyka dla moich uszu. Nie zdążyłem jednak zareagować na atak od tyłu. Modliszka rozcięła mi plecy. Krzyknąłem gniewnie i donośnie. Czułem jak krew zaczyna się lać strugami z mojej rany. Trzeba było to zakończyć. Pchnięciem mocy pchnąłem stworzenie o skalną ścianę. Dwie wcześniej przygniecione zdołały się uwolnić. Ruszyły na mnie rozzłoszczone pędem. Skupiłem się na skałach. Dość sporych skałach. Pełen skupienia wyciągnąłem ręce w ich kierunku.Po kilku sekundach zaczęły się unosić.
-No to już po was...-szepnąłem uśmiechając się szyderczo i pchnąłem skałami w kierunku poczwar. One poleciały razem z głazami wprost na skalna ścianę gdzie zostały zmiażdżone. Została ostatnia. Stanąłem z nią twarzą w twarz. Była już słaba i wyczerpana. Rzuciłem w jej kierunku mieczem z otwartym ostrzem, które zataczając koło rozcięło potwora na pół, po czym wróciło do mojej wyciągniętej ręki. Zdezaktywowałem miecz i schowałem go na miejsce. Cała walka trwała niecałą minutę. Teraz zaczynałem odczuwać pierwsze oznaki potwornego bólu. Jednak musiałem go zignorować. Vigena skulona siedziała za skałą. Bała się. Czułem wyraźnie jej lęk.
-Kim jesteś?!- krzyknęła kiedy byłem w połowie drogi do niej.
-Nie bój się... Nie skrzywdziłbym Cię...
-Ty jesteś Sithem... Sithom nie wolno ufać!- syknęła.
-Skąd te podejrzenia, że nim jestem? A może jestem Jedi? - Dziewczyna próbowała się podnieść, jednak zaraz upadła.
-Nie oszukasz mnie... Ufałam Ci!- jej szare i puste oczy zeszkliły się. Patrząc na ten widok miałem wrażenie jakby ktoś sypał solą w moją ranę. Podszedłem do niej bliżej. Ona jednak chwyciła kamień leżący tuż obok i cisnęła nim we mnie. Samą myślą udało mi się go zatrzymać tuz przed moją twarzą.
-Nie jestem Sithem... Uwierz mi...- szepnąłem błagalnie. Wiem, że kłamałem, jednak nie mogłem jej wyjawić tej prawdy.
-W takim razie kim niby jesteś...?-szepnęła już mniej pewnym siebie głosem.
-Nikim, kto by skrzywdził Ciebie, czy też twoją rodzinę...- uśmiechnąłem się lekko i delikatnie wziąłem ją na ręce. Za pośrednictwem mocy starałem się nagiąć jej umysł już od początku rozmowy aby mi uwierzyła. Udało się. Nie do końca, tak jak chciałem, ale się udało.
-Skąd mam być tego pewna...?
-Ponieważ... Kocham Cię. -zakląłem się w myślach za to co teraz powiedziałem. Jeśli Cobrans się dowie, to Vigena zginie, a z nią możliwe, że i ja.
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)